Mieli przyjechać w czwartek. Nie przyjechali. Nie odzywali się. Cisza. Widziałam na ich blogu, że trochę się zasiedzieli u cudownej podróżniczki w drodze z Sydney. Australia chyba ich wciąga i wcale się temu nie dziwię. Może zmienili zdanie i ominą Brisbane? Może muszą nadrobić czas? W końcu przed nimi 25 ooo kilometrów do przejechania w 3 miesiące! Kawał drogi, a czasu wcale nie tak dużo…

Busem przez Świat w Australii

Jest sobota. O 07:03 rano mój telefon rozdziera się wyjątkowo piskliwie, co oznacza: masz wiadomość. „Hej! Tu ekipa Busem przez Świat. Jesteśmy w Byron Bay. Dziś wieczorem prawdopodobnie dotrzemy do Brisbane […]”. Takich będziemy mieć gości: piątkę wariatów, którzy wysyłają swojego starego busa w różne miejsca na świecie i podróżują za grosze. Zaczęli cztery lata temu. Odwiedzili już 33 kraje. Spotkali dobrych i złych ludzi. Widzieli piękne i jeszcze piękniejsze miejsca. Spełnili marzenia swoje i marzenia wielu innych. Udowodnili, że można, a my lubimy takich ludzi, którzy robią ten jeden krok dalej poza strefę wygody i komfortu, bo coś tam o tym sami wiemy… Dziś wieczorem spotkamy się z ekipą Busem przez Świat, która wyruszyła na swój Australian Trip. Jeśli o nich nie słyszeliście, to zajrzyjcie koniecznie na stronę – www.busemprzezswiat.pl, a jeśli słyszeliście to kibicujcie, wspierajcie i bądźcie z nimi, bo sobie na to cholernie zasłużyli skubańcy.

DSC09787_Fotor

Plan na dziś zaczyna być napięty, bo za chwilę jesteśmy umówieni na spotkanie. Pamiętacie tzw. kolegę Wójcikowskiego, z którym poznałam się w Peru? Jeśli nie przypomnijcie  sobie nasze spotkanie – Lima. Kochaj, albo rzuć. Dzisiejsza dzień jest pod hasłem – niezwykłe spotkania.

Tomek, bo tak ma na imię mój kumpel, przyleciał na chwilę do Brisbane. Jego życie zmieniło się przez te kilka miesięcy nie mniej niż moje. Najwyższa pora sobie o tym poopowiadać! Fajnie Cię znów widzieć Tomek!!! Nawet nie wiecie, ile mi ta moja podróż dookoła świata przyniosła wspaniałych przyjaźni. Ile dzięki niej spotkałam fantastycznych, nietuzinkowych ludzi. Tomek jest jedną z tych osób, z którą mogę gadać i gadać, i gadać, i gadać i tak gadamy, a biedny Sam – musi tego słuchać… Jesteśmy tacy podobni i tacy rożni. Uwielbiam się z nim wymieniać moimi spostrzeżeniami na temat rzeczywistości, tylko czas mija za szybko. Jedziemy na piwo nad wodę, a potem na nocny market, Eat Street Market, do miasta. Pyszne jedzenie, ze wszystkich stron świata. Niedługo opowiem Wam o nim więcej. Cudowny wieczór psuje tylko piekielna burza i zmęczenie. Tomek musi jutro wstać skoro świt, ale na szczęście za kilka dni znowu będziemy mieli szansę się zobaczyć. Więc nie żegnamy się, tylko mówimy sobie „do zobaczenia”.

A ekipie Busem przez Świat mówimy „dobry wieczór”. Dojechali. Cali i prawie zdrowi. Biedna Ola, jedyna dziewczyna w drużynie, cierpi na straszliwy ból zęba. Był już grany dentysta, są antybiotyki i przeciwbólówki w zapasie. Oby przeszło! Bo inaczej, przed wyprawą na australijski outback, rozsądniej byłoby się pożegnać z zębem… Ale będzie dobrze. Są szczęściarzami, więc i z zębem się uda!

Wieczór spędzamy przy zimnym piwie na naszym tarasie. Rozmawiamy o podróżach, rozmawiamy o Australii, rozmawiamy o spełnianiu marzeń. Sammy zaznacza na mapie kilka miejsc wartych odwiedzenia, bo ma już za sobą niejeden australijski road trip. Opowiada o krokodylach słodko, i jak to on mówi „świeżo” wodnych 🙂 Mówi o sklepach z alkoholem wyglądających, jak więzienia i o drogach zamykanych w czasie powodzi. Opowiada o piasku idealnym na Whitsundays i  o zachodzie słońca idealnym w Broome. Są też historie o dzikich wielbłądach i dwumetrowych kangurach, o porzuconych samochodach, i o kuriozalnych cenach paliwa na pustyni. A potem każdy z nas opowiada trochę o sobie. Ja o mojej podróży dookoła świata, w którą wyjechałam bez żadnego podróżniczego doświadczenia i o tym, jak to się stało, że finalnie wylądowałam w Australii.

Swoją drogą – wiecie, że mija już dokładnie rok odkąd przyjechałam do Brisbane i poznałam Sama? O naszym pierwszym spotkaniu przeczytacie tutaj. Czytam to z łezką w oku. Wy oczywiście nie musicie płakać! Ja cie, jak ten czas zasuwa! I tyle się w ciągu ostatnich 12 miesięcy wydarzyło. Chyba muszę to wszystko spisać i podsumować, bo 2013 to był na pewno mój rok…

Ekipa busa też nam zdradza nieco o sobie. Karol jest sprawcą całego zamieszania. To on wymyślił, żeby busa wysyłać w różne zakątki świata. Jest szefem i głównym organizatorem. Głowę ma bardziej niż na karku, jeśli można mieć głowę bardziej niż na karku, a w głowie miliony pomysłów. Jest młody, zajebiście kreatywny, super zdolny, uparty i przebojowy. Ma 25 lat, a na swoim koncie wielki projekt i wydaną książkę. Aż boję się pomyśleć, ile on w życiu osiągnie!

