To raj przynajmniej razy trzy. Czemu? Ach…

Wstajemy niedługo po wschodzie słońca. Tu nie chce się spać dłużej, bo chce się chłonąć okolicę wszystkimi zmysłami non stop. Szkoda życia na leżakowanie pod pokładem, gdy wokół czekają piękne wyspy Whitsundays. Czekają na odkrycie.

Pierwszy dzień spędziliśmy na południu wyspy Hooka, w Nara Inlet, potem pod żaglami dotarliśmy do Blue Pearl Bay na wyspie Hayman, a dziś płyniemy dalej w górę, na północ. I jak się później okaże, to będzie najbardziej emocjonujący dzień naszego rejsu…

Wiatr daje czadu. Nadęte na masztach płachty pchają nas do przodu w niezłym przechyle. Część naszej załogi szaleje z radości, druga część (czytaj Julia) trzyma się raczej kurczowo siedzenia, podpierając nogą o drugie i koncentruje się na zaklęciu przeciwko chorobie morskiej, zajadając się przy okazji imbirowymi cukierkami, które podobno mają magiczną moc.

Hook Island

Wreszcie zwariowane morze odpuszcza. Uff. Zbliżamy się do wyspy Hooka, tym razem od północy, i ukrywamy w małych zatoczkach, prawie samotnie. W zachwycie oglądamy podwodny świat. Pływamy między skałami i koralowcami, zaglądając do nieznanej jaskini. Na koniec stajemy oko w oko z… napoleonem.

Humphead Maori Wrasse czyli Wargacz Garbogłowy (kto wymyślił tą nazwę!), zwany też napoleonem to piękna, ogromna ryba, którą spotkacie na pewno zwiedzając wyspy Whitsundays. Snuje się, jakby zaspany tu i tam, przepychając się między zgrajami mniejszych kuzynów. Dostojny, błękitno-zielony, z naroślą na środku głowy i ustami jak po botoksie, może odstraszać. Ale nie ma co się bać, bo napoleon to bardzo przyjazny osobnik, szczególnie ten którego spotykamy my.

Nie boi się wcale i z zaciekawieniem krąży dookoła nas, niczym niegroźny rekin. A potem częstuje się z ręki tym, co dla niego przygotowaliśmy. Gdy karmisz go po raz pierwszy, nerwowo cofasz dłoń, ale szybko się orientujesz, że ryba nie ma złych zamiarów. Chce się po prostu zakolegować.

W zatoce Manta Ray spędzamy, snorklując, chyba dwie, a może i trzy godziny. Palce nam z odmakają, a usta sinieją z zimna. Głównie, bujamy się z napoleonem i z jego kumplem napoleonem drugim, bo takie spotkanie nie może się znudzić. Potem odpływamy, a pod nami, tuż przy dnie, mkną nakrapiane na niebiesko małe płaszczki. Tuż za nimi unosi się wzburzony piach. Cudnie. Po raz kolejny – nie chce się wychodzić z wody! Whitsundays to podwodny raj.

Wieczorem zarzucamy kotwicę w zatoce obok, w Maureen’s Cove. Zaczynamy od łapania motyli nad strumykiem – to kolejne miejsce po wyspie Hayman, gdzie jest ich cała masa. Okazuje się zatem, że Whitsundays to także motylowy raj. Czyli mamy już raj razy dwa. Przy zachodzie słońca, urządzamy sobie kolacje na plaży. I to przy jakim zachodzie!

Na plaży jest kemping, więc jeśli ktoś marzy o samotności w najlepszym wydaniu, to wiecie gdzie szukać.

Crayfish Beach

O świcie ruszamy dalej, tylko za zakręt, zatrzymujemy się w małej zatoczce przy Crayfish Beach. Crayfish Beach leży na wschodzie wyspy Hooka i jest jednym z najładniejszych (naszym zdaniem) miejsc na wyspach Whitsundays. W zatoce jesteśmy sami, zupełnie sami. Nasza biała łajba kołysze się spokojnie na turkusowych falach, oświetlona przez słońce w pełni.

Crayfish Beach

Im bliżej brzegu, tym na dnie widać więcej koralowców. Wśród nich rybie wycieczki. Woda jest tak czysta, jakby nie było jej wcale. Jej koloryy przypomina ten, który zazwyczaj można oglądać tylko na obrazkach. Do tego piękna plaża z zasuszonych korali wymieszanych z delikatnym piachem, otoczona skałami i przygarbionymi drzewami (to chyba eukaliptusy i drzewa herbaciane, bo pachnie intensywnie).

Wśród tych zarośli, tuż przy plaży, ukryty jest kemping (kolejne na Whitsundays miejsce na samotność idealną), co w praktyce oznacza kilka stolików, wychodek i trochę płaskiego terenu na rozbicie namiotu. Nic więcej nie ma. Zasięgu w telefonie też. Ani sklepu, ani innych wygód cywilizowanego świata. Nie ma wody pitnej, gazu i rozrywek innych niż natura. Jest święty spokój. Można się tu poczuć jak w filmie Cast Away.

Aby dostać się na któryś z kempingów na wyspach Whitsundays, trzeba złapać wodną taksówkę, albo mieć własną łódkę, trzeba zapakować zapasy i pożegnać się z resztą świata na chwilę. Trzeba też zabrać maskę i rurkę, bo po raz kolejny pod wodną taflą jest, co oglądać. Żółwie i rekiny (takie niegroźne) wystarczą na zachętę?