Bali – raj i marzenie. Niestety wielu i niestety od jakiegoś już czasu. Bali podąża za potrzebami tłumnie przyjeżdżających tu turystów, spełnia wszystkie ich zachcianki, daje im hotele i hoteliki, restauracje, sklepy, pamiątki, wypożycza samochody, skutery, organizuje wycieczki, kursy nurkowania, zwiedzanie świątyń, zajęcia jogi, masaże. Daje wszystko, czego sobie klient zapragnie. I sprawia, że coraz trudniej znaleźć tam spokój i prawdziwe życie. Ale na Bali wszystko jest możliwe, bo to jest magiczna wyspa. Trzeba tylko znaleźć odpowiedniego czarodzieja.

Bali podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Bali

Wreszcie jestem. Dotarłam. Witamy w Denpasar na Bali! Jaki jest plan na początek? Kuta. Tak tak. Miasto. Muszę poczekać dwa dni na moją towarzyszkę, a stąd blisko na lotnisko. Więc czekam i staram się nie zwariować, bo jak wiadomo jak się czeka to czas się dłuży. Łażę po sklepach, obserwuję surferów na plaży no i nawet idę do Starbucksa na kawę, i do fryzjera, i do apteki. Tu można znaleźć wszystko i zaspokoić wszystkie swoje potrzeby. Można imprezować do białego rana, można romansować, można jeść magiczne grzybki, upijać się w trupa i można wydać dużo pieniędzy. Ale w związku z tym, że ja ich za dużo nie mam, do sklepów tylko zaglądam, nic nie kupuję. I zastanawiam się czy to, co sprzedają jest markowe, czy to po prostu podróby wszystkich fajnych, sportowych firm? W międzyczasie zaglądam też na plażę. Jest upał. Nie do zniesienia. I pusto. Rozkładam się na piasku i zajadam mango, które Pani przytaszczyła w koszu na głowie. Plaża jest bardzo szeroka, czysta, a fale są naprawdę spore. No i jest zakaz kąpieli, w związku z czym wszyscy się kąpią. Włącznie ze mną. Po południu na wodzie trochę się zagęszcza, bo schodzą się fani surfowania. Głównie to fani z Australii. Australijczyków jest tu zdecydowanie najwięcej i to dla nich przygotowywane są wszystkie okoliczne atrakcje. Generalnie jest „tłumie i głośno”, a ja jestem raczej zwolenniczką „pusto i cicho”. Więc po 2 dniach mam dość i czekam niecierpliwie na… na mamę! Tak. Dołącza do mnie na najbliższe 3 tygodnie moja własna ukochana mama. Jest jedną z tych osób, która zawsze marzyła o wizycie na Bali, więc ja zdecydowałam się tu przyjechać. Tym sposobem powstała okazja nie do odrzucenia i moja mama zakupiła bilet do Indonezji. Jak się okazuje nasz przypadek nie jest odosobniony. W hotelu, gdzie się zatrzymałam – Warung Coco Hotel, poznałam Emmę, która ostatnie pół roku spędziła w Indiach. Czemu jest teraz w Kucie? Bo przylatuje do niej mama i będą zwiedzać Bali wspólnie. Córki z mamami podróżują sobie po Bali. Fajnie. Już czas. Pakuję manatki, wskakuję do taksówki i docieram na terminal lotów międzynarodowych. Wreszcie. Wychodzi przez drzwi lotniska. Trochę zagubiona, trochę zmęczona. Cześć mamo! Witamy w Denpasar na Bali! Z jednej strony łza kręci mi się w oku, mam ochotę rzucić jej się na szyję, ale z drugiej strony jestem przerażona. Mam już swoją harmonię, swój spokój, swój rytm, poradziłam sobie jakoś z tęsknotą, mam niezależność którą uwielbiam i którą muszę zawiesić na najbliższy czas. A do tego za 3 tygodnie pożegnanie. Ech… Ale nie ma co teraz o tym myśleć. Trzeba się sobą cieszyć i podładować „tęsknotowe” baterie! Podłączam się więc do ładowary.

Jedziemy na wschód, do Candidasy. Babcia mojej koleżanki z liceum prowadzi tam mały ośrodek. Iguana Bungalows. To tu zatrzymamy się na początek. Niezła odmiana, jak dla mnie. 8 domków, mały basenik nad samym morzem, piękne kwiaty, dużo zieleni, zero idealizmu i najmilsza obsługa na świecie! Ale „wisienką na torcie” jest Mama Iza, czyli babcia mojej koleżanki. Mama Iza wita nas z otwartymi ramionami i zakwaterowuje w domku po sąsiedzku do swojego. Wszyscy tu mówią na Izę mama, w związku z czym ja też postanawiam się tak do niej zwracać i tym sposobem w ciągu jednego dnia zyskuję dwie mamy. Co Wy na to?

