Długo planowaliśmy ten wyjazd. Samek wziął urlop, przygotowaliśmy się na kempingowanie, uzbroiliśmy vana, przemyśleliśmy co możemy robić na miejscu i co? Na dzień przed wyjazdem okazuje się, że w Byron Bay ma padać! I to przez cały weekend. 

DSC08572

Weekend w Byron Bay

Otwieramy po piwie i przez chwilę zastanawiamy się, czy nie zmienić planów. Może byśmy pojechali na wyspę Moreton? Tam można karmić delfiny. Byłoby chyba fajnie. Albo może gdzieś polecimy na kilka dni? W końcu nie brakuje w Australii miejsc, które chcemy zobaczyć. Pomysłów jest kilka, ale piwo się kończy, a my podejmujemy zgodną decyzję. Jednak pojedziemy do Byron Bay. Jak będzie padać to poznamy Byron Bay w deszczu. Inaczej odbiera się miejsca, jak za oknem leje. Pamiętacie, jak byłam na Bali? Bali absolutnie mnie nie zachwyciło, wręcz przeciwnie… Ale jednego dnia było pięknie – jak padał tropikalny deszcz i wyspa spowita była gęstą mgłą. Może tak samo będzie z Byron Bay?

Byron Bay to niewielkie miasteczko położone na wybrzeżu, na północy Nowej Południowej Walii. Z Sydney jest tu ponad 700 km., ale od nas, pomimo że mieszkamy w innym stanie, jest blisko. Z Brisbane do Byron jedzie się jakieś 1,5 godziny. Dlaczego Byron Bay jest fajne? Bo jest tam pięknie! Po prostu. Są piękne szerokie plaże, wysokie i groźne klify, magiczna latarnia morska, urocze knajpy, cudne sklepiki i wiecznie wyluzowana atmosfera. Byron Bay to raj dla surferów, oaza dla hipisów i cel dla backpackersów z całego świata. Dziś Byron Bay jest też naszym celem.

Przebijamy się przez miasto przed godzinami szczytu i przed zmrokiem dobijamy na miejsce. Postanowiliśmy rozbić obóz na kempingu Suffolk Beachfront Holiday Park, 10 minut za Byron Bay, ale za to przy samej plaży. Zachęciła nas do tego recenzja Gosi z „Na własne oczy„, bo podobno plaża w Suffolk jest wiecznie pusta, a my nie lubimy tłumów. Pasuje nam. Jesteśmy na kempingu, wysiadamy z samochodu, a tam czeka na nas australijska echidna, czyli najprościej mówiąc taka tutejsza forma „jeża”. Miejscem jesteśmy zauroczeni od razu. Są ptaki i krzaki, a za krzakami ocean. Na niebie tysiące gwiazd. I powoli zanosi się na deszcz…

Rano budzą nas krople rozbijające się o blaszany dach vana. Leje. Leje i nie zamierza przestać. Co nam pozostaje? Powłóczyć się po mieście. No to się włóczymy. Od kawy do kawy, od sklepu do sklepu, ukrywając się przed deszczem, a chwile później łapiąc niepewnie przebijające się przez chmury promienie słońca.

DSC08490

Idziemy na frytki, a potem na ciastko. Tam ktoś sobie spaceruje na bosaka z deską pod pachą. A tu ktoś dopiero się obudził i niezdarnie wygrzebuje się z żółtego campera. Chłopak w czapce siedzi wyluzowany na masce samochodu. Pod drzewem ktoś gra na gitarze. I tak, bez pośpiechu, płynie czas w Byron Bay.

Widoki z Fisherman Lookout są bajeczne. Niebo zasłonięte szarością, ocean z impetem rozbija się o skały, a grupa surferów cierpliwie czeka na właściwą falę. Dzieci skaczą w ciepłych kałużach. Zakochani przemykają obok, zapatrzeni w siebie oczami w kształcie serduszek. Czarne ptaki zdobią wysuszone gałęzie. Ktoś szykuje się na nurkowanie. A tu ktoś ma wesele, nad brzegiem, tuż koło plaży. Ach , fajne tu. Nawet, jak pada.

