Ostatnie kilka dni spędziłam w centrum handlowym, pracując z moim potencjalnym klientem. Utwierdziłam się tylko w przekonaniu, jak bardzo nie znoszę tych sztucznie stworzonych przestrzeni, gdzie tak wielu, tak szczerze kocha spędzać wolny czas. To musi być jakieś szaleństwo.

Nigdy nie byłam zakupoholiczką, wręcz przeciwnie – galerie wyciskają ze mnie energię i rzucają mną w kąt, jak sponiewieraną szmatą. Po trzydziestu minutach dostaję bólu głowy, a po czterdziestu, gdy nie znajdę tego, czego szukam, spieprzam. Nie lubię do nich zaglądać.

W molochach klimatyzacja jest zawsze podkręcona zbyt mocno. W uszy wdziera się ten nieustający harmider – mieszanka stawianych kroków, wrzasku dzieci, milionów wypowiadanych słów i starannie dobranych muzycznych hitów (podobno z głośników nic tu nigdy nie leci przypadkowo). Z każdej witryny biją te promocyjne hasła, a wszystko tonie w paskudnym świetle – oczy błagają, żebyś je zamknął. Jedni biegną, inni wloką się ślimaczym tempem, robiąc setne kółko tymi samymi alejkami. Po co?

Stojąc pośrodku głównego korytarza, przez te kilka godzin dziennie, patrzyłam uważnie i szukałam sensu. Nie znalazłam.

Gdy pierwszego dnia wróciłam do domu, rozryczałam się. Nie wiem, czy to brak słońca, czy „więzienne” mury, czy tragiczna wizja tego, że dla pracy, dla pieniędzy, miałbym skazać sama siebie na codzienność w centrum handlowych, czy może wszystko to na raz, ale coś mnie rozwaliło.

Boże, jaka ja byłam w tym tygodniu nieszczęśliwa!

Nie potrafię zrozumieć fenomenu tych miejsc.

Co takiego jest w centrach handlowych, że tak skutecznie przyciągają?

Poranki należą do mam z małymi dziećmi. To one, po wczesnej pobudce i odstawieniu starszaków do szkoły, przecierają szlaki. Zamiast iść do parku! Nie, nie przychodzą zrobić niezbędnych zakupów, bo wracają każdego ranka i plączą się bezsensownie, pracując nad jakże beznadziejnymi nawykami swoich potomnych. Znikają koło południa, ale nie martwcie się, nie na zawsze. Wrócą, gdy starszaki skończą szkołę.

Generalnie w okolicach tzw. lunchu robi się luźniej, przynajmniej w części zakupowej, bo w restauracyjnej, obowiązkowej przecież w każdej galerii, już niekoniecznie. A tam serwują sajgonki, które tonęły w tłuszczu, jakże smakowite hamburgery i colę z proszku.

Swoją drogą – „galeria” – jak to pięknie brzmi. Wybraliśmy sobie w języku polskim bardzo wyniosłe słowo na określanie tych handlowych molochów. Przecież do galerii chodzi się w wyższych celach, a nie tylko po to, żeby rozpuszczać szmal. Nie zastanawiało was nigdy, skąd to się wzięło? Może jakiś dobry marketingowiec wykonał dobrą pracę, abyśmy my, odwiedzający, czuli się lepiej…?

Wśród gości są także starsze osoby, które absolutnie nie przychodzą na zakupy. To tu przeganiają samotność. Zna je obsługa, sprzątaczki i… niektóre mamy – w końcu nieraz mijają się w drzwiach. Lubią sobie pogadać o dupie i o zupie z kompletnie nieznajomymi. Bo pewnie ich najbliżsi mają ważniejsze zadania… Smutne.

Był jeden taki Pan na wózku. Zajeżdżał do nas codziennie. Spytać, co u nas, ale przede wszystkim opowiedzieć, co u niego, podzielić się swoimi przemyśleniami i życiowym doświadczeniem. Zawsze miły, zawsze uśmiechnięty.

