Wczoraj myślałam: chcę uciekać. Dziś zastanawiam się co zrobić, żeby tu zostać. Bangkok wciąga. Jest jak narkotyk. Nie możesz przestać. Czy go pokochałam? Nie. I nie chcę go kochać. To nie będzie seksturystyka. Tu  jest wszystkiego za dużo. Jest za dużo hałasu. Jest za dużo ludzi. Jest za dużo zapachów. Kiedy kładziesz się spać, oddychasz z ulgą. Uff… Ale po 4 godzinach się budzisz i chcesz więcej. Bangkok zaskakuje Cię na każdym kroku. Taki właśnie jest. Totalnie nieprzewidywalny.

Bangkok podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Bangkoku. Część 2

Spytałam recepcjonisty, gdzie jechać jeśli mam problem z komputerem. Pan Taj bez zastanowienia odpowiedział, że do Pantip Plaza. Napisał na kartce robaczkami nazwę „tego” miejsca i numer autobusu, którym tam dojechać, więc już wiem jak poruszać się po Bangkoku. Autobus nr 2. Niestety już średnio potrafił wytłumaczyć, jak dotrzeć na ten autobus. Uzbrojona w kartkę z wiedzą ruszyłam na poszukiwanie przystanku. Spytałam przechodnia. Nie wiedział, ale obok stała Pani Tajka, która spytała: „Do you need help?”. Miała średnio 60 lat. Po angielsku mówiła świetnie. To jedno z moich spostrzeżeń a propos Tajów w Bangkoku. To ci starsi mówią po angielsku lepiej niż młodsi.  Zaskakujące. Pani Tajka kazała mi iść do głównej drogi, równoległej do Khao San Road. Tam przejeżdża większość autobusów. Poszłam. Na przystanku upewniłam się, czy stąd odjeżdża autobus nr 2 i czy dojadę nim we wskazane miejsce. Tak. Wszystko się zgadzało. Ale Pani Tajka od autobusu zauważyła, że jestem zagubiona. Powiedziała, żebym poszła z nią. Ludzie tu są niezwykle pomocni. Jeśli tylko wiedzą, jak zrobią wszystko, żeby rozwiązać Twoje problemy. A jeśli nie wiedzą, spytają matki, znajomego, sprzedawcy obok. I pomogą. Uśmiechają się. Są mili. Sprawiają, że czujesz się dobrze w ich towarzystwie. Lubię ich. Ale potwierdza się to, co mówiła moja koleżanka Mai – nie potrafią czytać map. Więc z mapami do nich nie podchodźcie. Szkoda czasu.

Za chwilę podjechał autobus. Tutaj niby są przystanki, ale przystanek to w większości znak drogowy. Autobusy zatrzymują się na żądanie. Musisz machać ręką i wybiegać pod koła. Bez ryzyka nie ma zabawy. A więc… Podjechał autobus gruchot. Nie pasujący do wielkiego miasta. Ale darmowy. Dziękuję Ci Panie Taju z recepcji! To była najlepsza rzecz, jaka mogła mi się trafić – miejski autobus. Nie jeżdżę taksówkami, ani tuk tukami. Jeżdżę autobusami. Wsiadam i wysiadam, gdzie chcę.

Autobusem przez Bangkok! To jest coś. Część z nich jest darmowa, w innych musisz kupić bilet za 6,5 Batha, czyli jakieś 60 groszy, a jak trafi Ci się taki lepszy z klimą i zamkniętymi oknami, to za bilet zapłacisz ok.15 Bathów. Co za oszczędność. I co za przyjemność. W każdym autobusie jest duet prowadzących znaczy – kierowca plus asystent kierowcy, dozorca, biletowy. Wsiadasz do autobusu, podchodzi do Ciebie taka osoba z metalową rurką, w której są pieniądze i sprzedaje lub daje Ci bilet. Podpowie też jeśli nie wiem gdzie wysiąść, bo masz jakiś cel. I wyskoczy, jak się autobus zatrzyma, żeby kupić kierowcy coś do jedzenia. Człowiek orkiestra.

