To jest jedna z tych rzecz, którą w Australii trzeba zrobić – pójść na Australian Open. Bo nie dość, że sport to ważny element życia Australijczyków i atmosfera jest wyjątkowa, to jeszcze w tenisie mamy przecież kilka polskich twarzy. Przyjemne z pożytecznym.

„Odwiedzisz mnie w Melbourne?”, spytała moja koleżanka Aga (nie, nie Radwańska ;)). „Kiedy?”, spytałam ja. „W przyszłym tygodniu…”, bo będzie Australian Open! Tak, już jestem spakowana, bilet zarezerwowany, lecę, do zobaczenia za chwilę. Zawsze chciałam, szkoda by było przepuścić taką okazję – spotkania z koleżanką połączonego z kibicowaniem. Swoją drogę, mam nadzieję, że stanie się to naszą małą tradycją.

Australian Open 2015

Aga i Julia

Australian Open (Wielki Szlem Azji i Pacyfiku), zwany wcześniej Australasian Championships i Australian Championships, to międzynarodowe tenisowe mistrzostwa Australii i pierwszy z czterech turniejów Wielkiego Szlema. Rozgrywane są co roku, w styczniu, w środku australijskiego lata, w upale, na kortach w Melbourne i dają australijskiej gospodarce ponad 38 milionowy zysk! Ale nie o tym…

„Welcome to Melbourne, where the local time is […]. Enjoy the Australian Open 2015 in the incredible city of Melbourne!”, usłyszałam tuż po tym, jak samolot dotknął ziemi. Sportową atmosferę było czuć już na lotnisku, bo mistrzostwa przyciągają tysiące turystów i zamieniają miasto w tenisową stolicę świata. Na każdym rogu powiewają niebieskie flagi turnieju, z bilbordów przemawiają tenisowi celebryci, w co drugim pubie słychać echo odbijających się piłeczek, a wyniki meczów stają się głównym tematem telewizyjnych wiadomości.

Australian Open na niebiesko

Do Melbourne Park, gdzie odbywa się akcja, docieramy kursującym specjalnie z tej okazji, darmowym tramwajem. Na nasze szczęście, mamy już bilety na turniej (można je kupić online na stronie Australian Open; pass na wszystkie korty, oprócz głównych, kosztuje ok. $40 za dzień), bo kolejka do kas wydaje się niebezpiecznie rozciągać i to w ekspresowym tempie. Tak, to zdecydowanie najpopularniejsze dziś miejsce w całej Australii!

Stadion Melbourne Park

Szybko przechodzimy przez bramki i wpadamy, jak śliwka w kompot, w przyjemny tenisowy młyn. Rodziny z dziećmi, twarze poukrywane pod czapeczkami z daszkiem, nazwiska graczy przebijające się w rozmowach, szerokie uśmiechy, okrzyki dochodzące z prawej, buczenie dobiegające z lewej, głosy podekscytowanych komentatorów i smutek tych, którzy przegrali. Mieszanka uczuć, z dużą przewagą tych pozytywnych. Mecze rozgrywają się jednocześnie na kilkunastu stadionach, jedne są małe i niepozorne, inne to wielkie areny. Patrzysz, jak ta gapa, na mapę, na tablicę wyników, nie możesz się zdecydować, gdzie iść. Janowicz czy Radwańska? Może Federer, albo Sharapova? A może ten, ktoś o którym nigdy nie słyszałeś?

Ula Radwańska

I wreszcie siadasz na tym swoim krzesełku, wśród tłumu, słyszysz ‘pyk pyk’, ten charakterystyczny dźwięk odbijającej się od ziemi małej, zielonej piłki. Widzisz ten wysiłek na twarzach, ten zamach przecinający powietrze na wskroś i zamach w odwecie, po drugiej stronie siatki. Wyskakujesz w górę w przypływie radości, bezwstydnie krzyczysz, liczysz punkty, zaczynasz śpiewać razem z innymi, udziela ci się najlepsza sportowa atmosfera.

Tłumy na Aus Open

Bo Australian Open, to przede wszystkim ta atmosfera właśnie! Sport sportem, ale tu nawet ci, którzy tenisa nie lubią, będą się świetnie bawić. Mamy i tatusiowie, babcie i dziadkowie, dzieci i młodzież, zakochane pary, grupy przyjaciół czy samotni strzelcy. Jedni zabierają ze sobą piknikowe kosze, miękkie kocyki i wino przelane w bidon. Inni planszowe gry i naładowane na full telefony. A jeszcze inni… włóczkę i szydełko.

na szydełku

z winem

W przerwach obkupują się w sklepikach z pamiątkami, popijają zimne piwo w barach, zajadają nachosy i hamburgery, i podglądają to, co dzieje się na kortach, na wszechobecnych ekranach. Spędzają tu całe dnie i wracają następnego ranka, i potem znowu, i jeszcze raz, i znowu, i za rok też.

Julia na Aus Open

Bo tu się chce wracać, bo tu tenis zmienia znaczenie już na zawsze, przestaje być tylko grą. Więc jeśli kiedyś będziecie w styczniu w Australii, koniecznie w swój plan wpiszcie dużymi literami Australian Open!