Było strasznie, było pięknie, było przerażająco, było pełno przygód i cudownych wrażeń. Nasz pobyt na Koh Tao należy zdecydowanie to najbardziej emocjonujących wakacji w naszym życiu, takich wakacji których nie zapomina się na długo.

Koh Tao podczas majówki 2014. Australia – Shenzhen – Hong Kong – Makau – Polska – Turcja – Tajlandia – Singapur.

Na Koh Tao docieramy łódką z Koh Samui po kilku godzinnej przeprawie. Promy pływają w tą i z powrotem kilka razy dziennie, a ceny za bilety są bardzo przystępne, więc nie ma co przyoszczędzać. Lepiej zapłacić ciut więcej i płynąć łódką nowszą i wygodniejszą, a nie takim gratem jak my! No myślałam, że to to się utopi, albo zatrzyma na środku morza z braku energii! Zresztą, zatrzymało się na Koh Phangan zapewniając nam siestę w pełnym słońcu. Dramat, po prostu dramat.

Gdy wreszcie dobijamy do brzegu, to obydwoje marzymy o tym, żeby zrzucić ubrania i położyć się plackiem na środku plaży. Niestety, czeka nas jeszcze znalezienie kwatery. Więc… ja zasiadam w kawiarni, a Sam wypożycza skuter i rusza! Wraca po jakiś 40 minutach zadowolony, sukces osiągnięty, mamy nocleg. Ale… w jego oczach widzę też lekkie zagubienie, uśmiecha się głupio i mówi „Przygotuj się na terenową jazdę”. Oo.

Na początek jedziemy asfaltową drogą, niby wszystko jest ok, ale co chwilę musimy gwałtownie omijać większe i mniejsze wyrwy. Potem skręcamy w prawo, w szutrową ścieżkę, nie jest źle, chociaż odpryskujące spod kół kamyki nieprzyjemnie odbijają się od łydek. Ał, ał, ał. I jeszcze raz ał – boli dupa! Szutrowa ścieżka zamienia się w iście off-roadową trasę. Zakręty, górki, dołki, przepaście, krzaki, zakręty, dołki, górki, przepaście krzaki i 35 stopniowy upał. W końcu dojeżdżamy na miejsce – ośrodek na południu wyspy o dumnie brzmiącej nazwie View Point Resort. Hotel jest w remoncie, jest środek tygodnia, dochodzi trzecia po południu, więc bez problemu udaje nam się wynegocjować świetną cenę. Mamy bungalow na jedną noc z widokiem na wodę. Ach. Romantycznie. No oprócz tego, że woda w kiblu się nie spuszcza i nie ma klimy, a upał daje się dziś we znaki. Chyba rozpłyniemy się dzisiejszej nocy, jak lody waniliowe.

piękne Koha Tao

Idziemy na spacer wybrzeżem, moczymy stopy w wodzie, zatrzymujemy na piwo i drinka, i na kurczaka na ostro w najbiedniej wyglądającym barze. Jest smacznie. Ta zatoka, przy której jesteśmy, to zdecydowania raj nurkowy – nurkowa szkoła przy nurkowej szkole, a obok nurkowy ośrodek. Nurkowy dzielnica krótko mówiąc. Jest trochę dziko i trochę nowocześnie, bo niby są gdzieś tam ładne hotele, ale przeważają reggae bary, bo niby stoi kilka leżaków na plaży, ale najbardziej rzuca się w oczy rozpadająca się, drewniana kładka nad urwistym brzegiem. Jest luzacki klimat. Nie wiem, gdzie uciekają nam godziny, nie wiem kiedy, po prostu nagle robi się ciemno, zachodzi słońce i jest jeszcze bardziej romantycznie. Rozsiadamy się pod palmą i popijamy wino, a wieczór kończy się…. nie powiem Wam jak 😉

Wypożyczanie skutera na Koh Tao

Ale powiem za to co nie co o wypożyczaniu skutera na Koh Tao. Strzeż się drogi czytelniku, jeśli nigdy na skuterze nie jeździłeś i broń Cię Panie Boże od rozdziewiczania tego tematu na Koh Tao! Po pierwsze tutejsze drogi to masakra. Po drugie kierowcy do masakra. Po trzecie pijani turyści za kółkiem, to też masakra. Jazda po Koh Tao wymaga umiejętności, ale przede wszystkim wymaga skutera z większą mocą i terenowymi oponami, więc jeśli już zdecydujecie się coś wypożyczyć, nie bierzcie najsłabszej maszyny, bo daleko nie zajedziecie. A tak oprócz tego – zwiedzanie Koh Tao na skuterze jest cudowne i to tylko potwierdza regułę, że jednoślad sprawdza się w Tajlandii świetnie.

