Za górami, za lasami są ukryte piękne, zielone krainy. Jednak, żeby do nich dotrzeć trzeba pokonać nieprzyjazne miasta, momentami mroczną dżunglę, skwar na środku asfaltowej drogi, tropikalną ulewę i własne słabości. Później wystarczy tylko złapać stopa i jest się na miejscu. Można też oczywiście wykupić wycieczkę i zostać dostarczonym w klimatyzowanym busiku w każde miejsce. Proste? Na pewno prostsze. Ale czy wtedy docenia się tak samo urok wzgórz pokrytych po horyzont krzakami herbaty? Raczej nie.

Wzgórza Cameron podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Cameron

Zakwaterowaliśmy się w obskurnym hotelu w miasteczku Tanah Rata. 50 RM za pokój. Pokoik. Wilgotny na maksa. Bez łazienki. Ale przy głównej drodze i taniej niż w guest housach sugerowanych przez przewodniki Lonely Planet. Marzyłam o oderwaniu od standardów George Town, ale póki co nic na to nie wskazuje. Bród, hałas, zero uroku. Głodni i nieco rozczarowani idziemy coś zjeść. Puste żołądki zapychamy plackiem i kurczakiem – Tandoori Chicken, w hinduskiej knajpie. Smakuje. Jakie jest kolejne miejsce w które się udajemy? Dworzec autobusowy! Czas sprawdzić, jak się stąd wydostać. Na dworcu oczywiście nie ma państwowych, miejskich, czy jakichkolwiek oficjalnych autobusów. Jest za to 5 stanowisk prywatnych firm przewozowych, które chętnie zabiorą cię w każdy zakątek Malezji, za trochę zawyżoną cenę. Rezygnacji stopień drugi. Rozglądamy się wokół i… i widzimy znajome twarze. To para Niemców, których spotkaliśmy na małpiej plaży, na wyspie Penang – Tania i Darek. Takie spotkania są fajne! Niespodziewane. Miłe. Siadamy na herbatę w malajskim barze. Herbata, kawa, czy każdy inny napój serwowany w Malezji jest słodzony. Więc jeśli nie słodzicie, zamawiając musicie poprosić o wersje bez cukru. Wszyscy jesteśmy zbuntowani przeciwko wycieczkowym naciągaczom i postanawiamy sobie zorganizować własną wycieczkę na plantację herbaty. Wertujemy internet. I chyba wszystko wiemy. Kurczak Tandoori smakował nieźle, ale wieczorem daje się we znaki. Całej trójce. Niestety. Musiało się to wreszcie stać.

Słońce delikatnie zagląda przez zaparowane okna naszego pokoju. Wstajemy. Najwyższy czas odnaleźć to eldorado. Z dna plecaka wyciągam buty. Przydadzą się pierwszy raz. Zakładam ulubioną Arribową koszulkę, która przetrwa warunku leśne. Biorę latarkę, scyzoryk, trochę lekarstw, wodę i ciastka, kurtkę przeciwdeszczową i telefon komórkowy. Nigdy nie wiesz, co przydarzy ci się w środku dżungli, więc lepiej być dobrze zorganizowanym. Zwartą grupą ruszamy w poszukiwaniu ładnych krajobrazów. Idziemy w kierunku wodospadów Robinsona, które są delikatnie mówiąc nieciekawe. Ech… Czy może się wreszcie trafić coś po prostu miłego dla oka, czy nie?! Zapuszczamy się w dżunglę szlakiem nr 9. Na początku jest łatwo. Ścieżka przygotowana dla piechurów. Ale potem ścieżka się jakby urywa. Lora uważaj! Stanęłaś na węża!!! Uff… Na szczęście był mały. Uciekł w krzaki. Di tego jest ślisko. Wczoraj padało. Błoto nie ułatwia przeprawy przez powalone drzewa. Wiecie jak wyglądają moje nowiutkie, nieużywane wcześniej buty trekingowe? Nie powiem. Bo wyglądają okropnie. To miał być całkiem łatwy szlak. Nie wygląda. Dobrze, że przynajmniej nie pada. Ale za to miejscami jest upał. Idziemy już chyba godzinę. Końca nie widać. Po lewej kolejny wodospad. Ten trochę ładniejszy, bardziej dziki. A potem przepaść. I dalej dżungla. Zewsząd słychać bliżej nieokreślone, dzikie dźwięki. A my wędrujemy. I wreszcie jest! Upragniony koniec. Ta wycieczka zajęła nam chyba 2 godziny. Było ciężko. Jesteśmy zmęczeni. Ale do plantacji herbaty BOH już blisko. Tak nam się, oczywiście błędnie, wydaje. Przed nami 6 kilometrów asfaltową drogą, w samo południe, pod górę. Yupi! Najbardziej na świecie pragnę, żeby ktoś mnie podwiózł. Ale jak na złość wszystkie samochody jadą w drugą stronę. Można się było tego spodziewać. Ale to nie koniec, bo zaczyna padać. Chowamy się pod daszkiem przed czyimś domostwem. Na szczęście po 15 minutach woda przestaje lać się z nieba. Idziemy dalej. I zaczynamy tracić nadzieję… Chyba nigdy nie dotrzemy na miejsce. Łzy napływają mi do oczu. Po co mi to było?! Trzeba było wziąć klimatyzowanego mini busika i siedzieć sobie wygodnie. Ale my tak ambitnie, samodzielnie, inaczej niż wszyscy… Co to? Cicho! Ciii… Słyszycie? Chyba coś jedzie w naszym kierunku? Tak! Stary, rozpadający się Land Rover. Pick up, który kursuje po worki z herbatą. I udało się drodzy Państwo! Zwycięstwo! Mamy naszego pierwszego stopa! Moje pierwszego stopa w życiu! Wskakujemy na pakę i nasz los się odmienia. Cieszę się, jak głupia. Nie wiedziałam, że jazda autostopem może dawać tyle radości i satysfakcji.

