Lot balonem zawsze wydawał mi się rzeczą tak abstrakcyjną, że nawet o nim nie marzyłam. Sama nie wiem czemu, ale jakoś tak mi się wydawało, że balonem to się lata w bajkach. I było, jak w bajce.

lot balonem w Australii

Lot balonem w Australii

Bez chwili zawahania, zadzwonił punkt 4 rano. Wydarł się wniebogłosy, budząc nas z wakacyjnego snu. Budzik.

Leżymy, jakby nic się nie wydarzyło, udajemy że był cichy niczym najmniejsza z najmniejszych myszy. Wstawanie przed świtem (bo za oknem jeszcze ciemno) nie należy do naszych mocnych stron. Niewiele wschodów słońca było nam dane wspólnie oglądać, bo zazwyczaj lenistwo i uroki wspólnych poranków w łóżku mocno zakotwiczają nas pod kołdrą. Dziś, nie chce nam się równie bardzo, ale… myśl o locie balonem zrywa ową kotwicę.

Wciąż leniwie, ale wstajemy. 10 minut później stoimy przed hotelem, gotowi na nową przygodę i marzniemy. Zima.

Zima w Australii daje w tym roku wszystkim w kość, nawet na tropikalnej północy. Jesteśmy w Queensland, w słonecznym stanie, na kilkudniowym urlopie w Palm Cove, 20 km. od Cairns. Mówi się, że tu zawsze jest ciepło. Zawsze zawsze. I, że to właśnie zimą jest tu najlepsza pogoda. Latem leje i duchota jest nie do zniesienia. A zimą ma być ideał, 28 stopni w ciągu dni, 18 w nocy i tak przez kilka miesięcy. Bez zmian.

Ale, że anomalia pogodowe nas lubią, dziś słupek rtęci pokazał w nocy ok. 6 stopni. Wyobraźcie sobie miejscowych? Czapki, szaliki, rękawiczki i trzy polary. Para leci z ust. Jeśli zastanawiacie się czy w Australii jest zimno, przeczytajcie ten tekst.

Spod hotelu odbiera nas mały busik z Raging Thunder Adventures i ruszamy w drogę. Przez godzinę jedziemy krętymi drogami w górę, w okolice miasteczka Mareeba, na płaskowyż Atherton (Atherton Tableland), to tu będziemy dziś latać, o tu:

Autobus zatrzymuje się na przydrożnym parkingu. Dla pasażerów jest to przerwa na przysłowiowe siusiu i na kawę, a organizatorzy czekają na znak od zwiadowcy, który sprawdza teren. Tak to właśnie jest z balonem, że nie do końca wiadomo, skąd się wyleci, a już na pewno nie wiadomo, gdzie się wyląduje. Nie ma też pewności, że podczas wschodu słońca będzie się w powietrzu, bo wszystko zależy od tego skąd zawieje wiatr.

Lot balonem wpisuje się więc idealnie w nasze podróżnicze preferencje – zobaczymy, gdzie nas poniesie i już!

Około wpół do szóstej docieramy na pastwisko gdzie, wciąż w ciemnościach, balonowi organizatorzy rozstawiają swój balonowy parking. Mimo, że na niebie mnóstwo gwiazd, to cieniutki, jak zeschnięty rogalik, księżyc nie rozświetla okolicy. Nic nie widać.

o świcie

Nagle buch! Uwagę wszystkich przykuwa pojawiający się znikąd ogień. I znowu. A potem słońce, jakby obudzone z głębokiego snu, gdzieś w tam w rogu, zaczyna malować horyzont na czerwono. W łunie maluje się zarys wielkich balonów.

I od tej chwili poranek się rozpędza. Rozgrzane balony stają dęba, dwadzieścia osób wskakuje do wielkiego kosza, pilot odpala Google Earth i daje znak kontroli lotów. Chwilę potem odrywamy się od ziemi.

Oddalamy się powoli, zupełnie inaczej niż w samolocie. Nie budzi to tego samego strachu, który budzi we mnie latanie (o moim strachu przed lataniem możecie poczytać tutaj), nie budzi lęku wysokości. Wręcz odwrotnie – uspokaja.

halo ziemia

Świt coraz bliżej. Z krzaków wyskakują stada kangurów, konie na padokach zaczynają poranną rozgrzewkę, a my widzimy to wszystko z góry. Jesteśmy wyżej i wyżej i wyżej, i ten świat na dole trochę się kurczy, wygląda bardziej niż dokładna makieta, niż jak ziemia, po której jeszcze kilka minut temu się przechadzaliśmy.

Suniemy powoli po różowym niebie. I wreszcie, zza rozciągających się wokół szczytów, wychyla się niewinnie ono – ogniste słońca. Może dzięki temu, że wschody oglądamy tak rzadko, pozostają one dla nas tak wyjątkowe? To magiczna chwila, bez dwóch zdań. Oglądać wschód słońca podczas lotu balonem, ach, czy moglibyśmy to sobie lepiej wymarzyć?

Atherton Tablelands

Widok w każdą stronę jest świetny. Czy to w dół, czy przed siebie, w bok, czy nawet w górę. I czujesz, że wiatr Cię niesie. Masz wrażenie, że pomimo perfekcyjnej pracy pilota, jesteś wolny jak ptak, że możesz więcej. Pomimo tych wszystkich ograniczeń, bo w końcu jesteś zamknięty w koszyku z przyczepionym kolorowym materiałem, czujesz wolność. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale tak właśnie jest. I się nie chce lądować.

Ale po 30 minutach trzeba. Pilot kontaktuje się z naziemną załogę i daje im znać, gdzie mają na niego czekać. My, zgodnie z zalecaniami, przyjmujemy pozycje do lądowania.

Trzy uderzenia o ziemię i jesteśmy z powrotem. Grupowo pakujemy balon, mając przy tym mnóstwo zabawy. A potem wracamy, zgadzając się, że lot balonem musimy wpisać na listę naszych ukochanych atrakcji i zrobić to jeszcze raz. Widok po lądowaniu też jest fajny 🙂

poranenek w Queensland

Wpis powstał we współpracy z Raging Thunder. Dziękujemy za zorganizowanie nam niezapomnianego poranka! Więcej o lotach balonem w Cairns, w Australii znajdziecie tutaj.