„You’re going with me.”

„With u where?”

„Anywhere :)”

„Is that what u want?”

„I think so…”

„Well my great idea is… A camperevan trip from Christchurch to Auckland…”

Nowa Zelandia podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

camper i Nowa Zelandia

Wspomnienia z Nowej Zelandii. Nasza pierwsza wspólna podróż

Jest czwartek wieczór. Stoję oparta o betonowy słup na lotnisku w Christchurch. Sala przylotów. Jest spokojnie, ale… Moje serce wali, jak szalone. Nie wiem, czy powinnam uciekać, czy zostać i czekać. Co ja tu właściwie robię?! Zwariowałam. Zwariowałam na sto procent. Chyba nie dam rady. Idę stąd…To nie na moje nerwy. Uczucie szczęścia tworzy dziwną mieszankę z przerażeniem. Nie no, nie mogę. Chcę tu być. Chcę, żeby wydarzyło się to, co ma się wydarzyć. Chcę, ale się boję. Trzęsą mi się nogi, ręce, nerwowo zagryzam wargę, patrzę w podłogę i po chwili podnoszę wzrok. Już się nie boję… Patrzę w Twoje dobre oczy, patrzę na Ciebie i już się nie boję. Wiem, że to najlepsze co mogło mi się przytrafić. Że Ty jesteś najlepszym, co mogło mi się przytrafić. Fajnie, że wpadłeś do Nowej Zelandii kolego z Brisbane. Miło z Twojej strony.

Ruszamy w naszą podróż. Naszą wspólną pierwszą podróż. Mamy 4 dni, trasę Christchurch-Auckland do pokonania, zajebistego campera za dolara dziennie no i siebie oczywiście. Prawie się nie znamy. Znaczy wydaje nam się, że znamy się doskonale, ale tak nie jest. Więc jak będzie? Cudownie. Wiem to od samego początku.

Marzyłam o przejażdżce camperem po Nowej Zelandii! Marzyłam o tym, a sama bym się nie odważyła. Wyobrażacie sobie mnie zmieniającą koło w camperze np.? Jeśli tak, to to na pewno wyjątkowo zabawny widok. Nie wiem, czy potrafiłabym to zrobić w osobówce, a co dopiero w vanie. No co? Nigdy nie musiałam zmieniać koła sama, więc nawet nie wiem jak się do tego zabrać… Swoją drogą muszę posiąść tą umiejętność po powrocie do domu. Tato, szykuj dla mnie kurs! Ale nie o tym… Naszego campera trzeba przetransportować z miasta do miasta. Ktoś go oddał w Christchurch, a potrzebują go spowrotem w Auckland. Bardziej opłaca im się wynająć auto za grosze takim ludziom, jak my niż zatrudniać kierowcę, który je przewiezie do bazy. Płacą za prom i ubezpieczenie. My płacimy symbolicznie za każdy dzień no i za benzynę. Musimy tylko zjawić się na miejscu w poniedziałek przed 15:00. Strona standbyrelocations.com jest super! Dobra, jedziemy, czasu niezbyt wiele, a w końcu trzeba zobaczyć kawałek tej Nowej Zelandii, co nie?

Na początek śniadanie na malinowej farmie. Mniam! Świeże owoce, dżemy, pyszne bułeczki, kawa. To wszystko kilka minut drogi od lotniska – Sweat Hearts Cafe. Romantycznie?

Brzuchy napełnione, my wypoczęci, jedziemy. Na początek Christchurch w ciągu dnia. Nie jest, aż tak przerażające, jak po zmroku. Po za tym wiem już, czego się spodziewać. Ale nadal, jak patrzę na szczątki budynków, gruz, opuszczone ulice, to ściska mnie w gardle. To było podobno piękne miasto. Teraz wygląda, jak miasto z horroru. Minęły już dwa lata od trzęsienia ziemi, a ono nadal nieodbudowane. Dlaczego? Podobno dlatego, że musi być przynajmniej 6 miesięcy spokoju, bez drgań, a tu ciągle coś drga… Docieramy do ulicy w centrum, która jest jakoś zorganizowana. Znaczy zamiast budynków stoją kolorowe kontenery, a w kontenerach są sklepy, banki, kawiarnie. I wiecie co? To wygląda super! Pomysł z zaadoptowaniem kontenera na cokolwiek jest super. Gdzie ja bym mogła taki postawić…? Jakieś pomysły?

Ruszamy drogą na północ. Nasz pierwszy cel to Kaikoura – miejsce gdzie można oglądać wieloryby i delfiny. Trasa prowadzi nas przez pola, nie ma domów. To prawdziwa wiocha. Po horyzont widać zwinięte w rulony siano. Stada pasących się owiec to nieodłączny element krajobrazu. W końcu Nowa Zelandia to kraj owiec, jest ich tu podobno sporo więcej niż ludzi. I są urocze!!! Mogłabym hodować takie owce. Serio. Chyba dobrze bym się czuła na tutejszej wsi. Owoce prosto z krzaka, herbata pod drzewem, konne przejażdżki, kalosze, wolność i miliony inspiracji. Czyżby to był pomyśl na przyszłość?

Dalej droga wiedzie wzdłuż wybrzeża. Obok drogi, tuż nad brzegiem jedzie pociąg. To chyba jedna z najfajniejszych pociągowych tras, jakie kiedykolwiek widziałam. Fajnie byłoby kiedyś się nią przejechać, ale camper jest fajniejszy na tą chwilę. A co! Po lewej góry, żółte połacie traw, po prawej lazurowa woda, szerokie, czarne plaże i delikatnie docierające do nich fale. I spokój. Nie ma tłumów. Możesz stać godzinami i chłonąć widoki całym sobą. W dole widać Kaikourę, piękną zatokę, a dalej masywne szczyty. Takie widoki tylko w Nowej Zelandii. Są bezkonkurencyjne.