Na tarasie u Mamy Izy mieszkają trzy malutkie kotki. Mają może miesiąc. Są piękne, urocze i wspaniałe. Co jakiś czas przyplątuje się ich tatuś – Chico, który ewidentnie pokochał mnie od pierwszego wejrzenia i wykorzystuje każdą okazję, żeby władować się pod moją poduszkę. Ta podróż zmieniała moje podejście do kotów. Powoli zyskują moją sympatię. Jestem zaskoczona.

Budzi mnie poranne miauczenie kociaków i delikatny szum fal. Pora wstawać. Na dobry początek dnia – hop! Plusk! Plum! Ach.. Basen… Luksus, którego dawno nie miałam. Woda jest ciepła, widoki piękne. Cudownie. Na śniadanie słodkie owoce i kawa. I pierwsza balijska znajomość. Poznajcie Ilu. Ilu jest w 5 miesiącu ciąży. W Iguanie pracuje od 10 lat. I jest chyba dobrym duszkiem tego nieco zapomnianego miejsca. Chociaż tak naprawdę wszyscy, którzy tu pracują są bardzo pomocni. Uśmiechnięci od ucha do ucha i zadowoleni z życia. Iguana Bungalows to miejsce z wyjątkową atmosferą. Ma już trochę lat, co widać, ale dzięki temu nie jest plastikowe. Można poczuć się tu, jak w domu. Szczególnie teraz, podczas niskiego sezonu, bo jesteśmy tylko my i trójka Holendrów, którzy od lat przyjeżdżają tu co roku na 2 miesiące. Dzień spędzamy nad basenem, nie robiąc nic. Mama się klimatyzuje do temperatur i reguluje zmianę czasu, a ja wypoczywam. Jedyne, czego nam brakuje to plaży i spokojnego morza. W Candidasie są spore fale, a plaże jak już się znajdą to raczej czarne, albo kamieniste i małe… Ale i tak nic nierobienie tu jest fajnie. Nawet bez plaży. Więc nic nie robimy aż do zmroku. Wieczorem w Iguanie gra lokalny zespół, więc wspólnie z moją mamą i Mamą Izą spędzamy czas przy muzyce na żywo. Są tańce, zimne piwo i rozmowy o Bali, a potem mały spacer po okolicy. Jest raczej spokojnie, ale to dlatego że nie ma jeszcze turystów. Candidasa to miasto, które składa się z hoteli i restauracji, więc jak turystów nie ma to jest spokojnie. Proste. To nie jest urokliwa, prawdziwa balijska wioska, tylko świat stworzony na potrzeby przybywających i płacących. Szkoda. Naprawdę nie da się połączyć przyjemnego z pożytecznym? Plan na jutro – wypożyczyć skuter i trochę poszperać w okolicznych zakamarkach.

Przed wyjazdem w świat zrobiłam kurs motocyklowy, więc wiem przynajmniej, że potrafię się utrzymać na dwóch kółkach. Ale… Nigdy wcześniej nie jeździłam na skuterze sama po ulicach. Do tego po lewej stronie, wśród szalonych lokalnych kierowców i na takich krętych dróżkach! No cóż. Do odważnych świat należy. Mama jest odważna. Zgadza się zostać moim pierwszym pasażerem. Przywdziewamy kaski i ruszamy. Kierunek – wieś, skansen, niedaleko Candidasy. Przy wejściu trzeba się zapisać no i niby się nie płaci, ale drobne datki są mile widziane. Sprytne. Na pewno zarabiają więcej niż gdyby sprzedawali normalne bilety. A co jest we wsi? Sklepiki przy domach, gdzie można kupić materiał wytwarzany na Bali, wszelkiego rodzaju duże i małe rzeźby, maski, drewniane lalki, czyli w skrócie pamiątki. Spod porozstawianych wszędzie koszy roznosi się „kukuryku”, więc wiadomo co się pod koszami kryje – koguty! Ale te nią są takie zwykłe, są chyba farbowane. Jeden jest żółty, a ten drugi różowy, a tamten tam jest tęczowy. Tylko czemu te koguty są tak poprzykrywane? Czyżby były przygotowywane do kogucich walk? To jedyne, co przychodzi mi do głowy. Jak myślicie?