Julia i Sam na Koh Tao

Dziś znowu nas czeka szukanie noclegu. I trochę mnie to wkurza! Bo z jednej strony lubię spontany i brak organizacji, ale z drugiej jak jest się gdzieś tylko na parę dni, to chyba warto zarezerwować coś z wyprzedzeniem i mieć święty spokój. No ale trudno, jest jak jest, nie ma co narzekać, więc zostawiamy bagaże na recepcji i jedziemy na zwiedzanie wyspy połączone z poszukiwaniem kwatery.

Najpierw zatrzymujemy się na śniadanie w przydrożnej, ładnie wyglądającej knajpie – jest drogo i paskudnie. Wspominałam Wam już, że ilekroć wstąpimy do jakiegoś turystycznego miejsca, to nie dość że przepłacamy, to po prostu nie jest smacznie? Tak jest w Tajlandii wszędzie, począwszy od Bangkoku, przez Chiang Mai, Koh Samui, aż po Koh Tao.

Rozczarowani ruszamy dalej. Auć! Następny przystanek związany jest z uszkodzeniem palunia. Mój najmniejszy paluszek u lewej stopy obrywa bezlitośnie na zakręcie. Jazda w sandałach nie była najlepszym pomysłem. Kończy się płaczem i krzykiem. Siadamy w barze i okładam stopę lodem. Może nie odpadnie. Co śmieszne, ten bar jest chyba barem ludzi z uszkodzonymi stopami, bo zaraz po nas próg przekracza zabandażowana para, która spadła ze skał i nieźle się poharatała. U mnie na szczęście skończyło się na obiciu, więc możemy kontynuować wycieczkę.

widoki na Koh Nangyuan

Dojeżdżamy na czubek wyspy, do miejsca z pięknym widokiem na bajecznie . Jest tu podobno całkiem niezła zatoczka do nurkowania z rurką. Trzeba przejść przez resort Dusit Buncha Resort i można pływać. Oczywiście ja nie mogę, bo sól morska i świeża rana na palcu to niezbyt udane zestawienie. Więc sobie siedzę i popijam soczki, ze świeżego ananasa i arbuza, słucham tajskiego Elvisa śpiewającego na żywo (co jest nie lada atrakcją – wierzcie mi), a Sam ogląda rybki. W sumie sama nie wiem, kto ma lepiej.

I tak nam mija cały leniwy dzień, a my wciąż nie mamy noclegu. Jedziemy w kierunku miasta i zatrzymujemy się w jednym z wielu po prawej stronie. Mamy mały bungalow niedaleko plaży. Jest ok, trochę drogi, trochę bez klimatu, ale obydwoje mamy po dziurki w nosie szukania. Bierzemy. Rozwalałam się na leżaku, a biedny Samek musi śmigać po plecaki. Dwa plecaki na skuterze – to wygląda dość zabawnie.

Wieczorem jedziemy do miasta i odkrywamy nasze ulubione miejsce na Koh Tao. Zgadnijcie, co to? Tak – chodzi o jedzenie. Zaraz przy porcie, za rogiem od Seven Eleven, przesympatyczna, puszysta Pani Tajka robi najlepsze sajgonki na świecie. Ma swoją małą agencję turystyczną, a przed agencją rozstawia stoisko i gotuje. Ale, jak gotuje! Nie tylko sajgonki zachwycają, zachwyca też kurczak, pad thai i wszystko inne. Ta baba to tajski Master Chef. Wracamy po dokładkę.

Pani Tajka i sajgonki

Snorkeling na Koh Tao

Rano płyniemy na wycieczkę, pół dnia dookoła wyspy. Wyruszamy o świcie z portu. Jest nas dość sporo, łódka też dość spora, a do tego upał nieziemski. No ale. Zatrzymujemy się w kilku różnych zatoczkach na nurkowanie i muszę przyznać, że świat podwodny na Koh Tao jest super! Zresztą nie bez powodu jest to wyspa, która słynie z nurkowania właśnie. Wszyscy przyjeżdżają tu na scuba diving. Teraz rozumiem czemu. Też mieliśmy taki plan, ale… nie wszystko na raz. Kurs nurkowania musi poczekać. Na razie zadowalamy się snorkelingiem. Zapamiętałam dwa miejsca Shark Bay i Mango Bay – popularne, ale bardzo urocze! Jednak najlepsze zostało na koniec.

Droga na Koh Nangyuan

Do Koh Nangyuan docieramy po lunchu. To dwie malutkie wysepki, połączone plażą. Nie ma tu samochodów, skuterów, ani dróg. Jest tylko jeden hotel i jeden bar. Jest cicho, spokojnie i PRZEPIĘKNIE! Piasek jest idealnie miękki, woda jest idealnie błękitna, rybki są idealnie kolorowe, zieleń jest idealnie zielona. Koh Nangyuan to punkt obowiązkowy podczas wakacji na Koh Tao, raj od którego dzieli Was 15 minutowy rejsik. Nie możecie tego przegapić.

