Skip to main content


© The Gospo’s

Historie z drogiPodróż Dookoła Świata

Dobrze Ci było, mała? Czyli seks i Hawana

By 13 maja, 20175 komentarzy
Dobrze Ci było, mała? Czyli seks i Hawana

Lubię posiedzieć sobie w jednym miejscu dłużej, poznać je lepiej, nie lubię pędzić. Wyścig z czasem nie jest w moim stylu. Dlatego ostatnie 5 dni na Kubie spędzamy w Hawanie i plączemy się, obserwujemy, pijemy Mojito i Cuba Libre, i momentami mamy się dość, ale to chyba tylko stres przed nadchodzącym pożegnaniem.

Kuba podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

IMG_7754

Wspomnienia z Kuby

Przez ostatnie kilka dnia podróżowałyśmy sobie po Kubie. Dziś wracamy do Hawany. Czas na drugie wrażenia. Pierwsze były takie.

Z Matanzas mamy do Santa Maria del Mar jakąś godzinę drogi. Dziś kończy się nasza kilkudniowa wycieczka objazdowa. Musimy oddać Pikaczu. Buu… Smutno się rozstać, no ale. Iskierka i jej kanadyjski ukochany już na nas czekają. Wrzucamy bagaże do ich pokoju, oddajemy auto, zarzucamy kostiumy kąpielowe, kupujemy piwo Cristal i idziemy się opalać. Relaks wskazany jest zawsze, ale picie przed południem niekoniecznie. Postanawiamy więc złamać zasady przyzwoitości i jednak się napić. O 13:00 nasze nastroje są cudowne. Iskierka, Sternik i ja. Plaża, słońce, woda. Mojito, piwo i papieros. Bo nie jest ważne gdzie, ważne z kim!

Po południu łapiemy taksówkę i jedziemy do Guanabo, miejscowości tuż obok Santa Maria del Mar. Guanabo to dziura. Turystów nie ma. Jest za to bieda i trochę brudu, jedna jedyna casa, w której będziemy dziś spać i jedna knajpa, w której wieczorem będziemy jeść. Jest też podobno dyskoteka dla miejscowych, ale tam tym razem nie pójdziemy. A teraz pora na małą drzemkę, bo się nam nieco w głowach kręci. Kac o 18:00? Auu…

Idziemy na plażę. Słońce powoli chyli się ku zachodowi. Miejscowi łowią krewetki, a my spotykamy Alexa. Jest Kubańczykiem, ale mieszka trochę we Włoszech. Na oko liczy z 50 wiosen, no może 45. O czym z nim gadamy? O seksie. I to całkiem długo, bo schodzi się ze dwie godziny. Do czego stara się nas przekonać Alex? A no do tego, że to Kubańczycy są najlepszymi kochankami na świecie. Mówi, że Europejczyk po seksie rozwala się na łóżku i pewny siebie mówi do partnerki: “Dobrze Ci było mała, co?”, a potem idzie zapalić. A Kubańczyk? Kubańczyk przytula, mówi: “Jesteś piękna” i sprawia, że kobieta czuje się wyjątkowo. Mówi, że Kubańczycy generalnie inaczej traktują kobiety. Są one dla nich cudownymi istotami, którym należy się szacunek, i które zasługują na to żeby czuć się nadzwyczajnie. Czy to wszystko prawda? Ja nie wiem, ale może ktoś z Was słyszał coś na ten temat…?

Na kolację wpada Iskierka i jej kanadyjski ukochany, i jeszcze dwóch ich znajomych. Idziemy to jedynej knajpy w Guanabo – Chicken the little. Wygląda, jak fast food i rozczarowuje najmilej. Jedzenie jest pyszne i z fast foodem nic wspólnego nie ma. Krewetki, ryby, pasty, świeże owoce. Jedna z lepszych kolacji na Kubie. Po dniu pełnym wrażeń, usypiamy jak niemowlaki.

Jest środa. Dziś wracamy do Hawany i znowu zatrzymujemy się w casa particulares, u Sarity. Pogoda piękna, więc idziemy poplątać się trochę nieznanymi ulicami. Przechodzimy obok La Bodeguita del Medio, zatłoczonego baru uwielbianego swojego czasu przez kubańską bohemę. To tu serwują podobno najlepsze Mojito w mieście. Podobno. Nie próbujemy, bo nie ma gdzie usiąść.

Zaglądamy też do El Floridita, ukochanej knajpy Hemingway’a. Niestety sytuacja wygląda podobnie – tłumy. Idziemy dalej. Kręcimy się trochę w kółko, ale dobrze nam z tym. Patrzymy na ludzi. Jedni grają w szachy. Inni piją rum w samo południe. Gwiżdżą na nas i cmokają, ale chyba powoli się przyzwyczajamy. Do małych sklepików ciągną się długie kolejki, a na półkach pusto. Dzieci wracają ze szkoły. Jedne grają w piłkę, a inne…. strzelają do puszek w samym centrum miasta. Taka jest ta stara Hawana.

