Obudzeni przez upał, szybko podgrzewający atmosferę naszego namiotu, jedziemy dalej. Od kilku dni przemierzamy Gibb River Road, czyli szutrową drogą ciągnącą się przez 700km od Broome w Zachodniej Australii aż po Darwin na Terytorium Północnym.

Road Trip Broome-Darwin

Połowę mamy już za sobą. Były krokodyle, wodospady, pustkowia i psy dingo, ale jak się okazuje, to co najpiękniejsze jeszcze przed nami.

Z żalem opuszczamy Manning Gorge, bo można by spędzić więcej czasu i ruszamy dalej, w kierunku rzeki Pentecost. Niestety czas zmusza nas do ominięcia zjazdu na Mitchell Falls i gnania przed siebie.

Gibb River Road

Tereny, w które wjeżdżamy wydają się być jeszcze bardziej suche niż te, które przemierzaliśmy wczoraj. Słońce pali dziś wyjątkowo mocno, powietrze nad drogą trochę się gotuje, kurz krąży jak szalony mimo, że wiatr zapadł w zimowy sen.

wrak na outbacku

Gdzieś tam pod starym konarem stoi zardzewiały wrak, zresztą nie pierwszy jaki mijamy.

„I co wtedy, jak tu, na pustyni, popsuje ci się samochód?”, pytam z zaciekawieniem Sama.

„Zostaje”, odpowiada ze stoickim spokojem. „Nikomu nie opłacałoby się holowanie auta przez tysiące kilometrów. Bardziej się opłaca je porzucić. Mieszkańcy, jeśli owi są gdzieś w okolicy, rozbierają auto na części. Albo turyści, tacy jak my, biorą to, co może im się przydać. Gdy jechałem dookoła Australii…”, rozkręca się, ale o tym innymi razem 😉

Z krzaków po lewej wychyla się nieśmiało pies. Nie, nie bezdomny, dziki pies dingo. Czeka aż przejedziemy i przebiega na drugą stronę.

Piaszczysta i dziurawa droga wiedzie pod górkę. Co chwilę przecinają ją wysuszone strumyki. W porze deszczowej teren na pewno jest nieprzejezdny. Tuż przed sporym zakrętem w lewo, zatrzymujemy się na górce. Widok rozpościerający się stąd na Cockburn Ranges oszałamia. Natura znowu pokazuje swój rozmach.

stół z widokiem

Na kamykach porozrzucanych pod nogami można przeczytać „Do The Gibb”. I ja dopisuję „Byłam tam”. Wokół nie ma żywej duszy, tylko głucha cisza… Nawet echo pozostaje nieobecne. Siadamy więc w tej ciszy przy kamiennym stole. I siedzimy.

PENTECOST RIVER

Gdy dojeżdżamy do Pentecost River, wszelkie nasze wyobrażenia o tym miejscu, przepadają. Żadne zdjęcie, ani nawet najsprawniejsza wyobraźnia pięciolatka, nie są w stanie oddać jej uroku.

Do tego dochodzi strach – bo to szeroką rzekę trzeba przejechać zanurzając koła w wodzie aż po podwozie. Nie ma zmiłuj.

Ruszamy, niepewni tego co nas czeka. Nie widzisz dna, jedyne co widzisz to porozrzucane głazy i karłowate drzewa, ukształtowane tak przez rwący w porze deszczowej prąd. Historie o pływających tu krokodylach tylko podnoszą nam ciśnienie…

Pentecost River

Koła powoli zanurzają się w wodzie i równie powoli toczymy się do przodu, z podziwem rozglądając się na boki i z niedowierzaniem wyglądając w dół, przez okno. Jedziemy przez środek wielkiej rzeki! Ale czad!

Gdy wreszcie docieramy na drugi brzeg mamy ochotę przejechać znowu. I potem jeszcze raz. Ale nie jedziemy, patrzymy sobie. Po prostu.

EL QUESTRO

Po emocjonującej przeprawie zjeżdżamy w jeszcze bardziej emocjonujące miejsce do El Questro Station – nie to nie Meksyk, to Australia.