Witamy Koh Nangyuan

Nasz dwugodzinny pobyt na Koh Nangyuan zaczynamy od wspinaczki na jedną z wysepek. Na szczycie jest punkt widokowy. Nie jest to sympatyczna wycieczka w pełnym słońcu, pot leje się po plecach i można dostać zadyszki, ale czego się nie robi dla takich widoków. Ach…

Julia na końcu świata

Gorąco już było, więc teraz pora na ochłodę. Pływamy sobie z rurkami przy brzegu (polecam założyć kamizelkę ratunkową do snorkelingowania, nie trzeba wtedy za wiele robić) i podziwiamy podwodny świat. Są ryby, rybki i rybeczki i małe ośmiornice. Wszystko w kolorach tęczy. Tylko nagle woda robi się mętna, ryby, rybki i rybeczki nerwowo odpływają w głąb morza. Wystawiamy głowy i rozglądamy się dookoła. Oo.

Pojawia się nagle, nie wiadomo skąd. Wygląda groźnie, skrada się powoli. Rozdziewa swoje paszcze i zieje zimnym wiatrem, potem warczy, aż ciarki przebiegają po plecach. Morze wokół zabarwia się na granatowo, jakbyś ktoś nieumyślnie wylał do niego fiolkę atramentu. Momentalnie przestaje być śmiesznie. Tłum ubrany w odblaskowo-pomarańczowe kamizelki wybiega na raz z wody. Idzie burza. Tropikalny sztorm. Wszyscy kryją się pod daszkiem jednej jedynej restauracji. Zaczyna lać, wiać i huczeć. No i jak my się stąd teraz wydostaniemy?

tropikalna burza

Po godzinie nasz kapitan zwołuje stonkę na pokład i ostrzega. Pomimo, że już nie pada i wychodzi słońce, to morze nadal szaleje, więc to będzie… mokra przeprawa. Trzymam się mojego plastikowo krzesełka, jak rzep psiego ogona. Co chwilę wybija nas do góry na falach, potem spadamy i łup. Woda wdziera się na pokład. Raz, drugi, trzeci. Wszyscy śmiejemy się… ze strachu. To wszystko trwa wieki. Przez chwilę myślałam, że a – porzygam się, b – zakończę życie. Na szczęście udało się przeżyć i nie porzygać. Jesteśmy jedynie przemoknięcie do suchej nitki, dosłownie jakbyś skąpali się w basenie. To na pewno na długo pozostanie w mojej pamięci.

Ale okazuje się, że ta burza to była cisza przed burzą.

Stan wojenny w Tajlandii

Podczas, gdy my swawolnie hasaliśmy po błękitnych wodach, w Tajlandii się dokonał zamach stanu i wprowadzili stan wojenny. Jakieś skojarzenia? Mi od razu przychodzą na myśl czołgi, kartki na jedzenie, zakaz podróży i godzina policyjna. No to się nam trafiło. Historia dzieje się dosłownie na naszych oczach. Robi się trochę strasznie, kiedy wszystkie programy telewizyjne zmieniają się nagle w komunikat o stanie wojennym, a jedynymi przemawiający na szklanym ekranie są wojskowi. Nie brzmi dobrze, co nie? Na szczęście rzeczywistość na Koh Tao nie jest aż taka zła. Stan wojenny jest, fakt, w telewizji nie ma nic, fakt, godzina policyjna też jest, ale wszystko pootwierane, na ulicach nie dzieje się absolutnie nic, czego można by się obawiać. Wieczór spędzamy na uspokajaniu rodzin, przyjaciół i telewidzów, że w Tajlandii wszystko gra.

A rano wskakujemy na łódkę (tym razem inwestujemy w taką trochę lepszą) i płyniemy z powrotem na Koh Samui, żeby po południu złapać samolot do Singapuru. Wszyscy mi mówią, że ten Singapur to taki sobie…

Informacje praktyczne

Koh Tao to mała, rajska wyspa położna na wschodzie Tajlandii i najpopularniejsze w Azji Południowo-Wschodniej miejsce na nurkowanie z butlą. Kiedyś, przed turystycznym bumem, Koh Tao było tajskim więzieniemNazwa wyspy oznacza dosłownie Wyspa Żółwia (podobno kształtem Koh Tao przypomina żółwia właśnie). Na wyspie nie ma lotniska, można się tu dostać jedynie łódką. Łódkę możemy złapać, albo z pobliskiej wyspy Koh Samui (gdzie jest lotnisko), albo z portu Chumphon (gdzie można dojechać autobusem z Bangkoku). Zobacz, gdzie Koh Tao znajduje się na mapie.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie nam bardzo miło. Dziękujemy.

Julia i Sam.