W Stambule spedziliśmy zaledwie dwa dni, ale to były dni pełnie niezwykłych kulinarnych doświadczeń. Bo Stambuł to miasto, w którym po prostu trzeba jeść!

Stambuł podczas majówki 2014. Australia – Shenzhen – Hong Kong – Makau – Polska – Turcja – Tajlandia – Singapur.

Rano ulewa. Zimna woda leje się z nieba, jak z niezakręconego kranu. To nasz ostatni dzień w Stambule, tylko co robić jaka pada deszcz? Ostatnio mieliśmy podobną sytuację w Hong Kongu i zdecydowaliśmy się na standardowe zwiedzanie okolicy, co okazało się nie być najlepszym pomysłem. Dziś postanawiamy ukryć się pod dachem. Idziemy na Wielki Bazar. Turecki Grand Bazaar to jedno z największych na świecie krytych targowisk, a nam zadaszenie zdecydowanie się dziś przyda. Ubrani we wszystkie dostępne w plecaku ciuchy, praktycznie spływamy uliczkami w stronę celu. Jak dopływamy – jesteśmy mokrzy. Brr…

Łazimy po bazarze chyba ze dwie godziny. Zachwycająco nie jest, ale przynajmniej nie pada na głowę. Wielki Bazar to nic innego, jak olbrzymie turystyczne  targowisko, gdzie można kupić wszystko, oczywiście w zawyżonych cenach. Są dywany, jest ceramika, są podkoszulki „I love Istanbul”, są kadzidełka, świeczki, fajki wodne, przyprawy, perfumy Chanel za 5 lirów, paski i torebki z kolekcji Louis Vuitton w bardzo promocyjnych cenach, są lampki i lampiony, są używane buty, jest kawiarnia, knajpa i kibel. Jest wszystko i nic. Są naciągacze i nawoływawcze. Są niepowtarzalne okazje dla ciebie „my friend”. Czy warto przyjść na Grand Bazaar? Chyba tylko jeśli pogoda nie dopisuje. Uwielbiam chodzić po targowiskach, ale to to jakaś wyjątkowo męcząca, bezklimatyczna ściema. W Stambule są ciekawsze rzeczy do robienia.

Wypływamy w dalszą drogę. Pogoda wcale się nie zmieniła, nadal leje, a my się gubimy chociaż wcale nie chcieliśmy! Odkrywamy, że wokół targowiska są tematyczne ciuchowe uliczki. Jest uliczka z majtkami i stanikami, z kapciami, z dresami, ze śpiochami dla dzieci… Staramy się podążać możliwie szybko w jakimś nieokreślonym kierunku. Woda chlupie w tenisówkach, ręce przemarznięte, hodowla gluta trwa. Chyba pora trochę się ogrzać. Zatrzymamy się w tej knajpie i za chwilę zjemy najlepszego kebaba na planecie Ziemia. Podpowiem Wam też, czego musicie spróbować w Stambule, bo naprawdę jest tu bardzo smacznie.

6 rzeczy, których musisz spróbować w Stambule

1. Kebab w restauracji Tarihi Sadabad Cag KebapcisiTrafiamy tu przez totalny przypadek i padamy… z zachwytu. Mała, niepozorna knajpka, oddalona nieco o turystycznych atrakcji. Na ścianach wszędzie dowody na to, że właściciel i jego kebab nieraz byli w telewizji. W środku sami miejscowi. Zapach kebaba pieczonego na prawdziwym ogniu, przekręcanego ręcznie w jednym kierunku (większość kebabów przygotowywana jest na gazowych, samoobrotowych stelażach), roznosi się w powietrzu. Sąsiedzi ze stolika obok podpowiadają nam, co zjeść. Zgodnie z radą zamawiamy domowy jogurt i otwartego kebaba. Dostajemy placek i mięso na patyku. Po kilku minutach zamawiamy drugą porcję, potem kolejną i kolejną. To najlepiej przyprawione mięso, jakie kiedykolwiek jadłam i najdelikatniejsza baranina świata. Chapeau bas. Koniecznie spróbujecie.

