Cztery noce spędziliśmy śpiąc na jachcie zacumowanym w zatoczkach niczym z żurnala. Do snu bujały nas fale, a bajki opowiadały tysiące gwiazd. Na poranne karmienie zaglądały ryby, a popołudnia spędzaliśmy dryfując w żółwim towarzystwie. Piątą noc z przyjemnością spędziliśmy w porcie, ale szybko zatęskniliśmy za wolnością…

To miał być przyjemny poranek. I był taki dopóki na otwartym morzu nie rozstawiliśmy żagli. Przez pierwsze pół godziny, może nawet dłużej, było zabawnie. Fale robiły się coraz większe i nieproszone wlewały na pokład. Okrzyki radości zamieniały się z czasem w te wymieszane ze strachem. Nikt nie chciał się przyznać. To był strach przed morską chorobą, której dotychczas udało się nam wszystkim uniknąć. Gnaliśmy przed siebie, w przechyle większym niż kiedykolwiek. Ponton, który ciągnęliśmy za sobą na solidnej linie, przypominał żółtą kaczkę w wannie. Obstawiliśmy się miskami chociaż nikt nie wspomniał, że mu niedobrze. Nikt nie chciał wykrakać. Dopiero, gdy dotarliśmy do Cid Harbour, zatoki ukrytej na zachodzie wyspy Whitsunday, Sam powiedział głośno:
„Myślałem, że się wszyscy porzygamy.”
Nikt się nie porzygał, ale wszyscy mieli wielką ochotę zejść na ląd.

Whitsunday Peak

Zapakowaliśmy pogryzaki, wodę, wygodne buty, latarki i podpłynęliśmy na pobliską plażę, Dugomg Beach. Przed nami wycieczka na szczyt, a do zdobycia Whitsunday Peak. To trasa uznawana za jedną z najbardziej wymagających na wyspach Whitsundays. Najpierw długo idzie się wzdłuż wody aż do Sawmill Beach, potem długo idzie się pod górę. Są śliskie kamienie, gęsty las, rozciągnięte między drzewami pajęczyny, a na nich obrzydliwe pająki, strumyki, które potrafią być zapewne bardzo rwące. Idzie się i idzie, i ma się dość.
Widok wynagradza wspinaczkę. Zielone jak papuzie pióra wysepki porozrzucane są z każdej strony. Bo z Whitsunday Peak widać wszystko wokół. Między wysepkami rozlewa się woda, granatowa na horyzoncie, turkusowa bliżej brzegu i zupełnie przeźroczysta przy nim samym. Do tego zachmurzone niebo i poświata zachodzącego słońca.
Whitsunday Peak widok
Zasiedzieliśmy się do tego stopnia, że w dół schodziliśmy prawie po omacku.
Na domiar naszej nieodpowiedzialności, jacht pozostawiliśmy bez oświetlenia (nie zapaliliśmy nawet tej małej żaróweczki na czubku grota). W końcu było widno. Tylko, że teraz jest ciemna noc. Wyjątkowo ciemnna, bo księżyc w pełni udał się na swój regularny odpoczynek. Odnalezienie łodzi, wśród dziesiątek innych, które przypłynęły podczas naszej nieobecności, zajmuje nam dobre pół godziny. Trwa to tak długo, że rozważamy spanie na plaży pod gwiezdną kołdrą. A – pada.

Whitsunday Cairn

Zachęceni pięknym pejzażem, wypływamy następnego dnia zdobyć kolejny szczyt wyspy Whitsunday – mniej znany niż poprzedni, Whitsunday Cairn. Znajduje się on na północy wyspy i łatwo go dostrzec z każdej strony, bo siedzi na nim wielki głaz.
To kolejna trasa, uznawana za tą trudniejszą. Zaczyna się na Cairn Beach, a wejście na szczyt zajmuje nam jakieś godzinę. Jest zupełnie inaczej niż wczoraj. Jest inna roślinność, inne powietrze, inna atmosfera. To niesamowite, że te dwa miejsca leżą tak niedaleko od siebie, na tej samej wyspie, a tak bardzo się różnią. Różnią się też widoki ze szczytu, ale w niczym sobie nie ustępują. I mają jeszcze jedną wspólną cechę – na górze… wieje.
Przy Cairn Beach zaliczamy też krótkie snorklowanie, zdecydowanie najgorsze z tych, które mieliśmy okazję sprawdzić na Whitsundays, chociaż nadal niczego sobie.

Hook Island

Ostatnią noc spędzamy tuż obok miejsca, gdzie spędziliśmy pierwszą, na wyspie Hook, w Macona Inlet. Macona Inlet i Nara Inlet to jedne z najciekawszych miejsc do zakotwiczenia podczas rejsu po Whitsundays. Nie grzeszą tropikalnym klimatem, przypominają raczej fiordy. To bardziej krajobrazy nowozelandzkie czy kanadyjskie, niż takie które przypisać można wyspom w Australii. Nie przeszkadza tu padający deszcz, a tęcza pasuje idealnie.
Tak się kończy nasz rejs po Whitsundays. Po tygodniu bezpiecznie docieramy do portu w Airlie Beach, obmyślając kiedy tu wrócimy. Tak wiele zostało do odkrycia.