Po piętnastej próg przekraczają nastolatki (i powracające mamy). Centra handlowe to w końcu nowy plac zabaw dla młodzieży! Teraz już nie spotyka się pod przysłowiowym blokiem, nie idzie się na spacer do parku, tylko idzie się do „szopingu” (tak centra handlowe nazywane są przez Polaków mieszkających w Australii). Tu przychodzi się z kumpelami, albo na randkę z chłopakiem. Nos należy zadzierać wysoko.

Uwaga! Wygląd ma znaczenie. Tak, jak w przypadku osób, które faktycznie wpadają na moment, złapać to co potrzebne, nie ma, tak w przypadku tych, którzy zjawiają się, żeby „pobyć” – ma spore. Chociaż wydaje się mi, że w Polsce większe, niż w Australii. Większość Australijczyków nie stroi się po to, żeby się stroić, bo za wygląd się tu nie ocenia. A w Polsce, jak jest, sami wiecie.

Nie wiem, czy umiałabym wyznaczyć średnią wieku (bobasy ją nieźle zaniżają), ale ogólnie wygląda na to, że młodych jest tu więcej niż starszych. Oczywiście, zdarzają się też zakochani babcie i dziadkowie, ale centra handlowe należą raczej do osób do czterdziestego roku życia.

Sobota to szalony dzień. Wiadomo, wszyscy mają wolne, więc to jedyna okazja, żeby udać się na rodzinną wyprawę, ale zaskakujące jest to, jak wiele dzieje się w galeriach w tygodniu. Nie ma, że są puste, bo ktoś pracuje czy się uczy. Absolutnie nie. Szczęśliwie dla mnie (bo dzięki temu nie musiałam siedzieć tam po nocy) galerie w Brisbane i stanie Queensland zamyka się o siedemnastej (nieszczęśliwie, szykują zmiany w prawie).

Mogłabym jeszcze zrozumieć, gdyby lał deszcz, albo nawet gdyby upał był paskudnie nieznośny, wtedy można szukać schronienia. Ale, gdy temperatura utrzymuje się na wysokości dwudziestu dziewięciu stopni, a do oceanu jest dziesięć minut spacerem, wtedy nie rozumiem nic.

Niesamowite jest to jak szybko i jak skutecznie zaadaptowaliśmy ten amerykański koncept i jak bezmyślnie brniemy w jego rozwój.

Bo tak, dziś handel w centrach handlowych to tylko ułamek planu. Centra handlowe to miejsca, gdzie spędza się życie. Mają przecież wszystko, czego dusza zapragnie.

W Australii trend jest podobny do tego polskiego – więcej galerii i supermarketów, mniej małych sklepików. Wszyscy tłoczą się w molochach.

Po co? Po co, sami sobie to robimy? Po pierwsze, czy naprawdę potrzebujemy tych wszystkich rzeczy? Po drugie, czy cenny czas nie jest jednak ważniejszy – najpierw tracimy go na zakupy, a potem na dbanie o te nowe rzeczy, czy wreszcie sprzedawanie ich? Po trzecie (i najważniejsze) – serio nie ma przyjemniejszych miejscówek na spacer, ciekawszych rozrywek i pomysłów na spędzanie wolnego czasu?

Czemu wchodzimy na ten idiotyczny grunt i zamykamy się z własnej woli w takich miejscach? Czy nie lepiej iść na spacer, poczytać książkę czy nawet usiąść w małej kawiarni i z okna poobserwować codzienność?

Tak, nienawidzę centrów handlowych. Wolę taką „wycieczkę” zamienić w wyprawę w głąb siebie.

A zamiast do supermarketu, po owoce i warzywa wolę iść na targ. Więc idę. Miłego dnia! Zróbcie sobie odwyk. Pół roku bez wizyty w centrum handlowym. Będziecie zdrowsi (i bogatsi).

Ocknijcie się. Ocknijmy się.

„Kurwa wać”, chciałoby się dodać.