To była jedna z tych rzeczy, które zawsze chciałam zrobić, ale zawsze też myślałam, że wymięknę. I wymiękłam. Ale później szybko zebrałam się w sobie i zanurkowałam. Nurkowanie na Wielkiej Rafie Koralowej to było coś!

Sam Julia i Maciek

Nurkowanie na Wielkiej Rafie Koralowej 

Czekałam na ten moment dwa lata. Nie, nie na nurkowanie, na odwiedziny rodziców. Powiecie, dzidzia, no dzidzia, zgadza się. Dzidzia, która gdzieś na końcu świata tęskni i marzy, żeby pokazać im swoje miejsca, żeby usiąść na tarasie i razem obserwować kolorowe papugi, marzy żeby wspólnie pić poranną kawę i wieczorne piwo, żeby chodzić swoimi świeżo wydeptanymi ścieżkami. Bo później, jak będzie im opowiadać przez telefon o swoim dniu, to oni będą wiedzieć, gdzie jest ta jej rzeczywistość. Ot, proza życia.

I ta dzidzia się doczekała. Nie obydwojga, doczekała się taty. Przyleciał, sam, dzielny, przez ocean, bez znajomości języka i z kieszeniami pełnymi strachu przed lataniem. A w Australii jedyne, co chciał obaczyć, oprócz nas oczywiście, to Wielka Rafa Koralowa.

Dyskusje w temacie, gdzie powinniśmy jechać trwały i trwały, bo jak sama nazwa wskazuje, Wielka Rafa jest olbrzymia.

WIELKA RAFA KORALOWA – CAIRNS

Wielka Rafa Koralowa rozciąga się na długości 2130 km wzdłuż północno-wschodniego wybrzeża Australii, w stanie Queensland. To największy żyjący organizm na świecie i jeden z jego największych cudów. Podobno widać ją z kosmosu. Nie byłam, nie wiem, ale może kiedyś polecę.

W jej skład wchodzą tysiące mniejszych raf i setki wysp, a ja każdego miesiąca odkrywam nową, na która chciałabym choć na chwilę trafić… Rozumiecie więc chyba, czemu wybór tego odpowiedniego miejsca, zabrał nam chwilę?

W końcu padło na Cairns, najbardziej znaną bazę wypadową na rafę. Czy to dobry wybór? Na pewno nie jest zły i chyba najłatwiej dostępny.

Zaopatrzeni w płetwy, rurki i pianki, i krem do opalania, zapakowaliśmy się do samolotu i na 4 dni polecieliśmy na północ.

Do Cairns leci się z Brisbane jakieś 2 godziny, bilet w jedną stronę można kupić już za ok. $100 (najtaniej, ale wciąż bezpiecznie, polecieć Jetstarem). Maj to idealny czas na podróż w te strony. Na północy Australii są bowiem dwie pory roku, sucha i deszczowa. Latem leje, ale australijska jesień i zima, czyli okres jakoś od końca kwietnia do końca października, jest w sam raz!

W związku z tym, że Cairns to spore miasto, nie do końca w naszym klimacie, a w dodatku nie ma przy nim plaży, na nocleg wybraliśmy pobliskie Palm Cove, mały kurort pod palmami, oddalony jakieś 30 minut jazdy z Cairns, cudowna okolica na relaks.

Sam Julia i Maciek

Ale to wycieczka na rafę, a nie słodkie lenistwo, była głównym celem tego wyjazdu. Długo szukałam firmy, z którą powinniśmy popłynąć, bo żeby dostać się na rafę, trzeba ruszyć kilkadziesiąt kilometrów w morze. Z brzegu, samemu, na snorkeling – nie da rady. A firmę organizujących tego typu wyjazdy jest mnóstwo!

Po jako takim przeglądzie ofert, wybraliśmy Reef Experience i całodniową wyprawę w cenie $195. Drogo? Nie tutaj. W cenie śniadanie, pływanie z rurką, opalanie, lunch, spotkanie z biologiem, krystaliczna woda i kolorowy podwodny świat – plan dnia idealny.

Reef Experience to jedna z niewielu rodzinnych firm w Cairns, organizujących takie wyprawy od lat. Raczej nie można liczyć na rozczarowanie… Raczej, ale przekonajmy się, a co!