DSC09807_Fotor

Wojtek jest Karola młodszym bratem i od początku wspiera go w całym przedsięwzięciu. Jest drugim kołem napędowym, bo gdyby nie on to Karolowi pewne nie raz zabrakło by zapału. Wojtek robi zdjęcia, kręci i montuje busowe filmiki. Ma pomysł na siebie i uparcie dąży do celu. Chyba nam proszę Państwa rośnie młody, zdolny reżyser… Ola, zwana Alex. Kobiecy pierwiastek wśród męskiej grupy. Jest ostoją spokoju nie tylko dla Karola. To wszystko chyba przez ten buddyzm płynący prawie że w jej krwi… Daniel to żarłok. Żartuję. Daniel to super inteligenty facet, który kiedyś bardzo kochał motory, a dziś chyba za tą miłością zaczyna tęsknić. Lubi się zachwycać tak, tym co nowe i cieszyć jak dziecko każdym dniem. Zupełnie, jak ja. Chyba dlatego się tak dobrze zrozumieliśmy. No i najważniejszy członek ekipy – 23-letni VW bus we własnej postaci, zaparkowany na naszym podwórku. Ale nas zaszczyt kopnął. Niebieski, załadowany po brzegi, oklejony szaleńczą ilością napisów i fajnych haseł. Pełen wspomnień i przeżyć. Magiczny. Bardzo magiczny.

I jest już niedziela. Rano jajecznica na maśle, parówki i kawa z mlekiem. Ma być chociaż trochę po polsku. Na śniadanie wpada Kacha – dziewczyna ze Świdnicy, która przeprowadziła się do Brisbane kilka miesięcy temu i jest tu instruktorką kite surfingu. Zresztą tuż za rogiem od nas, w Sandgate. Świat jest mały, super mały.

DSC09803_Fotor

Kacha namierzyła busa na stronie www (ekipa ma aplikację, która pozwala ich zlokalizować – super sprawa) i wpadła po prostu się przywitać. Co prawda najpierw wpadała do złego domu pytając czy tu mieszkają Polacy, ale w końcu nas znalazła. Więc dzień spędzimy wspólnie. Jedziemy do miasta. Na początek nie lada wyzwanie – znaleźć parking, na który może wjechać auto wyższe niż 2,3 metra. Prawie się udaje. Parkujemy przy uniwersytecie. Zagadujemy Pana strażnika i idziemy na Southbank.

Southbank to jedno z moich ulubionych miejsc w Brisbane. Fajne kawiarnie i knajpy z dobrym żarciem. Muzea, wystawy, teatry. Brisbane Eye, kawałek lasu deszczowego i fantastyczna plaża w centrum miasta. Piasek bardzo piaskowy, woda bardzo orzeźwiająca, a widok miejsko – miejski, na wieżowce po drugiej stronie rzeki. Aż szkoda byłoby się tu trochę nie polenić. Więc się lenimy przez chwilę.

DSC09818_Fotor

Z Southbank idziemy na Queen Street Mall, czyli główny deptak w Brisbane. To tu można poczuć magię australijskich Świąt – wielkie bombki, choinka i nuta w klimacie Bożego Narodzenia. Czytaliście już o Świętach down under? Jeśli nie – rzućcie okiem tutaj i sprawdźcie, czym się one rożnią od tych polskich. Tuż przy moście mijamy rozłożony na ulicy targ z używanymi różnościami, ale głównie z ciuchami drugiego sortu sprzedawanymi przez modnie ubrane dziewczyny, skryte przed słońcem pod kolorowymi parasolami. Atmosfera zaskakująca. Wydarzenie nie do końca pasuje do miejsca, ale na tym polega chyba jego urok. Brisbane zaskakuje.

No i wreszcie docieramy pod choinkę. Czymże byłyby by Święta bez choinki w mieście? I czymże byłby renifer bez rogów? To jest tak zwana świąteczna głupawka. Wam też odbija przez Świętami, czy to tylko mi?!

DSC09860_Fotor

Wracamy wzdłuż rzeki. Widok mamy na Story Bridge, czyli brisbeńską wersję Harbour Bridge z Sydney. Mijamy sięgające chmur szklane wieżowce, a dalej idziemy przez zielony ogród botaniczny, gdzie ekipa busa zostawia na bambusie swój ślad. Bambusowa alejka w środku parku cała jest opisana. To chyba taka tradycja, jak np. kłódki na moście w Paryżu. Musimy tam wrócić i trzasnąć, jakiś autografik – Where is Juli + Sam. Znak dla potomności.

DSC09872_Fotor

Wreszcie po długim dniu spędzonym w ponad 30-stopniowym upale, wracamy do domu. Na kolację – australijskie barbecue, czyli kiełbaski, chleb no i polski ogórek też musi być. Butelka wina i nie zamykające się paszcze. Szczególnie moja. Czasami się sama zastanawiam od kiedy ja tyle gadam?! Przecież zawsze wolałam słuchać. Czyżby coś się zmieniło, a ja nie zauważyłam…?

DSC09886_Fotor

Ach… Przyszedł czas powiedzieć „do zobaczenia”.