Zapuszczamy się dalej w dżunglę, poza wieś i mamy szczęście. Trafiamy na Pancia, który właśnie zerwał z krzaka ananasa i postanawia nas poczęstować. Pycha! Super świeży ananas, słodki jak nie wiem. A na deser lufka wytwarzanego tu miodu. Mniam. I dalej w drogę. Mama trochę przerażona, ale stara się obserwować okolicę za nas dwie. Ja jestem skupiona na tym, żeby bezpiecznie wjechać i zjechać z górki i nie umrzeć na zawał, kiedy wyprzedza mnie szalona ciężarówka. Lekko nie jest powiem Wam, ale frajda jest olbrzymia! W końcu docieramy na polecaną przez wszystkich, cudowną plażę – White Sand Beach. I co? I niestety zonk. Leżaczek przy leżaczku. Parasol przy parasolu. Knajpa przy knajpie. Ludź przy ludziu. Do tego duże fale, więc spokojnego pływania nie będzie. Chwilę się pluskamy i zasiadamy na chwilę w jednej z restauracyjek. Planujemy tylko się napić, ale australijska rodzina, ta przy stoliku obok, namawia nas żebyśmy zjadły rybę, bo jest tu podobno pyszna. Na naszych talerzach ląduje więc Snapper i Mahi Mahi. Świeża ryba z grilla. To jest bardzo satysfakcjonujący obiad. Najlepsza ryba, jaką jadłam od lat! Jedziemy dalej w poszukiwaniu pałacu na wodzie, Tirta Ganga, którego nie znajdujemy. Znajdujemy za to tarasy ryżowe o nieziemsko zielonym kolorze. No dobra, możemy wracać do bazy, czyli do Iguany. Zwiedzanie świata na skuterze bardzo mnie się podoba. Bardzo. Inaczej się chłonie rzeczywistość. Ale trzeba spróbować różnych rozwiązań. Plan na jutro – wypożyczyć samochód i zwiedzić dalszą okolicę.

Zaparkował przed naszymi domkami. Stary jeep. Biorę klucze i dokumenty, podpisuję papiery, płacę i tym sposobem mamy auto na cały dzień. Na tylne siedzenie wrzucamy plecaki i jedziemy. Uaa. Kierownica po lewej i po lewej trzeba jeździć, ale do tego można się przyzwyczaić. Biegi ledwo wchodzą, pasy się nie zapinają, klimy oczywiście brak, a okna opadają gwałtownie przy odkręcaniu. Ale to nie jest najgorsze. Jedziemy sobie tymi wąskimi dróżkami, zakręt w prawo, zakręt w lewo, zwężenie nad przepaścią, teraz trochę z górki. Wyprzedza nas stado skuterów i kilka wściekłych ciężarówek. I znowu w prawo i pod górę, na jedynce, jeszcze trochę, jeszcze trochę… I wreszcie z górki!!! Przed nami skrzyżowanie, trzeba wyhamować, więc hamuję. Samochód jedzie dalej. Jeszcze raz – wciskam pedał na maksa i wreszcie rupieć zwalnia. Uff… Czuję ulgę. Zerkam na mamę, która lekko zesztywniała ze strachu. Zawracamy. Nie chcę jechać dalej autem praktycznie bez hamulców. Lubię swoje życie. W wypożyczalni, jakby wiedzieli o co chodzi. Bez większej dyskusji oddają pieniądze, zabierają rupiecia, a my zostajemy nad naszym basenem. To nie był dobry początek dnia i dobry początek przygody z jeżdżeniem po Bali, więc postanawiamy się zrelaksować. Kolejna ważna lekcja za mną. Głupia babo, zawsze przejedź się samochodem zanim go wypożyczysz! I to nie po parkingu, tylko kawałek dalej, z właścicielem na pokładzie. Sprawdź dobrze sprzęt zanim wejdziesz w jego posiadanie. Krótko mówiąc, jeżdżenie czterokołowcem po Bali zakończyło się fiaskiem, ale jeżdżenie jednośladem sukcesem. Co więcej, rozbudziło moją miłość do skuterów i motocykli.

Kolejną próbę zwiedzania wyspy podejmujemy z kierowcą – mężem Ilu. Niestety mimo wielu moich próśb, wozi nas wszędzie tam, gdzie wozi się turystów. Co więcej – gdzie nie wjedzie tam trzeba płacić! A wszędzie, gdzie się płaci jest słabo. Generalnie na Bali jest trochę „kult pieniądza”. Miejscowi wiedzą, że na turystach można zarobić i wykorzystują każdą okazję, żeby wyczyścić ich portfel do zera. Na początek zatrzymujemy się w świątyni, która znajduje się w jaskini z nietoperzami. W porównaniu do świątyń buddyjskich w jaskiniach, które widziałam w Malezji, to nic szczególnego. Na wejściu 12 000 od łebka, dostajemy sarong i po 8 minutach wychodzimy. Taka była interesująca.