Sam na rafie

zdjęcie: Seventh Wonder Imaging Pty, Ltd

Na dzień przed dzwonię do firmy potwierdzić wycieczkę, a Pan mnie pyta, czy będziemy nurkować. Tak z butlą, na poważnie, a ja pytam, jak to? Okazuje się, że w pakiecie mamy też nurkowanie, a dokładniej tzw. introductory diving, czyli krótkie zejście pod wodę w towarzystwie instruktora, nurkowanie dla tych co są spróbować i nie mają żadnego doświadczenia. Patrzę porozumiewawczo na tatę i Sama, nie mamy dużo czasu do namysłu, potwierdzamy. Tak, będziemy nurkować. O cholera!

Już w nocy nachodzą mnie wątpliwości. Bo wiecie, w sumie to nie wiecie, ale trochę ze mnie boidudek. Nawet bardzo. Wszelkie skoki na bungee, chodzenie po linie nad przepaścią, szaleńcze wyskakiwanie z samolotu w nieokiełznaną przestrzeń, a nawet zwodzone mosty przyprawiają mnie o zawrót głowy. Bo o tym, że boję się latać już Wam wspominałam…?

Ze sportów to najlepiej gram w tenisa i spaceruję, ale… nurkowanie akurat marzyło mi się od zawsze. Tylko zawsze bałam się, że wymięknę i właściwie odpuściłam już kilka dobrych okazji, ale teraz miało być inaczej. Nie miałam czasu się zastanawiać, a po za tym, miałam przy sobie dwóch mężczyzna mojego życia, czyli całkiem solidne wsparcie.

zdjęcie: Seventh Wonder Imaging Pty, Ltd

zdjęcie: Seventh Wonder Imaging Pty, Ltd

NURKOWANIE NA WIELKIEJ RAFIE KORALOWEJ

Z portu w Cairns wypływamy z samego rana. Obsługa wita nas szerokim uśmiechem i serwuje śniadanie. Potem wypełniamy dokumenty i rozsiadamy się wygodnie na górnym pokładzie. Wygrzewamy się leniwie podczas, gdy nasz katamaran mknie przez Morze Koralowe, aż do Hastigs Reef, gdzie dziś będzie się działo…

Potem szybkie i sprawne przedstawienie reguł i nagle siedzę wciśnięta w piankę, z różowymi płetwami na stopach, z mocno przyssaną do twarzy maskę i wielką butlą na plecach, i patrzę w głębiny. Tępo. Nie ruszam się. Woda o intensywnym odcieniu turkusu, z mocno granatową drugą warstwą, faluje regularnie i trochę nerwowo.

Aż wreszcie, po tej zapauzowanej chwili, podnoszę głowę. Przede mną po horyzont woda. To samo na lewo, na prawo i z tyłu też. Pomiędzy radosnymi okrzykami i chlupaniem płetw innych, zaczynam słyszeć swój oddech i bicie serca.

Tata i Sam już w wodzie. Ktoś napompowuje moją kamizelkę i daje znak, że też jestem gotowa. Wiem, że nie jestem, ale skaczę. Kurczowo trzymają się metalowej klatki, zaciskam dłonie najmocniej, jak się da i staram się zejść poziom niżej.

Nie daje rady. Wypływam. Tylko ja jedyna.

Szybko tłumaczę tej głupiej głowie, żeby się nie bała i próbuję drugi raz. Tym razem udaje mi się zejść trochę niżej. Strach wygrywa po raz drugi. Świadomość, że oddychanie przez nos nie wchodzi w grę, jest silniejsza niż zdrowy rozsądek. W dodatku to poczucie płytkiego oddechu. Nie, to nie dla mnie.

Nie daje rady. Wypływam. Tylko ja jedyna.

Za moimi plecami wynurza się uśmiechnięty gość, Scott, instruktor grupy (Reef Experience ma cudownych młodych instruktorów) i pyta, co się dzieje. Patrzy na mnie oczami, które w sekundę budzą zaufanie i mówi, żebym spróbowała znowu. Daje się przekonać.

Tym razem schodzę na trzeci poziom, tak samo, jak inni. Dzielnie wykonuję wszystkie niezbędne ćwiczenia, typu wyjmowanie ustnika i nalewanie wody do maski, i wydawać by się mogło, że jestem gotowa.

Nie daje rady. Wypływam. Tylko ja jedyna.

Zrezygnowany Scott wypływa za mną z poczuciem porażki. Czujemy ją zresztą obydwoje. Pyta raz, potem drugi, czy na pewno nie chcę spróbować. Obiecuje i zaklina, że nie puści mnie nawet na chwilę. I czeka…

A ja przypominam sobie ile razy odpuściłam już z czegoś przez ten głupi Strach! Zrezygnowałam ze skoku z wodospadu na Flores w Indonezji, zrezygnowałam ze skoku na bungee w Queenstown w Nowej Zelandii, zrezygnowałam ze wspinaczki w Peru. Ciągle z czegoś rezygnowałam, bo ten głupi Strach, nieproszony, pukał do drzwi, a ja pozwalałam mu się wygodnie rozsiąść na kanapie.