Mamy ochotę potańczyć. Wydudniamy butelkę TuKoli z rumem, siedząc nad brzegiem oceanu. Wieje i fale są. Przenosimy się na krawężnik. O 23:00 otwierają największą imprezownię w mieście, Casa dela Musica. Czas się zabawić. W kolejce poznajemy dwóch podstarzałych Polaków z Kanady. Szybko orientujemy się, że Panowie przyjechali tu nie bez powodu. Mówi Wam coś słowo seksturystyka? To jest odkrycie tego wieczoru! Seksturystyka na Kubie. Wszystko się teraz składa w całość. Gwizdy na ulicach, propozycje seksualne od przypadkowo spotkanych facetów, włoski Alex namawiający do przygód z Kubańczykami, starsi Panowie w kolejce do młodzieżowego klubu. Bo okazuje się, że seks to na Kubie dobro narodowe i jedna z niewielu rzeczy, na którą każdy miejscowy może sobie pozwolić. Nie jest tematem tabu, a lokalesi chętnie dają upust swojej ognistej naturze w towarzystwie turystów.

Ale po kolei. Po jakiś 20 minutach, wreszcie dobijamy do wejścia. Wstęp dla obcokrajowców – 10 pesos convertiblos. Dla miejscowych cena jest dużo dużo niższa, więc praktycznie każdego stać na to, aby tu przyjść. Nas średnio stać, ale jak już tu jesteśmy to wchodzimy. Jesteśmy dwie, płacimy w sumie 20 CUC i jesteśmy praktycznie spłukane, bo w kieszeni mamy jeszcze tylko 10 pesos… Nie przewidziałyśmy takiego obrotu spraw. Na szczęście nasi starsi polsko-kanadyjscy znajomi stawiają nam po drinku i ucinamy sobie całkiem miłą pogawędkę. Jednak po jakiejś godzinie zarówno Sternik, jak i ja zauważamy, że towarzystwo dwóch, młodych dziewczyn chyba Panom przeszkadza, więc małymi krokami się wycofujemy. No i Panowie ruszają w akcję. W domach czekają na nich żony, a oni tu na Kubie urządzają sobie “męskie” wakacje. Trochę to niesmaczne. I trochę żenujące. Mimo, że Kubanki potrafią być piękne, a w tańcu wyjątkowo seksualne, to po prostu nie ładnie tak zdradzać żony i już.

No cóż. Aby osłabić lekko swoją wrażliwość, wydajemy ostatnie pieniądze na dwa drinki. Chluśniem, bo uśniem. Do domu będziemy wracać z buta. To już pewne. Ruszamy na parkiet. Szumi nam trochę w głowach. Spodziewałyśmy się disco w rytmie salsy, a tu jest po prostu disco, ale to może i lepiej, bo nie czujemy się jak totalne drewno. Skąd to się u nich bierze? To wyczucie rytmu, te ruchy biodrami, ta lekkość. Można się tego nauczyć? Bo ja bym, chciała, ale wątpię w swoje możliwości. Pocieszające jest to, że pomimo naszego “tańca”, zdartych trampek, czapki na głowie i braku makijażu, i tak stanowimy łakomy kąsek dla miejscowych. W końcu turystki. Nadzieja na lepsze życie. Egzotyka. Nic z tego chłopaki. Nie jesteśmy zainteresowane.

Chwila obserwacji wystarczy, żeby zauważyć po co tak właściwie wszyscy tu przychodzą. Starsi Panowie, chłopaki około trzydziestki i młodziutkie, super seksi Kubanki. Kobiety w każdym wieku i przystojni Kubańczycy wywijający biodrami, jak szaleni. A gdzieś między nimi nasi polsko-kanadyjscy amanci, obdarowujący namiętnym spojrzeniem seksowne, ciemnoskóre Kubanki. Nam już starczy. Zbieramy się na chatę, od krawężnika, do krawężnika. Na szczęście jest blisko. I wiecie co? Może jestem niepoprawną romantyczką, ale tak sobie myślę, że może z części tych seksualnych historii narodzi się jakaś miłosna, bardzo romantyczna. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Kolejnym dzień, pod hasłem “boląca głowa”. Ledwo się zwlekamy i obydwie mamy smaka na “coś”. Łapiemy kubańskiego tuk tuka i każemy się zawieźć do chińskiej dzielnicy. Ta podróż nam nie służy, ale humory dopisują od samego rana. Z nadzieją na magiczną moc słodko-kwaśnego kurczaka i zimnego Mojito, zasiadamy w jednej z kilku knajp opatrzonej symbolem smoka. Zdychamy i zajadamy. A potem spacerujemy i dotleniamy zmęczone umysły. Szczerze to nic nam się nie chce. I wiecie, co jest najfajniejsze? Że nic nie musimy, bo w końcu jesteśmy na wakacjach.

W Hawanie jest Piąta Aleja. Chcemy tam iść. Spacerem wzdłuż wzburzonej wody. Robimy mały przystanek w chyba najpiękniejszym hotelu w mieście, “Hotel Nacional de Cuba“. Olbrzymie palmy, piękne widoki, mury pamiętające historyczne spotkania.