W autobusie jesteś ty i miejscowi. Patrzą na Ciebie, jak na przybysza z innej planety. Nie siadają obok. Moja koleżanka Mai powiedziała, że pewnie się boją że o coś ich zapytasz, a oni nie będę potrafili odpowiedzieć. Ok. Pewnie tak jest. Trochę dziwnie się czuję, jak omijają mnie szerokimi łukiem, ale co zrobić? Zaakceptować. Rozsiadłam się wygodnie, wyciągnęłam nogi, a tu nagle… „Don’t do it” powiedział starszy Pan. W autobusie trzeba siedzieć ładnie, to nie kanapa, żeby się rozsiadać. Posłuchałam wskazówki. Od tej chwili jeżdżę autobusami w nienagannej pozycji. Takim autobusem można dojechać wszędzie. To jest naprawdę super. Polecam Wam. Z całego serca. Nie zastanawiajcie się dokąd jedzie. Po prostu wsiądźcie. Rozejrzyjcie się wokół. Jak Wam się podoba to wysiądźcie. Poszwędajcie się trochę. Potem znowu wsiądźcie. I wysiądźcie i tak, aż do zmroku. Zobaczycie inny Bangkok. Nie ten z przewodników. Każdy lubi, co innego. Ja odpuściłam Pałac, chociaż nawet chciałam wejść, ale była 17:00 i już nie wpuszczali. Co prawda pamiętając wszystko, co przeczytałam o oszustach, którzy mówią że Pałac jest zamknięty i zabierają Cię na przejażdżkę zaglądając przy okazji do sklepu, z którego dostają prowizję, nie uwierzyłam Pani. Mówię, że widziałam jak ludzie wchodzą i idę. Pani mówi, że nie. A ja idę. Dociera do mnie, że naprawdę jest zamknięte dopiero, jak wyrasta przede mną strażnik z bronią. Nie to nie! Nie będzie oglądania Pałacu! Ani leżącego Buddy, ani kilku innych niezwykle ciekawie opisanych wszędzie miejsc. Usiadłam pod pałacowym murem chowając się przed resztkami słońca. A potem poszłam w miasto. I jadłam z tajską rodziną ryż z jajkiem na progu ich domu. To lepsze niż Pałac.

Pani Tajka z autobusu powiedziała, że to tu. Wysiadłam. Pantip Plaza. Wielkie centrum miasta odebrało mi mowę jestem w szoku zbieram szczękę z podłogi, rozglądam się, nie wierzę… Wow! Wieżowce. Wielkie wieżowce. I centrum handlowe koło centrum handlowego. I tak aż po horyzont. Wchodzę do wskazanego Pantip Plaza i… Znowu zbieram szczękę z podłogi. Elektroniczne centrum handlowe. 5 pięter. Komputery. Aparaty. Kamery. Telefony. Gadżety. Wszystko. Jeśli kiedykolwiek będziecie jechać do Bangkoku i wcześniej wpadniecie na genialny pomysł kupienia sobie aparatu w Polsce, żeby mieć czym tu robić zdjęcia, to zapomnijcie o tym. W Pantip Plaza jest wszystko. Wszystko. Wszystko. I to taniej niż u nas. To powinien być punkt obowiązkowy w przewodnikach. Miejsce gdzie mieszkańcy Bangkoku na co dzień robią zakupy. Nasze centra handlowe to przy tym wiejskie sklepiki. W sumie to fajnie komputerze, że się zepsułeś bo inaczej pewnie nigdy bym tu nie trafiła. Padł dysk twardy. Albo muszę tu czekać do środy na nowy, albo… Kupić nowy komputer. Ok. Tak widocznie miało być. Ten kupiłam przed wyjazdem. Używana sztuka. Kiedyś kupiłam też używany samochód. Nigdy  więcej używanych rzeczy. Koszty wzrastają zamiast być niższe. Na szczęście komputer który chcę jest tu ok. 1500 zł. tańszy niż w Polsce. Muszę tylko pozbyć się starego. Idę więc to jednej z wielu serwisowych budek, pytam Pana Taja Sprzedawce, czy kupi. Mówi, że dysk zepsuty da 8000 Bathów. Jakby działał to dałby 1200 Bathów. Pytam, czy da 1000 i patrzę na niego szrekowymi oczami. Zgadza się. Sprzedany. Nowy –  kupiony. Mam nadzieję, że to złe dobrego początki. Ale przynajmniej trafiłam to elektronicznej mekki. I zaczęłam naukę targowania się. I sprzedawania. Tylko będę gdzieś musiała nadrobić nadszarpnięty budżet… Co jeszcze było fajnego w Pantip Plaza. Stołówa. Kupujesz w okienku karnety na jedzenie i wybierasz. Tym razem zupa. Z kaczką. Pycha. Dosiada się do mnie Pani Tajka Jedząca. Nie pyta. Po prostu siada. Tutaj to normalne. Jest krzesło to się siada. Smacznego Pani Tajko.

