Jest wiele rzeczy, których się boję. Boją się latać, boję się wysokości, boję się pająków, horrorów i szaleńców też się boję.

Ale nie boję codzienności. Nie boję się ryzykować, nie boję się podejmowania samodzielnych decyzji, nie boję się rzucania na głęboką wodę ani wizji wygrzebywania się z potencjalnych kłopotów. Nie boję się, że dostanę w dupę. Nie boję się, bo wiem, że sobie poradzę. Wiem, że sobie poradzę, bo próbuję. Próbuję po to, żeby przeżywać swoje życie, a nie tylko przetrwać w świętym spokoju.

Ostatnio znajomy wspomniał, że chciałby pojechać do Bhutanu. Po powrocie do domu zajrzałam szybko do mojego podróżniczego albumu, potem zerknęłam na mapę i w internet. Odrazu zrozumiałam, dlaczego to miejsce mogło mu się spodobać i sprawdziłam, jak sama mogłabym się tam dostać. Gdybym tylko mogła, poleciałabym i jutro bez odrobiny strachu, czy i jak sobie poradzę, mimo że kilka minut wcześniej nie byłam nawet pewna, gdzie leży Bhutan. Dziś, podróże na własną rękę, w totalnie nieznane miejsca, są dla mnie czymś tak samo bezpiecznym (czy też niebezpiecznym), jak spacer do parku za rogiem. Wizja wyjazdu na drugi koniec świata nie napędza w mojej głowie myśli i pytań. Nie sprawia, że odpuszczam, tylko dlatego, że coś jest nieznane, odległe, obce.

Bo to się nie ma czego bać!

Podobnie mam z przeprowadzaniem się. Wiem już jak to jest się gdzieś wyprowadzać, gdzieś daleko (a nawet bardzo daleko) i nie bałabym się kolejnego razu (czym bym chciała, to zupełnie inne pytanie). Nie bałabym się tej uniknionej z początku samotności, wydeptywania nowych ścieżek czy zawierania znajomości.

Bo to się nie ma czego bać!

Gdy kilka miesięcy temu szukałam pracy, miałam obawy, że nie znajdę tego, co bym chciała (w sumie to sama nie do końca wiedziałam, czego chcę…), ale postawiłam sobie poprzeczkę wysoko. Nie spełniałam nawet połowy wymagań z ogłoszenia, ale stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia. I wiecie, co? Dostałam tą pracę. Stwierdzenie „Bo to się nie ma czego bać!” tyczy się także wiary we własne możliwości. Ale nie będę się też bała powiedzieć „dziękuję”, jeśli coś pójdzie nie tak (a może pójść, bo po raz pierwszy w życiu pracuję na pełny etat za biurkiem).

Bo to się nie ma czego bać!

Boimy się tego co nieznane. Boimy się o przyszłość (tą za pamięć minut czy tą za dziesięć lat). Boimy się formowania własnej codzienności. Ale strach to pojęcie abstrakcyjne, nienamacalne. Jedyne miejsce, gdzie istnieje to nasze własne myśli. Oczywiście, zagrożenia istnieją, porażki zdarzają się zdecydowanie za często, ale strach przed nimi to nasz własny wybór. Wystarczy spróbować, żeby choć odrobinę go okiełznać.

Bo to się nie ma czego bać!

Tej pewności dodała mi chyba samotna podróż dookoła świata, a przynajmniej mocno ją wzmocniła. Nie znaczy to, że przez głowę nie przewijają mi się czasem niepewne wizje, ale idę krok dalej (a przynajmniej się staram). Też się nie bój, bo… to się nie ma czego bać.