Australia, ta z folderów, książek i zdjęć, to Australia surferów i pięknych plaż, albo Australia dzikiego outbacku. Z górami, raczej się nie kojarzy, tym bardziej z Alpami, a ze śniegiem to już w ogóle.

Szkoda, bo góry w Australii są jedyne w swoim rodzaju, porośnięte śnieżnymi eukaliptusami, poobrzucane szarymi kamieniami, z długimi szlakami, wielkimi jeziorami, dzikimi końmi i chowającymi się pod ziemią, wombatami. Są warte zachodu. I wschodu słońca też.

Road trip Brisbane – Sydney – Melbourne. Listopad 2014

Poranek nad jeziorem

Road Trip Brisbane – Sydney 

Długo zastanawialiśmy się, jaką trasę wybrać z Sydney do Melbourne. W podróży jesteśmy od tygodnia, nie zostało nam już wiele czasu do odlotu mojej przyjaciółki, Anety. Z Brisbane do Sydney się nie spieszyliśmy, teraz musimy dodać trochę gazu, żeby zdążyć na samolot. Planów było wiele, ale stanęło na wycieczce z góry. Był już ocean, były duże miasta, był las deszczowy, to teraz pora na odrobinę górskich klimatów.

The Horn

Po całym dniu w Sydney, wyruszamy na południowy zachód. Na noc zatrzymujemy się w Parku Narodowym Morton, w miejscowości Bundanoon (jest pięknie i uroczo, na pewno tu wrócimy), a o świcie jedziemy dalej, w kierunku Bright. Droga jest długa, nudna i męcząca. To, zupełnie serio, jedna z najbardziej monotonnych tras w Australii, ale… chcemy pobyć trochę w górach i niestety musimy się spieszyć. Bywa i tak.

Gdy w miasteczku Albury odbijamy z głównej drogi, zaczyna robić się ciekawie. Trasa jest wąska, pełna zakrętów, momentami gęsto obsadzona drzewami, zupełnie jak na polskich Mazurach. Pola są rozległe, szczęśliwe krowy pasą się tu i tam, a kolorowe papugi szybują na błękitnym niebie. O tym, że jesteśmy w Australii, przypominają nieustannie żółte znaki drogowe, ostrzegające przez nierozważnymi kangurami.

Kangury na drodze

BEECHWORTH

Krótki przystanek robimy w Beechworth, małym miasteczku w stanie Wiktoria, które lata świetności przeżywało w XIX wieku. Gdy w 1852 roku w strumyku Spring znaleziono złoto, Beechworth ogarnęła istna gorączka! Wtedy mieszkało tu 10 tysięcy osób, dziś jest ich zaledwie 3.

Gorączka złota

Beechworth

Tak, Beechworth wygląda trochę, jak miasteczko z dzikiego zachodu (tylko auta nie te), miasteczko z wiktoriańskimi budynkami, miasteczko, w którym zatrzymał się czas, miasteczko, które żyje historią. Nie tylko zresztą historią gorączki złota, ale także historią Neda Kelliego, australijskiego Janosika. Jeśli jej nie znacie, obejrzyjcie film Ned Kelly, w rolach głównych Heath Ledger i Orlando Bloom.

Ruszamy dalej, w stronę Bright, wśród winnic i starych plantacji tytoniu, a potem odbijamy w prawo, na Górę Buffalo. To TU spędzimy dzisiejszy wieczór.

MOUNT BUFFALO, ALPY AUSTRALIJSKIE

Góra Buffalo należy do Mount Buffalo National Park i leży 1700 metrów nad poziomem morza. Krajobraz parku narodowego – oszałamia i to bez odrobiny przesady. Skarpy są urwiste i momentami nieprzewidywalne, droga chwilami pnie się prawie że w pionie, oznaczenie o konieczności używania łańcuchów zimą trochę śmieszą, a śnieżne eukaliptusy dodają całości bajkowego klimatu.

W parku jest 90 km spacerowych szlaków, a zimą jest gdzie pobiegać na nartach (tak, między czerwcem a wrześniem pada tu śnieg). Są też boskie ścianki do wspinaczki, na szczycie widoki 360 stopni, a gdzieś w środku lasu, nad spokojnym jeziorem – kemping, Lake Catani, dostępny od latem, od listopada do kwietnia.

Na miejsce docieramy tuż przed zmrokiem. Rozbijamy się szybko i idziemy oglądać zachód słońca nad wodą. Jest zimno. Mimo, że jesteśmy tu późną wiosną, to nadal jest zimno. Temperatura spada do 9 stopni. Ubrani na cebulkę, z gorącą herbatą w ręku, siadamy nad spokojnym jeziorem, my sami i okolica. Nikt nic nie mówi, wszyscy chłoną. W zamyśleniu chłoną naturę natury. A po chwili do naszego zrelaksowanego grona, dołącza kacza para i cicho kwacząc czeka, aż zapadnie zmrok.

Jezioro

Gdy wreszcie nadchodzi ta chwila, niebo obsypuje się tysiącem gwiazd. Niektóre spadają, inne wiszą w zawieszeniu, gdzieś tam w przestworzach. A my leżymy na plechach i w te przestworza gapimy się z zachwytem.

Wstajemy niedługo po wschodzie słońca i tak naprawdę dopiero teraz widzimy okolicę. Czyż to nie jest cudowne, przyjechać gdzieś po zmroku i do rana nie do końca wiedzieć, gdzie się jest?

Poranek nad jeziorem

Okazuje się, że nie dość, że kemping sam w sobie jest na najwyższym poziomie (są łazienki, kuchnia, miejsca na ognisko i brak zasięgu w telefonie) to i przyroda zachwyca. Ścieżki skryte są pod srebrzystymi konarami drzew, jezioro pachnie beztroską, co i rusz widać w zaroślach wombacią norę, papugi świergolą w krzakach.

Dom wombata

Jedziemy na szczyt, na The Horn, czyli najwyższy punkt w Parku Narodowym Mt Buffalo. Strome zbocze zmusza do wysiłku, ale potem odpłaca się mistrzowską scenerią. Góry – po horyzont. Z przodu, z tyłu, z boku, w prawo i w lewo. Można kręcić się w kółko z opadniętą szczęką.

Alpy Australijskie

Później zjeżdżamy w dół, zatrzymując się właściwie gdzie popadnie, bo tu wszędzie jest pięknie. Są wodospady, są suche przestrzenie, jest sucho, a kawałek dalej pachnie wilgocią. Jest różnorodnie.

Górskie kwiaty

Niedaleko Parku Narodowego Mt Buffalo, jest miasteczko Bright i to tu wypijamy wyśmienitą kawę. Miejsce słynie z dobrej kuchni, a okolica z wybornego wina. Zimą, Bright jest bazą wypadową na okoliczne stoki. Latem, bazą na rowerowe wycieczki, ale Bright podobno najładniejsze jest jesienią, gdy wszystkie liście kolorują się złotem. Zresztą, kiedyś opowiem Wam o nim trochę więcej, bo warto!

Tymczasem chodźcie na kieliszek wina. Ja stawiam. Co powiecie na na białego muscata z winnicy Brown Brothers?

Z Bright jedziemy prosto do Melbourne. Niedaleko granicy miasta, zatrzymujemy się na ostatni wspólny nocleg. A później się żegnamy, bo tu się kończy nasza wspólna wycieczka, Aneta wraca do Polski, a my do Brisbane. Jest ciężko, ale… zresztą przeczytajcie tutaj, jak mi teraz jest.