Nie lubię się tłumaczyć, ale trochę muszę. I mam nadzieję, że po kilku słowach wyjaśnienia wybaczycie mi ciszę na blogu. Ale tłumaczenie zostawię na później. Pozwólcie, że zabiorę Was teraz jeszcze na chwilę do Meksyku. Polatamy lokalnymi liniami za tzw. grosze, przypieczemy się za mocno na plaży w Cancun, wypijemy zmrożoną margarittę i razem ruszymy w drogę powrotną do zaśnieżonej w kwietniu Polski (o zgrozo), gdzie nikt się nas niespodziewa. Co Wy na to? Mam nadzieję, że jesteście gotowi, bo ja już przebieram… palcami siedząc przy komputerze!

Cancun podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

niebo

Wspomnienia z Meksyku i powrót do domu

Jest czwarty miesiąc 2013 roku i szósty miesiąc mojej cudownej przygody z okrążaniem ziemi dookoła. Wiosenne słońce rozgrzewa znudzone niedzielą ulice Mexico City, a my w milczeniu pędzimy nieco rozklekotaną taksówką w kolorze bordo w stronę lotniska. My, czyli chłopaki kangury i ja dziewczyna niekangur. Chłopaki lecą, Hared do Miami, a mój tajemniczy ukochany wraca do kangurzego raju. Ja zostaję jeszcze na chwilę, niedługą chwilę, zaledwie parę dni. Łzy ciekną po policzkach, jak woda z niedokręconego kranu i nawet Haredowe słowa, „Przecież wiadomo, że znowu się spotkacie”, nie pomagają. Macham, odwracam się na pięcie i jak zahipnotyzowana idę w stronę metra. Przeciskam się w zatłoczonym wagonie, zakładam okulary. Ciemne szkła zasłaniają przekrwione oczy, a ja gapię się przed siebie, zawieszając wzrok na absolutnie nieznanym punkcie. Wracam do hostelu i staram się walczyć z moim smutnym umysłem. A on ryczy, jak opętany.

Pora zapić smutki. Ostatni spacer ulicami Condesy. Zimna Corona raz! Zmrożona margarita raz! No i jakby od razu lepiej…

A teraz jest poniedziałek moi drodzy. Pakujemy plecaki i ruszamy na lotnisko. Hej przygodo! Samolot tanich lini lotniczych Viva Aerobus ma nas bezpiecznie dostarczyć do Cancun. Będzie plażowanie. Ale jak powszechnie wiadomo z tanimi liniami bywa różnie. Na początek opóźnienie 1,5 godziny. Potem klekocząca i błagająca o mechanika maszyna. Klekocze, ale frunie. Na moje szczęście, uff. A na pokładzie, no na pokładzie to dopiero się dzieje proszę Państwa – pełen przekrój społeczeństwa. Polska turystka, czyli ja. Zagubiona, wychudzona młoda para z jakiegoś europejskiego Państwa. Widać na pierwszy rzut oka. Gruby, bardzo bardzo gruby Meksykanin w meksykańskim kapeluszu, o ‚zapachu’ bardzo bardzo bardzo grubego Meksykanina. Trójka wrzeszczących latynowskich małolatów, odpalonych w markowe ciuszki, z motorkami w dupach. I one – jakby żywcem wyjęte z dzielnicy czerwonych latarni w Amsterdamie, w środku nocy oczywiście. Dwie super seksi laski… Tylko problem polega na tym, że nie do końca wiadomo czy to Panie, czy Panowie byli… W takim to przemiłym towarzystwie mknę sobie po błękitnym niebie Ameryki Środkowej do raju, podobno…

Cancun – krystalicznie czysta woda, delikatny piasek i szerokie plaże, słońce rozmrażające swoimi promieniami najbardziej odległe zakątki lodówek, piękne hotele, drinki z palemką i ludzie na wakacjach. Tyle, że ja nie zatrzymam się w żadnym z tych uroczych, plastikowych kurortów na cyplu. Głupia ja. Trzeba było na ostatnie 3 dni wakacji zrobić sobie full wypas!!! Ale nie, ja ambitnie postanowiłam pozostać małym ‚backpackersem” do końca i zakwaterować się w hostelu, w mieście Cancun, daleko od plaży i wszystkiego, co ładne.

No więc tak, żeby za dużo nie narzekać… Miasto Cancun jest brzydkie, bardzo brzydkie. Niefajne. Brudne. Nudne. I turystów tu nie ma. Tylko miejscowi, którzy każdego dnia dojeżdżają autobusem R1 na cypel do pracy. A ja razem z nimi jeżdżę na plażę. A jakie jest to Cancun znane wszystkim z wakacyjnych folderów? Są piękne hotele, cudne plaże, wypasione centra handlowe, ekskluzywne mniej lub bardziej restauracje, sklepy z pamiątkami. Jest wszystko. Tylko, że to wszystko oprócz pracujących tu Meksykanów, z Meksykiem ma niewiele wspólnego… To fantastyczny, sztuczny świat, stworzony w jednym z chyba najpiękniejszych miejsc na świecie, na potrzeby tych którzy w ciągu dwutygodniowych wakacji chcą się totalnie zresetować. Nie do końca mój klimat, ale również postanawiam się zresetować i przez trzy bitne dni leżę plackiem na piachu. Myślałam, że po 6 miesiącach na słońcu już się nie opalę, a tu proszę – zjarałam się na raka. Przez całą podróż nie zszedł mi nawet milimetr skóry, a na koniec zejdzie cała, będę jak wąż, już to czuję. No, ale przynajmniej jestem wypoczęta.

