O Singapurze słyszeliśmy wiele, ale głównie tyle że nie warto, że nuda, że przereklamowany, że do kitu, że ciężki do przetrawienia i takie tam. Ale jak to z opiniami bywa, są subiektywne, jednemu coś się podoba, drugiemu nie, warto sprawdzić na własnej skórze. Więc jak ktoś Wam mówi (nawet ja ;)), że jakieś miejsce jest beznadziejne i niewarte zachodu – nie wierzcie mu, bo może się okazać, że Wy będziecie nim zachwyceni, tak jak my jesteśmy zachwyceni Singapurem.

Singapur podczas majówki 2014. Australia – Shenzhen – Hong Kong – Makau – Polska – Turcja – Tajlandia – Singapur.

Po dosyć szalonej podróży przez niesforne Chiny, chaotyczny Hong Kong, niezwykłe Macau, Polskę za którą się tęskni, smaczny Stambuł i zakłamany Bangkok, przez bajeczne Chiang Mai, romantyczne Koh Samui i tropikalne Koh Tao, pora wracać do domu, do Australii. Wylatujemy z Koh Samui i okazuję się, że najbardziej optymalna droga do Brisbane wiedzie przez Singapur. Co byście powiedzieli na mały przystanek w mieście lwa? My jesteśmy za. Czas start. Mamy 24 godziny na zwiedzanie i obserwacje.

Zaczynamy od organizacji noclegu. Oczywiście wszystko na ostatnią chwilę, więc wybór nie jest zbyt duży, bo akurat wypada weekend. Znaczy jest duży, ale tam gdzie jest, to nas nie stać. Proste – Singapur się ceni. I słusznie, bo to  w końcu bardzo nowoczesne miasto. Zatrzymamy się w Chinatown, w uroczym, butikowym Scarlet HotelPokój jest dość mały, nie ma okien, ale za to styl proszę państwa to jest tu na najwyższym poziomie! Poduchy miękkie, kapciuszki, szlafroczek, pachnące mydełko. A co tam! Jak się , gdzieś jest jedną noc, to można sobie pozwolić na odrobinę luksusu.

Co robić nocą w Singapurze?

Główny deptak zabytkowego Chinatown jest tuż za rogiem od naszej kwatery. Idziemy spacerem, bez planu, nie bardzo wiedząc gdzie podążamy i jak się skończy dzisiejszy wieczór. Chcemy się zgubić. Ot tak, po prostu się zgubić. Na początek zachwyca nas feria zapachów, smaków i barw. Deptak pełen jest knajpek i knajpeczek, a wybór dań kuchni azjatyckiej przyprawia o zawrót głowy. Nie jest to polecany przez wszystkich Hawker Centres (gdzie niestety nie udało nam się tym razem dotrzeć), ale i tak jest bajecznie. Do tego kolorowe, urocze kamieniczki, gwara, uśmiechy, hałas i porządek. Bo Singapurze wszystko jest dobrze poukładane, nawet w Chinatown.

Singapur

Obieramy azymut na Zatokę Marina, czyli sztuczny twór, powstały gdy w niewielkim Singapurze zabrakło lądu. Przeciskamy się malutkimi uliczkami, żeby chwilę potem spacerować w lesie nowoczesnych wieżowców. Wow! Jak tu pięknie! Czuć prawdziwą energię miasta! Wicie, o co chodzi? Idziesz i chłoniesz, i mimo że padasz już od tego chodzenia, to i tak chcesz iść dalej. Tak, Singapur to zdecydowanie takie miasto, gdzie wieczorne wycieczki sprawiają olbrzymią przyjemność. Jest bezpiecznie, elegancko i bardzo czysto. Na chodnikach faktycznie nie ma poprzyklejanych gum do żucia, ludzie palą papierosy tylko w wyznaczonych do tego strefach, nikt nie krzyczy, wszyscy spuszczają wodę w ubikacji i nikt się nie buntuje przeciwko nakazom i zakazom. Tak już jest i już. O zakazach w Singapurze możecie poczytać tutaj.