I wreszcie. Naszym oczom ukazują się TE piękne widoki. Zielono. Po horyzont. Krajobraz ułożony z równiuteńko przyciętych prostokątów. Zapiera dech. Odbiera mowę. Do oczu napływają łzy szczęścia. Tego nie widzi się na co dzień. A jak się włoży tyle wysiłku, żeby się tu znaleźć, to docenia się to jeszcze bardziej. To największa plantacja herbaty na Cameron Highlands, plantacja herbaty BOH. Jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie w życiu widziałam. Wspinamy się na szczyt góry, rozglądamy wokół, herbata wszędzie. Zaglądamy do fabryki herbaty, która jest raczej małą manufakturą. Pijemy herbatę na tarasie z widokiem na herbaciane krzaki. Herbaciany świat jest fajny.

Mogłabym tu siedzieć godzinami, ale… czas się zbierać. W końcu nie wiemy ile zajmie nam podróż powrotna, bo autobusy żadne tu nie kursują. Tuptamy sobie szczęśliwi z górki, próbując zatrzymać co niektóry samochód. I znowu się udaje! Kolejny autostop. Podrzucają nas do głównej drogi. Stamtąd będzie już pewnie blisko do Tanah Rata. A jednak… Blisko nie jest. 12 kilometrów. To co? Kolejna próba? Nie zatrzymał się. I ten też nie. I następny też nie. Idziemy sobie, uśmiechamy się i machamy zawadiacko do kierowców. I co? Znowu sukces. Wskakujemy na pakę. Chińska rodzinka podrzuca nas jakieś 6 kilometrów, do kolejnej plantacji herbaty. Cameron Valley. Oczywiście zielone połacie herbacianych krzaków są piękne, ale… To już bardziej turystyczne miejsce. Przy głównej drodze. Pełno autobusów. Urok nie ten sam. Przez chwilę gapimy się przed siebie. Chłoniemy. I znowu bawimy się łapanie stopa. Okazuję się, że w Malezji do dość proste. Stopem można bezpiecznie dojechać praktycznie wszędzie. Nawet, jak się jest w pięcioosobowej grupie tak, jak my. Zatrzymuje się srebrny Proton. Wskakujemy. Prowadzi Samanta. Koło niej siedzi Piotr. Są z Malezji, ale mają chińskie korzenie. Ta wspólna przejażdżka to nasze pierwsze, ale nie ostatnie spotkanie. Piotr mówi, że prawdziwe wzgórza Cameron to nie tylko uprawa herbaty, ale głównie uprawa kwiatów i warzyw. Chcecie zobaczyć prawdziwe gospodarstwa w Malezji? Ja bardzo. Umawiamy się jutro o 10:00 na parkingu w Tanah Rata. Hej przygodo!

Piotr ma jakieś 70 lat. Samata 28 może. Nie wiem do dziś, czy są parą, czy może to mistrz i jego muza. Chciałabym wiedzieć, ale przecież nie zapytam. Zabierają nas na wycieczkę. Najpierw jedziemy go gospodarstwa, gdzie uprawia się kwiaty. A potem na taką prawdziwą, rodzinną, warzywno-owocową farmę. Samanta zrywa kukurydzę. Obrywa z liści, łamie na połówki i rozdaje każdemu z nas. Kukurydza na surowo. Słodka. Soczysta. Pyszna. Piotr opowiada, co tu właściwie robi. Jest podobno przyjacielem rodziny. Zna się dobrze na uprawie metodą hydroponiczną, wie jak zoptymalizować zyski  i pomóc podupadającemu gospodarstwu. Coś na pewnego z tego ma. W końcu życiu nie ma nic za darmo. Ale najważniejsze jest to, że obie strony są zadowolone z takiej współpracy. My też jesteśmy zadowoleni, bo możemy przez chwilę chociaż poobserwować prawdziwe życie wsi w Malezji. Próbujemy surowego groszku. I owocu. Albo warzywa. Wygląda jak ziemniak. Smakuje trochę, jak słodki ogórek, ale bez pestek. Jest bardzo soczysty, ale niezbyt słodki. Yacon. Słyszeliście kiedyś o tym? Trzeba jeść szybko, bo jak to w tropikach muchy zlatują się w sekundę. I widzę pierwszy raz krzak ananasa! Niestety bez owoców… Zrywamy  za to limonki prosto z drzewa. Obserwujemy krążącego nad wzgórzami orła. Rozmawiamy. Piotr trochę się przechwala, ale ten typ chyba już tak ma. Po za tym w tych całych przechwałkach jest dużo fajnych informacji. Spędzamy w gospodarstwie kilka godzin. Jest biednie. Biedniej niż na naszych, polskich wsiach. Metalowe baraki. Łazienko-kuchnia, a tak na prawdę miejsce gdzie jest woda i jej ujście. Kanapy i fotele głównie z samochodów robią za ‚salon’. Ale właściciele wydają się być szczęśliwi. I zapracowani. Zabraliśmy im już chyba za dużo cennego czasy.