A przed hotelem klasyki na czterech kołach, ale my dziś piechotą. Są olbrzymie bloki z wielkiej płyty, stary stadion, place i pomniki.

Potem zachód słońca nad rzeką i wreszcie, po dwóch godzinach docieramy na drugą stronę do Miraflores.

Wokół piękne wille, ambasady, aleje obsadzone drzewami. To inna Hawana, zupełnie inna od Hawana Vieja. Niektóre pałace są opuszczone, inne właśnie odnawiane, w jednych są konsulaty, w innych prywatne firmy. A my zmęczone chcemy złapać taksówkę, ale jak na złość żadna nie jedzie! Jak jej nie potrzebujesz, to cię zaczepiają na każdym roku, a jak potrzebujesz to brak. Znalezienie taksówki zajmuje nam co najmniej godzinę. Serio. Polowanie kończy się jednak ogromnym sukcesem, bo wracamy do domu malinowym Cadillaciem bez dachu. Kolejna obowiązkowy punk wycieczki na Kubę – zaliczony.

Wiecie, co dziś jest? Nasz ostatni dzień. Jutro wyjeżdżamy. Sternik do domu, a ja do Meksyku. Smutno trochę. Fajnie nam było razem, ale… Jest jeden “rzecz”, z powodu której chciałabym żeby czas leciał szybciej. Domyślacie się jaki?

Płyniemy ze Sternikiem na drugą stronę, na Casa Blancę. Wsiadamy na prom, znaczy rozpadającą się łajbę, za 2 kubańskie pesos i odpływamy ze starej Hawany. Na pokładzie sami miejscowi, my dwie i jeszcze trzech innych turystów. Podróż zajmuje jakieś 20 minut. Szybko mija, bo ucinamy sobie pogawędkę z pewnym Kubańczykiem, który z zainteresowaniem wypytuje nas, jak jak w Polsce, i jak naszym zdaniem jest na Kubie. Czy biednie? Jak biednie, to dlaczego? Czy brudno? Jak brudno, to dlaczego brudno? Czy może być lepiej? Jak tak, to co znaczy lepiej? Opowiada nam o małych zmianach zachodzących na wyspie, o tym że można otwierać własne biznesy i teoretycznie można podróżować. Teoretycznie… Rozmawiamy o ustrojach politycznych i o tym, że komunizm komunizmowi nierówny, że nikt jeszcze perfekcyjnego ustroju nie wymyślił. Dobijamy do brzegu. Wspinamy się na górę i obserwujemy Hawanę, siedząc u stóp Chrystusa.

Jest całkiem przyjemnie, ale w pewnej chwili podchodzi do nas Pani w mundurze i mówi, że musimy zapłacić. Zapłacić za siedzenie pod Jezusem! Skandal. Za siedzenie, za nic więcej. Brud tu i syf, a ona każe płacić. Wstajemy oburzone i po prostu idziemy. Tyle mamy z wycieczki na Casa Blancę.

Teraz pora się pakować i pożegnać Hawanę. Niestety wszystko, co dobre szybko się kończy. Do zobaczenia Sternik! Spotkamy się bardzo niedługo. Dziękuję za cudowne wakacje. Mam nadzieję, że to nie ostatni raz. Odlot! Kierunek Mexico City!

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.

Zastanawiasz się, nad podrożą dokoła świata?

Mam dla Ciebie 16 powodów, dla których powinieneś wyjechać jeszcze dziś!

5 komentarzy

  • Emilia pisze:

    Niedawno zaczęłam czytać Twojego bloga. Pochłaniam go całego. Ale nie po kolei 😉 taka refleksja mnie naszła po tym wpisie, że mam nadzieję, że nie marudziłaś swojej przyjaciółce za bardzo o tęsknocie za chłopakiem. Miałam taką sytuację kilka lat temu. Moją przyjaciółkę zostawił chłopak, więc w ramach odreagowania pojechałyśmy na wycieczkę na Litwę. Przyjaciółka mówiła cały czas, że jest supeeer, ale jeszcze fajniej byłoby przyjechać tu z chłopakiem. Czułam się zraniona, że moje towarzystwo nie jest tak cenne, jak faceta!!!! Teraz jeżdżę w podróże sama i tak jest najfajniej 🙂

    • Julia pisze:

      Cześć Emilia! Cieszę się, że blog się podoba. I nie, nic się nie martw, za bardzo nie jęczałam 😉 Po za tym, my z przyjaciółką to, jak dwa łyse konie, więc dajemy sobie po razie, jak trzeba. Po za tym towarzystwo przyjaciółki jest bezcenne! Pozdrowienia australijskie!

  • Dziękuję. Miło było choćby wirtualnie i na chwilę wrócić na Kubę.

  • Danuta Sokolowska pisze:

    Jak dobrze,że nadal dostaję Twoje blogi podróżnicze,chociaż zatrzymałaś się /na jaki czas?/ w Australii.Poznałam Hawannę dzięki Twojemu darowi obserwacji ciekawiej,niż z wcześniejszych gazetowych relacji,a teraz ruszam do Meksyku.serdecznie pozdrawiam.D.S.

Leave a Reply