Gdy wreszcie docieramy do Marina Bay, robimy „wow” po raz któryś z kolei. Tu jest pięknie! Przepięknie! Ktoś, kto zaprojektował tę okolicę, zasługuje na order z ziemniaka. Wszystko jest tak, jak być powinno, wszystko na swoim miejscu, wszystko gra, uzupełnia się wzajemnie i wciąga. Promenada ciągnie się prawie dookoła, co chwilę ławeczki i altanki, w których można skryć się przed słońcem lub deszczem. Idziemy przeciwnie do wskazówek zegara i po chwili jesteśmy w samym na miejscu. Spogląda w górę z zachwytem, to Marina Bay Sands – jeden z najciekawszych budynków na świecie. Na dole wielkie centrum handlowe (jakby mogło być inaczej Singapur, podobnie jak Hong Kong to zakupowa mekka), a na górze w trzech wieżach ukryty hotel (z basenem na dachu!) i boskie apartamenty. Jest też teatr, centrum rozrywki, sale konferencyjne, restauracje i bary. Może kiedyś dane nam będzie spędzić tu noc z widokami na miasto (musimy chyba zacząć obstawiać w wyścigach konnych), ale dziś, za radą mojej koleżanki Agi z bloga A matter of taste będziemy sprytniejsi – wybieramy się na drinka do Sky on 57. Jak wielkie jest nasze rozczarowanie, kiedy okazuje się, że panowie w szortach mają zakaz wstępu! Sam oczywiście jest w szortach, jak miałoby być inaczej być 30 stopniach o 22:00?! Na nic się zdaje pytanie trzech innych osób o zgodę, zostajemy bezwzględnie odprawieni. Trudno, jak to się mówi, co się odwlecze…

Marina Bay Sands

Idziemy więc dalej, dookoła zatoki. Przed Marina Bay Sands stoi jeszcze jeden nietuzinkowy budynek, przypominające kwiat lotosu Muzeum Sztuki i Nauki. Potem kładka i taka mniej atrakcyjna część chodnikiem wzdłuż drogi, między wielkimi hotelami i obskórnymi parkingami, żeby po chwili wrócić nad zatokę i wysłuchać przypadkowo koncertu w niewielkim amfiteatrze. I dalej mostem z perfekcyjnym widokiem na pokaz świateł i laserów, na tle Marina Bay Sands. Zatrzymujemy się, wsłuchujemy w muzykę i obserwujemy zmieniające się, jak w kalejdoskopie kolory, tańczące fontanny, świat odbijający się w delikatnie falującej wodzie. Pokazy odbywają się od niedzieli do czwartku o 20:00 i 21:30, a w piątki i soboty o 20:00, 21:30 i 23:00. Jest magicznie, zresztą zobaczcie sami.

Jest już późno, załapaliśmy się na ostatni pokaz o 23:00, czas wracać do hotelu i spać. Idziemy zachłyśnięci urokiem Singapuru, powtarzając sobie, że na pewno tu wrócimy, skręcamy w lewo, w prawo, idziemy przez park i Ann Siang Hill i zupełnie przypadkiem trafiamy w tętniące życiem w środku nocy imprezowe zagłębie Chinatown. Club Street i Ann Siang Hill to uliczki pełne starych chińskich kamienic i sklepików, które przez lata była centrum ekskluzywnych klubów i chińskich stowarzyszeń, a dziś przeżywają renesans. W weekendy zamykane są dla ruchu samochodowego i wtedy pojawiają się tu tłumy żądnych wrażeń pieszych.

Club Street Singapore

Okolica wydaje się być uwielbiana przez emigrantów z Zachodu. Jest nowocześnie, głośno i wesoło, a wszystkiemu dodają uroki stare budynki z duszą. Siadamy na drinka, nie możemy sobie odpuścić, miejsce bardzo nam się podoba. Dzieje się, oj dzieje! Panieński, kawalerski, randka, tu jakoś zgoda, tu pierwszy pocałunek, tu tańce na ulicy, a tu ktoś się upił i siedzi na krawężniku. Bo upić się tu łatwo, można przesiadać się na piwo do kolejnego baru, i potem kolejnego i tak w nieskończoność. Można zajadać się kuchnią z całego świata, bo to tu jest podobno nowa restauracyjna enklawa Singapuru. Krotko mówią – to miejsce, żeby celebrować weekend. Więc celebrujmy. Na zdrowie! Muszę uciekać, bo jutro przed będzie Singapur za dnia…

Jeśli podobał Ci się Singapur nocą –  zostaw komentarz. Albo przekaż dalej! Będzie nam bardzo miło. Julia i Sam.