Nie tym razem, Strachu.

Minuty później wszystkie moją wątpliwości pozostają rozwianą mgłą. Nie znaczy, że się nie boję, ale tym razem Strach zabieram ze sobą, nie zostaję z nim na kanapie. Po prawej mam instruktora, który obiecał się mną zajmować, po lewej tatę, który nigdy nie dałby zrobić mi krzywdy, Strach siedzi, gdzie na moim ramieniu, ale jakby zapomniał przypominać o swojej obecności.

Niedaleko pod powierzchnią, morskie królestwo otwiera przed nami swoje bramy. Kolorowe rybki, rozstawione w równym rządku, prowadzą nas do salonu, niczym zdyscyplinowani żołnierze. Ściany ozdobione są setkami odmian różnych koralowców, wielkie muszle siedzą na dnie z otwartymi paszczami, obok rozciągają się barwne rozgwiazdy, a słońce przebija się przez taflę, tworząc na dnie efekt, który można by zawdzięczać tylko diamentowemu żyrandolowi.

Nagle, zza zacienionego kamienia, wychyla się pocieszny ryjek. To Pan żółw.

nurkowanie na wielkiej rafie

zdjęcie: Seventh Wonder Imaging Pty, Ltd

Uśmiecham się z zachwytu i oczywiście zalewam maskę słoną wodą. Trudno było się nie uśmiechać! Spotkanie z żółwiem twarzą w twarz to jest dopiero przeżycie. Tak duże, że w międzyczasie z ramienia spadł Strach i utonął.

Nie schodzimy głęboko, bo zaledwie na jakieś 10 metrów, nie na długo, bo tylko na jakieś 20 minut, ale te 20 minut i te 10 minut na chwilę stają się moim całym światem i na zawsze jednym z najpiękniejszym przeżyć w moim życiu. Bo zanurkować na Wielkiej Rafie i to w towarzystwie ukochanego taty, to przeżycie, które trudno porównać do czegoś innego.

Ale na koniec, dziękczynny uścisk i całus w mokry policzek należy się komuś innemu – Panu instruktorowi. Co tu dużo gadać, gdyby nie jego cierpliwość, to też przeżycia nadal pewne byłyby na mojej liście marzeń. Jakby co, to wiecie kogo i gdzie szukać.

Resztę dnia spędzamy pływając z rurką tu i tam. Znajdujemy Nemo, zresztą nie jednego, rozgwiazdy w kolorach tęczy, rybki w paski, kropki, gładkie, szare, bure, różowe, żółte, zielone, czerwone, i jeszcze więcej żółtych. A potem wybieramy się na wodny trip z biologiem i dokształcamy w morskiej tematyce.

Czy jest to najładniejszy podwodny świat, w jakim byłam? Chyba nie… 

Zaskoczeni? Nie chcę powiedzieć, że Wielka Rafa mnie rozczarowała, bo tak nie było. Absolutnie nie! Cały ten dzień niezwykle mnie zachwycił, wrażenia kilka razy odebrały mowę i zostawiły dobrze zakonserwowane wspomnienia, ale…to naprawdę nie była najładniejsza rafa, jaką widziałam.

Ok, nurkować wcześniej nie nurkowałam, ale snorklowałam sporo w Azji, na Polinezji Francuskiej, w Egipcie czy nawet tutaj, w Australii i wszędzie tam było bardziej kolorowo niż w miejscu, w którym byliśmy dziś. To samo powiedział mój tata, który ma za sobą np. nurkowanie w Meksyku. Nie zgodził się tylko Sam (ach, ta Australijska duma) i nadal twierdzi, że Great Barrier Reef is the best. Tylko może nie to miejsce, nie ta pogoda, trochę inny czas….

Wycieczkę kończymy popijając białe wino i podskakując prawie pod sufit na groźnych falach. Tak, morze dało popis. W towarzystwie organizatorów i mojego ulubionego instruktora dzielimy się wrażeniami nie tylko dnia dzisiejszego. I mówimy sobie do zobaczenia, bo wiecie co? Teraz mi się marzy nurkować jeszcze więcej! Ale zanim to – pora na relaks, a baseny w Cairns są do tego celu idealne.

Cairns

Dziękujemy ekipie Reef Experience za pomoc w organizacji wycieczki! I za fantastyczny dzień. Wpis powstał we współpracy z nimi, ale wrażenia są moje własne!