Musieliśmy przeprawić się przez siedem strumyków, zrzucić z nóg setkę pijawek, przejść siedemnaście kilometrów, żeby poczuć się jak w raju.

– A może pojedziemy gdzieś na weekend tylko we dwójkę? – tym jednym zdaniem zburzyłam plany Sama, bo planował już od jakiegoś czasu kemping ze znajomymi z pracy. – Wiesz, zaraz przyjeżdża moja mama, potem jedziemy grupą na Moreton Island, w maju ty na wolontariat, a ja do Polski…

– Masz rację – zgodził się zaskakująco szybko.

Czas tylko we dwoje to jest to, o co bardzo staramy się dbać. Do wyboru mieliśmy plażę, albo las. Wybraliśmy las, bo to tam odpoczywamy w pełni. Nie wiem, czy to kwestia wieku, ale leżenie plackiem na piachu nie pozwala mi tak ochłonąć od codzienności jak spacery po lesie. Kiedyś było inaczej, może po prostu się starzeję, a może wciąż odkrywam nieznane zakamarki swojej osobowości? Też tak macie?

Weekend w Lamington National Park

Po kawałku przejechanym autostradą, zjechaliśmy w góry. Droga wiła się najpierw wśród pól i pastwisk, co i rusz stały stragany z ziemniakami, jajkami i… końskim nawozem. Prawdziwa wiocha. Ale, gdy już ciągnęliśmy w kierunku szczytu, te przestrzenie zamieniały się eukaliptusowy las. Dalej była już tylko dżungla.

Park Narodowy Lamington leży jakieś półtorej godziny jazdy od Brisbane, blisko, i przez wielu uznawany jest za jeden z najładniejszych parków w całym Queensland. Lamington NP to subtropikalny las deszczowy należący do Gondwana Rainforests of Australia Heritage Area. Jest tu ponad 120 km. ścieżek spacerowych – wiedzieliśmy, że będziemy mieli co robić.

Oczywiście padało, pewnie nie powinno nas było to zdziwić, bo w końcu sama nazwa wskazuje na możliwość opadów. I nie zdziwiło, byliśmy przygotowani i niezniechęceni deszczem.

Do O’Reily, jednej z dwóch głównych części parku (druga to Binna-Burra), dotarliśmy popołudniu, więc na rozgrzewkę poszliśmy pochodzić po szczytach drzew. O’Reily’s Tree Top Walk był pierwszym tego typu szlakiem w Australii – rozciąga się piętnaście metrów nad ziemią przez sto osiemdziesiąt metrów. Jego konstrukcja oparta jest o dziewięć wiszących mostów.

Tree Top Walk Lamington NP

Kurczowo trzymałam się lin, bo niestabilne podłoże, zawieszone w powietrzu, a do tego śliskie od wody deski, nie sprawiły, że czułam się odrobinę bezpiecznie. Zamiast rozglądać się wokół, patrzyłam przed siebie. Sam miał chyba z tej przygody więcej przyjemności…

Później poszliśmy w las, krótką ścieżką – Morans Falls Track, aż nad wodospad Morans. W zieloną dolinę, otuloną z daleka chmurami, wlewała się ciurkiem niespokojna woda. Widok niczym nie ustępował tym znanym i wszędzie opisywanym widokom w Górach Błękitnych. Nawet w jednym był lepszy – daleko na horyzoncie odznaczała się linia oceanu.

Morans Falls

Na samym szczycie, w parku narodowym, w miejscu, gdzie rozpoczynają się wszytskie ścieżki, znajduje się tylko jeden kemping, ilość miejsc jest tu ograniczona, a nocleg kosztuje tylko $6 od osoby. Załapaliśmy się ledwo, ale się udało. Zimne piwo i makaron z kurczakiem przygotowany na kempingowej kuchence, smakują w takich chwilach najlepiej. Długo trwał ten wieczór, trwał do chwili, kiedy nie zaczęło lać.

Rano pogoda była za to idealna, dobrze że wypłakała się po zmroku, bo od razu po śniadaniu, z plecakiem pełnym przekąsek i wody, wyruszyliśmy na małą wyprawę.

Z kilkunastu ścieżek wybraliśmy Toolona Creek, siedemnasto kilometrową pętelkę, której przejście miało nam zająć osiem godzin.

– Zrobimy ją w pięć – pewnie rzucił Sam, ale nie wiedział jeszcze, co nas czeka.

przeprawa przez strumyki

Początek był łagodny, schodziliśmy nieco w dół po idealnym wręcz szlaku, idąc zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Spotkaliśmy kilku spacerowiczów, dostrzegliśmy kilka ptaków w konarach i dotarliśmy do pierwszego wodospadu, Elabana.

Potem, jeszcze przez chwilę, było błogo, tylko jakby bardziej dziko, drzewa większe, bardziej wilgotno i gęściej, znacznie gęściej. Do końca dnia na swojej drodze nie minęliśmy już nikogo.

Za to minęliśmy chyba kilkanaście wodospadów. Musieliśmy przeprawić się przez siedem strumyków (oczywiście, że wpadliśmy, nie dało się inaczej, ale na koniec było nam bez różnicy).

– Nie dam rady! – zdarzyło się mi się nawet zachlipać.

wodospady na szlaku

W nasze nogi wessało z pięćdziesiąt pijawek, a trzy razy tyle udało nam się strzepnąć (tak, sprej na pijawki jest niezbędny w lesie deszczowym; #gapy). Zjedliśmy lunch na szczycie góry, a potem w błocie po kostki, przez las tak niesforny, że trudno go zamknąć w jakieś ramy, brnęliśmy z powrotem.

dzieki las deszczowy

Byliśmy wycieńczeni, bo ta wycieczka zajęła nam faktycznie siedem godzin. I zachwyceni, bo to było jedno z fajniejszych miejsc, jakie mieliśmy okazję zobaczyć w okolicach Brisbane. Żeby w Australii odwiedzić las deszczowy, nie trzeba wcale jechać wysoko na północ.

Jesteśmy zakochani. I w sobie nawzajem i w tym parku. Wrócimy już niedługo.

roślinność w lesie deszczowym

Tutaj znajdziecie więcej o części parku, którą odwiedziliśmy:

http://www.nprsr.qld.gov.au/parks/lamington/pdf/lamington-green-mts-map.pdf

Zapachniało Wam wiosną?