To podobno jedna z największych turystycznych atrakcji regionu Kimberley. Ja jakoś o niej nigdy nie słyszałam, jak o większości miejsc w tej okolicy zresztą.

konie w El Questro

El Questro Station Wilderness Park & Homestead to gospodarstwo, które zajmuje teren ponad miliona akrów (!) i cudowne miejsce na nawet kilkudniowy przystanek. Bo w El Questro można jeździć konno, latać helikopterem czy samolotem (jest tu nawet mini lotnisko), pływać na kajakach, kąpać się w krystalicznych źródełkach, ale przede wszystkim można odpocząć w zgodzie z naturą. I mimo, że są tacy którzy mówią, że El Questro jest turystyczne, my jesteśmy zachwyceni i życzylibyśmy sobie więcej takich turystycznych miejsc.

Aby dojechać do tzw. centrum, gdzie mieści się recepcja i kemping musimy pokonać chyba trzy strumyki. Jest dziko! I niestety nie najtaniej, bo miejsce bez prądu kosztuje $20 od osoby plus $12 od osoby za wjazd na teren El Questro (tzw. park permit). Ale co tam! Uwierzcie – jest warto.

Na popołudniową kąpiel  jedziemy do Moonshine Gorge. Aby tam dojechać przejeżdżamy przez dwie bardzo głębokie rzeczki, więc adrenalina znowu rośnie. Nie wiem, jakim cudem woda nie wlała się do środka!

Moonshine Gorge

A na lunch jemy na szczycie, na Saddleback Ridge. Wjechanie tu niemal przyprawiło mnie o zawał serca, ale… tacos z takim widokiem to jest to.

Tacos Saddleback Ridge

Do zachodu słońca zwiedzamy różne zakamarki El Questro, a pod wieczór przeżywamy to wszystko jeszcze raz, przeglądając tysiące zdjęć i usypiając przy gitarowych dźwiękach naszego nowego sąsiada.

I mogłoby się wydawać, że to, co wywrze na nas największe wrażenie, mamy już za sobą. Ale Australia, jak to Australia, nie daje za wygraną.

EMMA GORGE

Z samego rano jedziemy do Emma Gorge. Zostawiamy naszą dzielną terenówkę i ruszamy pieszo w góry.

Ale, aby dotrzeć do Emma Gorge nie trzeba mieć terenówki, nie trzeba pokonywać Gibb River Road. Można tu dojechać z głównej trasy wiodącej z Darwin do Broome i warto, chociaż na chwilę.

„Nie mielibyście nic przeciwko, gdybym poszła z Wami?”, mówi ktoś za naszymi plecami. „Nie będę Wam sprawiać kłopotu, nawet nie musimy rozmawiać. Po prostu jestem tu sama, a samej w góry niebezpiecznie”, dodaje rudowłosa starsza pani.

Przez kolejną godzinę przedzieramy się przez krzaki z naszą nową znajomą. Oczywiście, że rozmawiamy, o tym i o tamtym. Sama wspinaczka też trochę daje nam w kość, bo może czerwony szlak to to nie jest, ale spacerowa ścieżka też nie…

Gdy wreszcie docieramy na górę…

Nie wkurzają Was te moje ochy i achy? Wybaczcie.

Gdy wreszcie docieramy na górę robimy och i ach! Wysoka ściana pnie się w półkolu do nieba, a z nieba spływa w dół najczystsza woda w najlepszym odcieniu niebieskiego. Echo kropel odbijających się od niczym nienaruszonej tafli, roznosi się delikatnie wokół.

Emma Gorge

Szukamy krzaka, za którym moglibyśmy szybko przebrać się w kąpielówki.

„Ja naprawdę już wszystko widziałam”, śmiało zauważa nasza towarzyszka i nieskrępowanie wskakuje w bikini. Podążamy za jej przykładem i…

Aaaaaa! Czy pojęcie lodowaty pasuje Wam do upalnego pustkowia? Mi też nie, ale ta woda jest najbardziej lodowata z lodowatych. Jedynie szybkie przebieranie nóżkami jest w stanie utrzymać prawidłowe krążenie krwi. W ramach rozruchy Sam znika, gdzieś za skałką po prawej.

„Chodź tu. Tu jest gorąco”, krzyczy, jakby z piekła. Wiosłuję więc nogami i rękami najszybciej, jak potrafię i po chwili grzeję się w ciepłym źródełku. Błogo…

Z Emma Gorge ruszamy dalej, teraz już na północ w kierunku Darwin. Zaraz przy skrzyżowaniu kończy się Gibb River Road, ale nie kończy się nasza wielka przygoda, bo do Darwin mamy jeszcze kawał drogi… i tylko dwa dni!