Zastanawiacie się czemu wracam już do domu? Początkowo moja podróż miała trwać jeszcze 3 tygodnie, ale postanowiłam ją trochę skrócić. Nie dlatego, że mi się nie podoba, wręcz przeciwnie – mogłabym tak sobie podróżować jeszcze miesiącami. Powodów jest kilka, ale jest jeden najważniejszy – moja stęskniona i wiecznie bojąca się o mnie mama ma urodziny, więc zaplanowałam małą niespodziankę. Tak słodko. O moim przedwczesnym lądowaniu wie tylko moja skorumpowana siostra, więc niespodzianka powinna się udać.

Kierunek Polska. Najpierw lot z turbulencjami na Gatwick (mówiłam już, że nie przepadam za lataniem?), potem autobusem na Heathrow. Za oknem resztki śniegu. Brr…. Kwiecień plecień, co przeplata. Głównie zima, zero lata. No i wreszcie Warszawa. Tu dziadek mróz rozkręcony na całego. Szaleje i zamraża, sypie białym puchem gdzie popadnie. Przez tyle czasu skutecznie przed nim uciekałam, ale on cwaniaczek cierpliwie na mnie poczekał. Nic się nie martw Polsko – wróciłam. Zima skończy się lada dzień.

Co czuję wracając do domu? To ciekawe, bo do dziś doskonale to pamiętam. Mam szkliste oczy, serce bije podwójnie szybko, oddech niestabilny, mam ochotę się rozpłakać. Rozpłakać się z radości! Zrobiłam to! Yeah!!! Obleciałam w pojedynkę świat dookoła. Dałam radę. Kurcze, ale fajnie. Udało się. Udało się! Uwierzycie? Naprawdę się udało! Poziom satysfakcji we krwi wzrasta w szybkim tempie.

Z uśmiechem, powstrzymując łzy wzruszenia nad własnym losem, łapię zielony plecak z taśmy bagażowej i idę do drzwi. Czekają na mnie. Dwa żuczki, małe blond urwisy, za którymi najbardziej tęskniłam. Patrzą na mnie z niepewnością i niedowierzaniem. Nie wiedzą, czy podejść, czy nie. Młodsza jest odważniejsza, a starszy rusza namówiony przez mamę I teraz moje serce pęka z radości, że tu jestem, że jestem w domu. I mam przy sobie moich bliskich. Oj nie doceniamy tego, gdy mamy ich na co dzień, nie doceniamy… Ściskam ich, jak cytrynki, a potem ściskam siostrę, jak trochę większą cytrynkę… Uwielbiam lotniska za ten niezwykły klimat powitań.

Do jutra ukrywam się u siostry. Ze smakiem zajadam się pomidorową i pierogami z mięsem. Pati – dobra robota! Mniam. A potem smacznie śpię z moim najwspanialszym na świecie siostrzeńcem i toną maskotek. I nawet pobudka o 6:30 nie jest w stanie zepsuć mi humoru.

Urodzinowa niespodzianka dla mamy też okazuje się sukcesem. Absolutnie nie przewidziała tego, że to ja targam po schodach wielki bukiet kwiatów. „Julia?!!!!”. A potem płacz. Mam nadzieję, że ze szczęścia mamo? A tata, jak to tata zgrywał twardziela. No i nawet piesio mój mnie poznał! Home, sweet home…

Tak właśnie się wraca z półrocznej podróży dookoła świata. A co!

Jeśli dotrwaliście do tego momentu to należy Wam się kilka słów wyjaśnienia. Dlaczego ostatnio tak mało pisałam? A no dlatego kochani, że moje życie zwariowało, ja zwariowałam, i Sam zwariował też. Kto to jest Sam? Sam, czyli moja druga połówka pomarańczy, zwana potocznie kangurem z kangurolandii. Zwariowaliśmy razem i przeprowadziłam się do Australii szanowni Państwo. Ostatnie miesiące były nieco zwariowane. Więcej na Antypodach, a potem chwila na polskie wesele (nie, nie, nie… nie moje :)). Był, a wsumie to nadal jest, remont „naszego” nowego australijskiego domku. Totalny remont. Brak internetu. Brak kibla i prysznica. Brak czegokolwiek. Ale powoli wychodzimy na prostą. I może nie będę pisać już o podróży dookoła świata i o podróży w pojedynkę, ale pisać będę. O Australii, o pięknych miejscach, ale przede wszystkim o ludziach, o emigracji (w życiu bym nie pomyślała, że ja gdzieś wyemigruję a tu proszę) i o naszych wspólnych podróżach, a tych już mamy kilka w planie (mogę zdradzić, że będzie trochę Azji). Blog zyska nowe życie… To już bardzo niedługo. Mam nadzieję, że będziecie czytać? Będziecie? Obiecuję, że będzie fajnie i regularnie. Będą zdjęcia i dużo przygód. Na początek będą koale, pelikany i Amsterdam w Australii. Co Wy na to? Zgoda?

Tymczasem pozdrawiamy Was serdecznie. Juli i Sam, z Brisbane i wracamy do montowania prysznica, bo przydałoby się umyć… Do usłyszenia niedługo!

To byłoby na tyle 🙂 Mam nadzieję, że opowieść o mojej podróży dała Ci kopa i sam niedługo w taką wyruszysz.

Mam dla Ciebie 16 powodów, dla których powinieneś wyjechać jeszcze dziś!