Nie płyniemy na wieloryby. Nie tym razem. Chcemy dotrzeć do Picton przed zmrokiem, tam zatrzymać się na noc, bo bladym świtem wsiadamy na prom na wyspę północą. Więc jedziemy wiedzeni górskimi serpentynami, zakręt za zakrętem, zachwyt za zachwytem, zdjęcie za zdjęciem. Potem droga jest prosta aż po horyzont i znowu kręta. Promienie zachodzącego słońca rzucają pomarańczową poświatę na okolicę, wszystko zmienia się z minuty na minuty, a my powoli docieramy do śpiącego już miasta. Dziś zatrzymujemy się na campingu, 5 minut drogi od portu. Zimne piwo i długie rozmowy – tak spędzamy wieczór. Mógłby nigdy się nie skończyć… Z błogiego snu wyrywa nas dźwięk budzika. Pora wstawać! Wybiła 5:00.

Prom z Picton do Wellington o świcie to najlepsze, na co mogliśmy się zdecydować. Woda jest niezwykle spokojna, nie zdążyły zaburzyć jej jeszcze silniki łódek. Widoki obłędne. Zanim dotrzemy na otwarte wody, przepływamy przez malownicze fiordy. Gdzieniegdzie rozrzucone są małe, zielone wysepki. Jest chłodno, słońce dopiero wychyla się zza szczytów, delikatne chmury malują się na błękitnym niebie. Biegamy, jak szaleni z jednego końca statku na drugi, żeby nic nie przeoczyć i cieszymy się, jak dzieci ze wszystkiego. Z tego, że jesteśmy tu razem. Z tego, że tu jest tak pięknie!

Wellington wita nas piękną pogodą. Jesteśmy na wyspie północnej. Zatrzymujemy się w stolicy na kawę i krotki spacer, ale obydwoje czujemy, że miasto to nie jest to, czego nam teraz potrzeba. Mimo, że Wellington może zachwycać. Naprawdę może.

Nasz kolejny cel to jezioro Taupo. Myśleliśmy, że krajobraz wyspy południowej zmienia się, jak w kalejdoskopie. Byliśmy w błędzie. To na wyspie północnej, co kilometr jest inaczej. Najpierw skaliste wybrzeże, nieco wzburzone wody, gwałtownie rozbijające się fale. Potem zieleń na przemian z ze złotymi polami. Górskie drogi, delikatne pagórki, łąki… Naszym oczom nagle ukazuje się ośnieżony szczyt. Drogowskaz wskazuje narciarski stok.

Dalej jest, jak na Marsie. Wielkie, puste, wojskowe tereny. Dziwny wulkaniczny stożek i kratery, a zaraz za zakrętem dżungla, krzaki, zieleń i wilgoć. Potem wielkie sosny, potężne lasy, a gdzieś w głębi rzeka. Skręcamy. Mamy szczęście. Jesteśmy sami, wśród pięknych drzew, obok rwący potok z krystalicznie czystą wodą.

Tu zostajemy na noc. Jemy parówki z serem, pijemy gorącą herbatę na rozgrzanie, słuchamy przebojów lat dziewięćdziesiątych i leżymy na ziemi gapiąc się w niebo. Tysiące, miliony błyszczących gwiazd. Widać je doskonale, bo w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie ma żadnego miasta. Jesteśmy tylko my i gwiazdy. My i galaktyka. No i stado komarów. Niestety też w naszym camperze. Sto, dwieście, może trzysta… Wieczór kończymy więc wielkim polowaniem. Na szczęście wygrywamy tę nierówną walkę.

Rano kawa z mlekiem na rzeką. Jak w bajce. Woda jest lodowata i nieskazitelna. Idziemy brzegiem, ścieżką przez krzaki. Budzimy się powoli i w końcu się zbieramy i jedziemy dalej, do naszego celu. Po dwóch godzinach docieramy do Taupo nad jeziorem. To koniec podróży na dziś. Będziemy odpoczywać. Zostawiamy campera na campingu i idziemy spacerem do centrum na obiad. Dziś pyszne tajskie specjały i obowiązkowo zimna cola w zestawie. Potem wycieczka nad rzekę. Pod mostem są prawdziwe, naturalne gorące źródła. Autentycznie gorące! Parzą! A wieczorem zime, białe wino i znowu długie rozmowy, które mogłyby trwać i trwać, i nigdy się nie kończyć. Ale jutro oddajemy campera i będziemy musieli się pożegnać. Czy jesteśmy na to gotowi? Chyba nie… Ale jesteśmy gotowi na to, żeby się w sobie zakochać. Ze wzajemnością.

Nie spieszy nam się do Auckland. Wydaje nam się, że mamy tyle czasu…Przemierzamy boczne drogi i staramy się zatrzymać zegarki. Nie da się. Czas leci nieubłaganie. Nie, nie jesteśmy gotowi, żeby się rozstać. Wracam do Australii, chociaż na chwilę. Szalone? Ryzykowne? Raptowne? Może tak, ale czuję że tak ma być… Obydwoje to czujemy. Ale jesteśmy spóźnieni. 40 minut do odlotu, a my dopiero oddajemy campera. Zdążymy, czy nie? Czy jest nam pisane polecieć razem do Brisbane i przeżyć razem kolejne fantastyczne chwile? Chwile, które będziemy pamiętać do końca życia, bez względu na to, jaki scenariusz ono dla nas napisało…

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.