Obok królestwa elektroniki jest królestwo ubraniowe, a w zasadzie kilkanaście królestw koło siebie. To, do którego weszłam wygląda jak azjatyckie centrum handlowe w Polsce, ale w budynku typu Galeria Mokotów. I ciuchy są zarąbiste. Więc kolejna rada. Jak jedziecie do Bangkoku weźcie pusty plecak, czy torbę. Tu wszystko kupicie. No może poza arribowymi tiszertami, chociaż myślę że miałyby tu wzięcie. Jest taniej niż u nas. Tiszert – od 100 Bathów. 10 złotych. Na pewno znajdziecie to, czego szukacie. Gwarantuję. Za tym królestwem są kolejne królestwa. I kolejne. I następne. Markowe i niemarkowe. Ciuchowe, elektroniczne, kosmetykowe. Wszystkie.  Zakupoholicy trzymajcie się lepiej z daleka. Co jeszcze jest w centrum miasta? Biurowce. Olbrzymie hotele. Miejscowi. Jedzenie na ulicy. Aktualnie bardzo dużo jedzenie w ramach festiwalu wegetariańskiego. Są też żebracy udający kaleków. Korki wieczne. I upał. Tu jest na prawdę gorąco. Żar leje się z nieba. Zawsze musisz mieć pod ręką wodę, mokre chusteczki, czy żel antybakteryjny do rąk. Pomagają poczuć się lepiej. Można też zainwestować w parasolkę chroniącą przez słońcem, albo skryć się na chwilę w cieniu, przysiąść na chodniku. Odpocząć, żeby za chwilę znowu pędzić, być jak mrówka, spieszyć się. Chociaż Tajowie i tak wydaje mi się, że spieszą się trochę inaczej niż my…

Wracam na Khao San Road. Tu mieszkam. A dokładnie na Rambuttri, równoległej do Khao San. To mekka dla wszystkich turystów. Nie tylko tych z plecakami. Dla wszystkich. Tu są ludzie z całego świata. Tajowie tylko tu sprzedają… Taaaaaj masaaaaż!!!! Tuk tuk missssss. Taxi?! You want a taxi? You sexy and I know it! Where are you going? Tuk tuk! Where are you from miss? Do you want? Buy it! Buy it! Taaaaaj masaaaaażżżż! Chciałam się uodpornić. Nie da się. Jest gorzej niż w egipskich kurortach. Jedyny sposób – nie odpowiadać. Tłumy, naganiacze, imprezy non stop, głośna muzyka, i jeszcze głośniejsza muzyka, a na ulicy można kupić wszystko. Jedzenie, ubrania, można zrobić tatutaż, kupić w okazyjnej cenie garnitur marki The Boss. Żyć nie umierać po prostu. Myślę, że Khao San jest fajny na jedną noc, jak się chce człowiek wyszaleć i upodlić. I tyle. Jeśli kolejny raz przyjadę do Bangkoku odpuszczę sobie Khao San na pewno. Chociaż to miejsce ma też swoje plusy. Tu jest bardzo tanio! Najtaniej w całym mieście. Ciuchy są tanie, ceny takie same jak w centrum czy na bazarze. Jedzenie tanie. Hotele tanie. Najtaniej w Bangkoku. I jest bezpiecznie. Można wracać w środku nocy samemu do domu i nic nie może się stać. Jest komisariat policji i generalnie człowiek się czuję, jak w Europie. No i wszyscy wiedzą, gdzie jest Khao San, jak się gdzieś zgubisz. Zawsze wrócisz pod wskazany adres. Coś za coś.