Główną religią na Bali jest hinduizm, ale taki wymieszany z tradycją, w wydaniu balijskim. Wszędzie są mniejsze i większe świątynie, każdy ma wersję mini w swoim domu. Głównym założeniem religii jest utrzymanie harmonii na trzech poziomach: między człowiekiem a Bogiem, między człowiekiem a drugim człowiekiem i między człowiekiem a naturą. Ceremonie i składanie darów są stałym elementem dnia i zdecydowanie stanowią o magii Bali. Każdego wieczoru zbiera się tu pięknie pachnące kwiaty hibiskusa i szykuje malutkie, kolorowe koszyczki w ramach darów dla Boga. Chodząc do świątyń zakłada się piękne, tradycyjne stroje, kobiety noszą na głowach kosze z darami, jest naprawdę unikalnie. Ale to podczas ceremonii. Zwiedzanie pustych świątyń, w których nic się nie dzieje, nie jest krótko mówiąc zbyt interesujące. Fajniej jest zobaczyć „akcję”, niż zwiedzać „muzeum”.

Jedziemy dalej. Zaliczamy tzw. plantację kawy. Oszczędzę Wam mojego komentarza. Dalej czas na największą świątynię na Bali, Pura Besakih. I na nasze nieszczęście ceremonia akurat się zakończyła! Buu… Warto jednak było tu przyjechać. Świątynia jest ogromna i rozpościerają się z niej piękne widoki. Miejscowi starają się nas naciągnąć na przewodnika, mówiąc że bez niego nie da się wejść do środka, co oczywiście jest wierutną bzdurą. Wszędzie da się wejść, tylko nie można podchodzić do ołtarzy, jak akurat odbywają się modlitwy. Nie dajemy się naciągnąć, zwiedzamy samodzielnie.

A potem jedziemy krętymi drogami w  stronę wulkanu, mijając po drodze wieeeelkie jezioro Batur, leżące przy górze Batur! Dalej jest korek. Na szczęście w drugą stronę. Utknęło w nim chyba 50 ciężarówek, które pod wulkan Batur przyjeżdżają po kamienie i piasek. Jednak droga jest tak wąska, że przejazd w przeciwnym kierunku też nie należy do najłatwiejszych. Nasz kierowca lekko przerażony, że zostaniemy tu na kilka godzin, przeciska się między ciężarówką a urwiskiem. Udało się. Kryzys zażegnany. Popołudnie mamy spędzić w gorących źródłach. No i co? I dupa. Gorące źródła to nieco obskurne baseny, gdzie za wątpliwą przyjemność pływania trzeba zapłacić 150 000, czyli jakieś 50 zł. Miejsce nazywa się Batur Natural Hot Spring. Tylko ładnie brzmi. Jestem zawiedziona, ale mam nadzieję, że ta „gorąca” woda ma chociaż jakieś lecznicze właściwości. Oby. Opuszcza mnie dobry nastrój. Na szczęście w drodze powrotnej do Candidasy zaczyna padać deszcz. Czemu mnie to cieszy? Bo krajobraz się zmienia, robi się zagadkowo, intensywnie zielono, lasy i doliny spowite są mgłą, a jeździe krętymi drogami zaczyna towarzyszyć dreszczyk emocji. Może na Bali trzeba by przyjechać w porze deszczowej? Jakoś jest chyba ładniej, jak pada. Namawiam naszego kierowcę, żebyśmy wrócili inną trasą. I jest fantastycznie. Mijamy malutkie wioski, zatrzymujemy się przy ryżowych tarasach, a na koniec odwiedzamy pałac na wodzie, którego wczoraj szukałyśmy. Wieczorem znowu zasiadamy z zimnym piwem nad basenem i rozpoczynamy dyskusję podsumowującą kolejny dzień.

I tak właśnie upływa nam czas na Bali. To czas pełen zachwytów i rozczarowań. To czas odkrywania, jak bardzo inne jest podróżowanie w pojedynkę, od podróżowania z kimś. To ciężka praca nad poszukiwaniem prawdy, w wykreowanej na potrzeby turystów rzeczywistości. Przez 4 dni Bali trochę mnie zmęczyło. Więc od jutra zaczyna się lenistwo w czystej postaci. Nic nierobienie. Płyniemy na Gili Meno. Będziemy się opalać i jeść kokosy. Mama się cieszy. Ja też.

A no i przepraszam za opóźnienie w relacji. Wybaczcie. Obiecuję nadrobić zaległości szybko. Serdeczne pozdrowienia z Bali!

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.