Jedziemy dalej. Piotr pokazuje nam dolinę, która za jakieś 5 lat będzie totalnie zalana wodą i stworzy sztuczny zbiornik wśród wzgórza. Zmieni krajobraz wzgórz Cameron. Potem zatrzymujemy się w malutkim miasteczku, gdzie robimy za główną atrakcję. Jemy chińskie pyszności. Kurczak w panierce. Ziołowa herbata z lodem. Makaron ze świnką. I to jest dobre jedzenie. Mniam! Piotr był kiedyś szefem kuchni. Wie co jest smaczne. To pewne.

Szkoda, że ten dzień musi dobiec końca. Szkoda, ale… Jeszcze się spotkamy. Samanta i Piotr jadą pojutrze do Kuala Lumpur, po drodze zahaczając o rodzinne miasto Piotra – Ipoh. My, Lora, Władek i ja, planujemy podróż do Kuala jutro. Nie. Nie spotkamy się w Kuala Lumpur, ale… pojedziemy tam razem. Wygląda na to, że złapaliśmy całkiem długiego stopa. Nasi nowi znajomi zaproponowali, że nas podrzucą. Tania i Darek nie chcą jechać. A ja chcę bardzo. To jest szansa, jakich mało. Szansa na poznanie prawdziwej Malezji. Musimy tylko przekoczować dodatkowy jeden dzień w okropnym Tanah Rata. Ale chyba warto. Jak myślicie?

Korzystając znad programowego dnia, ruszamy na drugą z plantacji herbaty BOH. Autostopem oczywiście. Jesteśmy już wprawieni. Samochód się zatrzymuję. A ja znowu cieszę się, jak głupia. Jaka to frajda jeździć autostopem! Po drodze zaglądamy na plantację truskawek, których też tu nie brakuje. Szczerze? Polskie truskawki są fajniejsze. Słodsze. Bardziej je lubię. Trafiamy też na motylową farmę. I chyba wolę jednak motyle na wolności. Poza tym otoczenie motylowej farmy, zresztą tak samo jak truskawkowej, nie jest ciekawe. Brudne miasteczka. W takim miejscu oczekuje się spokoju. Chwili wytchnienia. Ciszy, a nie ryku silników i uderzeń młota pneumatycznego na budowie. A tu wszędzie tak, jest. bez względu na to, czy to Tanah Rata, czy którekolwiek z okolicznych miasteczek. Wszystkie są brzydkie. A Tanah Rata do tego wszystkiego maksymalnie turystyczne. Trochę stopem, trochę spacerem w końcu docieramy na herbaciane wzgórza. I co się okazuje? Że jest poniedziałek, a w poniedziałki plantacje są zamknięte. Trudno. Drogi nie są zamknięte, więc można spacerować wśród zielonych pagórków do woli. I gapić się. Usiąść na kamieniu i patrzeć w niebo. Zrywać zielone listki. Rozmyślać. I zabijać czas. Bo mam już trochę dość gór. Zresztą nie tylko ja. Nie ma upałów. Nie ma słońca. Pada. I jest bardzo wilgotno. Bardzo. I tak zupełnie szczerze to dwa dni na Cameron Highlands to świat i ludzie. A trzy dni to stanowczo za dużo. Oby do jutra. Chcę już jechać dalej. Poznawać świat. Ludzi. Szukać i smakować.

Poranek. Słońce przebija się przez chmury. To będzie słoneczny dzień. Pora wstawać, pakować manatki i jechać do Ipoh! Znowu powinien pojawić się ten dreszczyk emocji przed poznaniem nowego miejsca, ale…  Coś zabrało mi energię. Ukradło. Całą. Nie mam siły wstać. Z minuty na minuty robi mi się coraz bardziej gorąco. Moje oczy mają trochę pomidorowe zabarwienie. Ból w plecach. Ból w nogach. Ból w głowie. I przeokrutny ból gardła. Gorączka. 38 stopni. To chyba efekty wilgoci, klimatyzacji, deszczu, przeciągów. Ledwo niosąc plecak, dotaczam się do samochodu Samanty. Władek pakuje nasze bagaże. Wsiadam, opieram głowę o szybę. Ruszamy. Usypiam w sekundę. I wiecie co mi się śni? Moje własne łóżko. Jak człowiek jest chory to najbardziej na świecie marzy o tym, żeby być w domu…

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.