Był ciepły, deszczowy grudzień 1974 roku. Padało jak zawsze – w końcu koniec roku to na północy Australii pora deszczowa. Powietrze było lepkie, wilgotność sięgała 90 procent, gorące słońce nieudolnie przebijało się przez warstwę gęstych chmur, a wieczorami, krwiście czerwone, chowało się za horyzontem. I tak dzień, po dniu. Pogoda nie różniła się specjalnie od tej sprzed roku, czy sprzed dwóch. Dla mieszkańców Darwin to miały być zupełnie zwykłe święta.

Na początku miesiąca przyszło ostrzeżenie o nadchodzącym cyklonie Selma. W mieście zapanował popłoch, ale Selma przeszła bokiem. Zbliżającą się Tracy nikt specjalnie się nie przejął. Miała przejść bokiem…

W wigilijny wieczór jedni pakowali prezenty, drudzy piekli indyka, a jeszcze inni brali udział w świątecznej mszy. Tuż po północy zagrzmiało, wiatr zaczął się wzmagać, zahuczało w zakamarkach, pioruny uderzyły tuż za rogiem, wielkie krople deszczu spadały z nieba i z impetem rozbiły się o ziemię. W powietrzu zawisł niepokój. Wtedy już wszyscy wiedzieli, że idzie najgorsze.

W świąteczną noc, cyklon Tracy przeszedł nad Darwin z prędkością ponad 217 km/h (przy 217 km/h urwał się anemometr na darwińskim lotnisku) i zdmuchnął miasto. Dosłownie. To był huragan kategorii 4 w australijskiej skali (kategoria 3 w skali Saffira-Simpsona). Zginęło 71 osób i mimo, że nie był to największy cyklon w historii Australii, to do dziś uznawany jest za najbardziej śmiertelny i niszczycielski. W ciągu kilku godzin z powierzchni ziemi zniknęło dziesiątki tysięcy domów i dziesiątki tysięcy ludzi zostały bez dachów nad głową.

W powietrzu latały wyrwane z korzeniami palmy, przyczepy kempingowe, dachy, a nawet całe domy. Czarne ze złości niebo, rozświetlały co sekundę jasne błyski. Każde jedno drzewo w mieście straciło liście, zostały rozczapierzone, połamane gałęzi. Ludzie ukrywali się w łazienkach, które uznawane były za najbezpieczniejsze miejsce w domu, i razem z łazienkami przelatywali kilka metrów dalej, bo w Darwin nie było tej nocy bezpiecznego miejsca.

Ale to, co zobaczyli mieszkańcy Darwin rano, przerosło ich najśmielsze oczekiwania. Miasto wyglądało, jak po wybuchu bomby, a nie przejściu huraganu. Nie istniało.

Darwin było i jest jednym z najbardziej odizolowanych miast w Australii. Leży na dalekiej północy (tzw. Top End) u wybrzeży morza Timor, bliżej jest na stąd Bali niż do Sydney. Zajęło więc chwilę, aby Australia i świat dowiedziały się o katastrofie, ale gdy już się dowiedziały – zaczęła się masowa ewakuacja. Do miasta przylatywały samoloty przysyłane z całego świata i odlatywały regularnie, wywożąc ze zniszczonych terenów ponad 10 000 osób. To była największa ewakuacja masowa w historii kraju, 3 000 osób dziennie odlatywało tysiące kilometrów na południe. Darwin nie miało wody, nie miało prądu, nie miało środków do życia i nie miało pobliskiej metropolii, która mogłaby mu pomóc. Ludzie uciekali do Melbourne, do Sydney, do Hobart, zostawiając swoje życie pod gruzami. Cześć z nich nigdy nie wróciła. W ciągu roku populacja spadła z 47 000 do 33 000. Odbudowa miasta zajęła kilka lat i pochłonęła biliony dolarów. Dziś, 40 lat po tragedii, Darwin tętni życiem, ale wciąż pamięta te smutne Boże Narodzenie, kiedy zamiast Świętego Mikołaja, przyszła Tracy.

Przez ostatnie kilka dni, wszystkie stacje telewizyjne w Australii, wspominają. Można posłuchać przerażających relacji tych, którzy przeżyli. Można, patrząc w czarny ekran, posłuchać nagranych w czasie cyklonu dźwięków. To budzi wyobraźnię i pomaga uchwycić klimat. A w radio rozbrzmiewa nagrana lata temu piosenka, upamiętniająca katastrofę…

Obchody mają też miejsce w samym Darwin. W odbudowanym po huraganie kościele, odbywają się msze ku czci tych, co zginęli, a w Muzeum i Galerii Sztuki Terytorium Północnego można przez cały rok oglądać niezwykle poruszającą wystawę. Sam mówi, że to wystawa, którą podczas wizyty w Darwin trzeba zobaczyć. Jest bardzo realistyczna i pozwala pojąć ogrom tragedii.

Zobaczcie tutaj, jak wyglądało Darwin wtedy, i jak wygląda dzisiaj. Bo dziś to tętniąca życiem metropolia, którą co roku, w porze suchej odwiedzają tysiące turystów. Chociaż można wyczuć, że coś się tu kiedyś wydarzyło. Zresztą nie raz…

Zdjęcie tytułowe: ABC News

UWAGA: Artykuł został opublikowany w podobnej formie na portalu Onet.pl