Miałam się stąd przeprowadzić. Zapakowałam manatki i ruszyłam do China Town. Ale.. Tam to dopiero jest harmider. Zagęszczenie człowieków na metr kwadratowy przekracza dopuszczalne dla mnie normy. Jest iście chińsko. Kolorowo. Pachnie przyprawami. I jest smog. Okropny. Pierwszy raz poczułam, co to znaczy smog. Po godzinie szukania dotarłam do hotelu i wyszłam. Chinatown fajnie zobaczyć. Ale mieszkać tam to nie jest najlepszy pomysł. Wróciłam na Rambuttri, ale do trochę większych luksusów niż moje różowe ściany i robaczki, które w środku nocy zmusiły mnie do zmiany pokoju w Orchid Guest House. Jestem w Rambuttri Vilage Inn. Hotel. Porządny. Robaków brak. Jeśli przyjeżdżacie tu na jedną noc śmiało możecie zostać. Pokój dla jeden osoby 600 Bathów. Standard, jak w kurorcie… Nawet jest basen. Bez klimatu, ale czysto.

Jak spędzać czas w Bangkoku? Jeździć autobusami. Chodzić na długie spacery. Nie patrzeć w przewodniki. Jak się gdzieś zgubicie to na pewno trafi się jakaś świątynia, do której można zajrzeć. Są wszędzie. Może nie będzie to ta najbardziej znana. Ale też będzie cisza. I kwiaty. I złoto. Tylko pamiętajcie, żeby zdjąć buty przed wejściem i nie robić za dużo hałasu. Kolejne spostrzeżenie. Jeśli ktoś powie, że nasze kościoły są bogate, niech zajrzy do Buddy. Tu jest luksus. Fajnie też zajrzeć do parku. Nie ma ich za dużo, generalnie jest tu mało zieleni, ale warto zobaczyć tłumy tajów uprawiających jogging, ślubną sesję zdjęciową, naukę tańca w naturze i największą żabę, jaką dotychczas widziałam… Jest taki park koło Pałacu, po drugiej stronie ulicy. Wpadnijcie tam. Usiądźcie na ławce i obserwujcie. Widzicie?

Przede wszystkim trzeba rozmawiać z ludźmi. Pytać, zaglądać, jeść na ulicy. Nie siedzieć tylko na starówce. Pójść tam, gdzie są normalne bloki i biura. I pozwolić miastu, żeby Cię polubiło. Pozwolić, żeby wciągnęło w swoje zakamarki. Mój kolega Stasiek, którego już poznaliście powiedział, że pomimo 8 lat które tu spędził, każdego dnia Bangkok daje mu coś nowego. Zaskakuje. Dajcie się zaskoczyć. Warto. I uśmiechajcie się. To otwiera wszystkie drzwi. I otwiera ludzi. Tajowie uśmiechają się cały czas. Trzeba to od nich czerpać garściami. Są otwarci. Pomocni. Świetnie mówią po angielsku. Mai powiedziała, że zdarza się jej nawet z tajskimi koleżankami rozmawiać po angielsku, a nie po tajsku. A na Fejsbuku piszą tylko po angielsku. Jest po prostu szybciej. Tutaj raczej nie ma tematów tabu. Lepiej tylko nie rozmawiać o Królu. Wszyscy bardzo go szanują. Z religią też trzeba być delikatnym. Ale seks i nagość to norma.

O tym już niedługo… 20 totalnie golusieńkich kobiet na jednej scenie zrobiło wrażenie na milanowskiej dziewczynie. Lady boy z bananem na głowie też. To co? Widzimy się jutro? Pozdrawiam z Bangkoku. I szykuję dla Was opowieść o tańcu na rurze, seksturystyce, wielkim bazarze i niemieckich wurstach popijanych zimnym piwem.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.