A co się jeszcze robi, jak pada? No co? Chodzi się do kina! Więc wieczorem pójdziemy do kina, na fantastyczny film pod tytułem: About time, czyli Czas na miłość.

Rano świeci słońce! I niebo jest przesadnie błękitne. Spacerujemy po plaży w Suffolk. Faktycznie jest pusto. Psiaki biegają sobie beztrosko. Dzieci z respektem obserwują wciąż wzburzony ocean. A my się relaksujemy… Ale musimy iść.

Czemu? Bo się zapisaliśmy na nurkowanie! Juhu! Wykupiliśmy sobie wycieczkę na nurkowanie w Sundive. Znaczy nie takie nurkowanie nurkowanie, tylko takie zaglądanie pod wodę z fajką i maską, czyli tzw. snorkelling. Jakieś $50 od osoby. Wycieczki są dwa razy dziennie. My płyniemy o 13:00, na półtorej godziny. Dostajemy sprzęt i pianki, bo woda jeszcze trochę zimna. I płyniemy w okolice Julian Rocks. Jest z 15 osób, ale wszyscy oprócz nas nurkują z butlą, więc we dwójkę dryfujemy przy skałach i jest średnio fajnie. Zimno nawet w piankach, do tego coraz większe fale, a pod wodą nie za wiele. Ten snorkeliling w porównaniu do tego, który miałam w Tajlandii jest mocno średni… Ale do czasu. Sytuację ratuje żółw! Pierwszy raz w życiu widzę żółwia w oceanie, na wolności.

Wymęczeni i głodni trafiamy na market jedzeniowy w centrum Byron. Jest muzyka na żywo, tacy hipisi jak z obrazka i kuchnia z różnych stron świata. Generalnie w okolicach Byron Bay jest dużo ciekawych marketów i na pewno warto na nie zajrzeć, jak tu będziecie.

Dziś jest nasze ostatnie po południe w Byron. Jutro ruszamy dalej, więc teraz najważniejszy punkt programu – wyprawa do latarni morskiej! Tego w Byron Bay nie można ominąć, szczególnie jak się jest mną…

Nie wiem, jak Wy ale ja kocham latarnie morskie! To prawdziwa miłość. Latarnia mają w sobie, jakąś taką magię, którą uwielbiam. Kryją w sobie historię, tyle widziały, tyle słyszały, tyle przeszły. A latarnia w Byron Bay jest tym bardziej wyjątkowa, bo leży na najbardziej wysuniętych na wschód kawałku australijskiego lądu.

Jest biało niebieska i śliczna, a wokół niej kręte spacerowe ścieżki. No i oczywiście widoki zapierające dech w piersi! Aż mam ochotę napisać flamastrem na tej śnieżno-białej latarni: „Tu byliśmy. Julia + Sam 2013”. Na szczęście nie mam flamastra.

Na trzecią noc zmieniamy kemping. Chcieliśmy spać na tym najbardziej w centrum, ale jest obładowany na full. Zatrzymujemy się więc w Glen Villa, tuż obok miasta. Niby jest tak luksusowo, i wszystko takie czyste i poukładane, i przez to takie bez wyrazu. Co kto lubi, ale nam nie bardzo pasuje. Woleliśmy Suffolk, no ale, jak już tu jesteśmy to zostaniemy, bo i tak rano nas już tu nie będzie.

A teraz romantyczna część programu. Idziecie z nami? Zachód słońca na plaży w Byron Bay, tuż obok spoczywającego przy brzegu wraku statku, tzw. plaża „The Wreck„.

To tu podobno zachody są naj, naj, naj. I faktycznie jest cudnie, wieje miłością i mogłoby tak już zostać… Lubimy Byron Bay.