najlepszy kebab w Stambule

2. Sok z granatów. Za radą Ewy z bloga dalekoniedaleko.pl próbuję soku z granatów na przydrożnym stoisku i… na początku jestem rozczarowana. Nie dość, że nie jest najtańszy to daje w kość i wykręca kiszki! Jest super kwaśny, jak sok prosto z serca cytryny, a do tego zostawia dziwny nalot na języku, ale… za drugim łykiem smakuje lepiej, wydobywa się niezwykły smak granatów (które swoją drogą uwielbiam). Za trzecim jest już całkiem dobrze, a potem zamawiam następny kubek. Sok z granatów to ciekawe doświadczenie smakowe, a do tego mówią że bardzo zdrowe. „Podobno już Hipokrates zachwalał sok z granatów jako remedium na ból brzucha. Niektórzy uważają za to, że napitek ten opóźnia procesy starzenia„, pisze Ewa. Pijcie więc moi drodzy i pozostańcie wiecznie młodzi.

sok z grantów w Stambule

3. Faszerowane małże.  Te stoiska zobaczycie od razu, stoiska z małżami przyozdobione kawałkami słonecznie żółtych cytrynek. Są na każdym rogu, za każdym zakrętem. Zajadają je wszyscy, w drodze do pracy, do szkoły, do domu. Małże nadziewane są ryżem, orzeszkami, pokropione kwaśnym sokiem. Midye dolması trzeba spróbować, szczególnie jak się uwielbia owoce morza.

małże

4. Herbata. Turcja to kraj, w którym spożywa się największą ilość herbaty na głowę. W Stambule kupimy ją wszędzie, dosłownie wszędzi. Nie brakuje tu wszelkiej maści herbaciarni i tzw. przenośnych stoisk z herbatą. Herbatę możesz kupić na przejściu dla pieszych, stojąc w korku, czy w kolejce do toalety. Każdy chwila jest dobra, żeby się napić. Herbata jest mocna, podawana w małej smukłej szklaneczce, koniecznie z dużą dawką cukru. Jest też pyszna warciacja na temat herbaty – herbata jabłkowa. Zamawiamy ją przez przypadek i od razu zakochujemy się w smaku. Jabłkowa herbata to po prostu herbata z dodatkiem jabłkowego proszku. Niestety okazuje się, że z tureckimi tradycjami ma niewiele wspólnego i pita jest wyłącznie przez turystów. Na domiar złego magiczny proszek składa się głównie z E, co chyba nie jest zbyt zdrowe…

5. Baklava. Ta pozycja powinna chyba otworzyć ten mały ranking, bo czymże by było życie bez deseru! Baklava to tradycyjny przysmak kuchni tureckiej (zresztą nie tylko tureckiej), który przypadnie do gustu chyba nawet największym przeciwnikom słodkości! Z czego jest zrobiona? Z warstw cieniutkiego ciasta półfrancuskiego (zwanego też ciastem filo) poprzekładanych siekanymi orzechami włoskimi, pistacjami lub migdałami oraz miodem lub specjalnym syropem, z wierzchu przyozdobionego zazwyczaj zielonymi pistacjami. Pycha. Life is short. Eat dessert first.

6. Pieczone kasztany. Kolejny obowiązkowy street food w Stambule – dostępne na każdym rogu pieczone kasztany. Nie da się przeoczyć bo pachną na kilometr. Ja je uwielbiam, budzą wspomnienia. Francja, 1992 rok, mała Julcia, rodzice, siostra i samochodowe wycieczki po Europie… to były czasy.

pieczone kasztany

Do listy mogłabym jeszcze pewnie dodać niejedną rzecz, bo okazuje się że turecka kuchnia ma wiele smacznego do zaoferowania, ale daruję Wam tę męczarnię. Starczy na dziś. Pora zbierać się ze Stambułu i lecieć dalej, tym razem do Bangkoku. Przygotujcie się się, bo znowu będzie o jedzeniu. Mniam! Może powinniśmy przekwalifikować bloga na podróżniczo – jedzeniowy? Bo my tylko o żarciu i o żarciu.

A jakie są Wasze ulubione tureckie dania?

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie nam bardzo miło. Dziękuję. Julia i Sam.