Co ma w sobie takiego Byron Bay, że wdarło się na listę najpopularniejszych, wakacyjnych miasteczek w Australii i rozsiadło, aż tak wygodnie, że nie chce się wstawać?

No właśnie tą „wakacyjność”. Bryzę oceanu, która otula skórę, brązowiąc ją nieco znienacka. Wilgotność skręcającą loki nie tylko surferom. Brak pośpiechu i jednoczesny harmider uliczek napakowanych sklepikami i knajpami. Sklepikami z tym wszystkich, co niekoniecznie nam potrzebne, ale z jakiegoś powodu zakup kolejnego kostiumu kąpielowego sprawia, że jest…miło (nie potrafię znaleźć innego słowa). Knajpeczek, które wiedzą, jak zauroczyć kanapką z awokado (to się jada na śniadanie) i sprzedać ją dwa razy drożej. Wśród nadmiaru przeciętnych noclegowni, są hotele-perełki. Plaże. Zatoki. Ocean. I dumnie czuwająca latarnia – kocham!

A gdzie to jest?

Byron Bay znajduje się 2 godziny jazdy na południe z Brisbane, ale położone jest w innym stanie – na północy Nowej Południowej Walii, na popularnej road tripowej trasie (o naszym ulubionych miejscówkach w drodze z Sydney do Brisbane poczytacie tutaj). 

Kiedyś hipisowska wioska. Dziś miejsce, gdzie każdy chciałby być chociaż raz. Siedemdziesięciolatkowie, którzy przypalali tu jointy, ledwo ją poznają. Popularne zarówno wśród australijskich turystów, jak i tych przyjeżdżających z: Europy, Azji, Ameryk. W okresach świątecznych oblegane po kokardkę (albo i wyżej). Jednocześnie imprezowe, hipsterskie i rodzinne. Dziwne połączenie, ale się udało. Mniej lub bardziej. 

Czy kocham?

Byron Bay NIE należy do moich ukochanych miejsc w Australii i przekonuję się o tym za każdym razem, gdy tam jestem (za pierwszym razem było tak, to bardzo stary wpis). Z drugiej strony – wracam w sumie chętnie, gdy zjawimy się w okolicy. Staram się zrozumieć jego fenomen i chyba im częściej tam zaglądam, tym bardziej maluje się ten obraz zrozumienia. Znajduję swój sposób na to, jak tam być i czerpać z tego, co mi pasuje.

I jak tam jest?

Byron jest tłoczne. Jeśli podróżnik szuka miejsca na zbliżenie z naturą, spokoju przestrzeni, to go tu nie znajdzie. A z drugiej strony znajdzie najlepsze szkoły jogi, która to wyciszenie przecież ma dawać!

Miasteczko położone jest nad brzegiem Pacyfiku, otulone przez pasmo górskie. To właśnie dzięki temu położeniu nigdy nie ma tu gwarancji pogody, bo chmury lubią zatrzymywać się na szczytach, deszcz podsycać zieleń – tej w okolicy nie brakuje. Pada często. 

Byron to mekka surferów. Jedno z najlepszych miejsc w Australii, żeby łapać falę i nauczyć się surfingu. Widok rowerów, skuterów czy pieszych z deskami nikogo nie dziwi. Spacerujących bosą stopę też nie. Tak – spotkacie tu „stereotypowego Australijczyka z różnych stron świata” – czasem będzie on Japończykiem, czasem Portugalczykiem, czasem Peruwiańczykiem.

Tak samo, jak widok surferów, nie dziwi widok będących wiecznie w drodze. Do Byron zjeżdżają backpackersi chwilowi i ci, którzy samochodowy tryb życia wybrali na dłużej. Zjeżdżają tłumnie, zdecydowanie za tłumnie. Miasto obstawione jest zakazami kempingowania, a rozbić się można tylko na wyznaczonych, dość drogich polach biwakowych (słabych). Patrole policyjne krążą, nie tylko szukając tych, którzy chcieliby przekimać noc na pace vana, ale także tych „zawianych” (z różnych przyczyn).

Byron dla imprezowiczów? Nie jest to Surfers Paradise (na szczęście), gdzie można wyginać ciało na dyskotekach, ale chadza się tu do barów i baluje w opór. Jakby powiedzieli ci balujący – można pocisnąć. I tych „ciskających” spotkamy w samym centrum. Niezbyt fajnie, ale wszyscy tam byliśmy, prawda?

Im dalej od głównego skrzyżowania, tym przyjemniej. Przynajmniej jak dla mnie. I kawiarnie jakieś lepsze, i czyściej, i ciszej. Bardziej po juliowemu.

I plaże puste. Bo na tych głównych jest niczym nad Bałtykiem – trudno wcisnąć swój parawan, który w Australii przybiera formę parasola lub tzw. gazibo! Nie chodźcie tam, o nie! To nie są najładniejsze plaże w Australii. Ładniejsze są tuż za rogiem.

Prawie nigdy nie zatrzymujemy się na noc w Byron Bay. Wybieramy albo miasteczko Brunswick Head, albo pole kempingowe w Suffolk Beach, albo tak jak ostatnio położne 7 kilometrów dalej – Broken Head. W głębi lądu od Byron też byłoby w sam raz, bo są tu takie piękne, wiejskie tereny – lejące się trawiaste wzgórza i liczne „honesty boxes”, czyli samoobsługowe warzywniaczki przy drodze.

To, co mnie wkurza to to, że w okolicy Byron Bay brak jest kempingów w parkach narodowych (a te lubimy najbardziej), więc naprawdę trudno uciec od cywilizacji, no, chyba że wybierze się właśnie pobyt na farmie lub jakiś przyjemny butikowy hotelik, który kosztuje majątek, ale daje wytchnienie. Wkurza mnie jeszcze kilka innych rzeczy, ale wyczytaliście już to pewnie między wierszami.

Do miasteczka zajeżdżamy, albo na spacer na latarnie (warto), albo na jedzenie (warto), albo do mojej ulubionej księgarni (też warto).

No więc co ma w sobie takiego Byron Bay, że chce się je odwiedzić?

Wakacyjny, nieco stereotypowy klimat – to musi być to. 

Co zobaczyć w Byron Bay i gdzie są nasze ulubione miejsca w regionie? O tym poczytacie tutaj.