Wyspa Kauai wzbudziła w nas tak skrajne uczucia, jak skrajnie różne są dwie jej strony. Zachwyciliśmy się zachodem, „Wielkim Kanionem Pacyfiku” i widokami na dolinę Kalalau.

Lotnisko w Honolulu

W życiu nie widzieliśmy takiego burdelu na lotnisku jak ten na regionalnym, w Honolulu. Tłumy, tłumy, tłumy i totalna dezorganizacja. Kolejki, w których stanie jednoznacznie wyklucza punktualność. Walizki rzucone na kupę i rozdzielane ręcznie na podgrupy, bo system i taśma odmówiły współpracy. Wkurzeni pasażerowie i personel, który o dziwo nie zwariował w tym bałaganie (albo sprawiał tylko takie wrażenie).

Azjatyckie, wyspiarskie lotniska działają przy tym hawajskim jak szwajcarski zegarek.

Oczywiście, nie było szans, żebyśmy zdążyli na zaplanowany lot, więc przełożyli nas na kolejny.

balagan-na-lotnisku-w-honolulu

– Jak pójdziecie przez drugi terminal, to tam kolejka do odprawy będzie mniejsza – szepnęła do nas jedna z pracownic. – Tylko biegnijcie, bo potem musicie przejść na drugi kraniec budynku, a nie macie dużo czasu.

To była nasza jedyna szansa. Pobiegliśmy.

Pomiędzy hawajskimi wyspami nie kursują promy (podobno to ze względów ekologicznych…), więc z wyspy na wyspę można przedostać się jedynie samolotem. Najpopularniejszym przewoźnikiem jest Hawaiian Airlines (do nich należą też małe samoloty Ohana by Hawaiian), ale kursują tam jeszcze dwie inne firmy – Island Air i Mokulele Airlines, a loty odbywają się każdego dnia i to przynajmniej kilkukrotnie.

Dwie strony wyspy Kauai

morze-na-hawajach

Po jakiś czterdziestu minutach w chmurach, wylądowaliśmy na wyspie Kauai.

Kauai to geologicznie najstarsza z hawajskich wysp, a krajobrazowo, podobno, najpiękniejsza. Miejscowi zwą ją „Wyspą Ogrodem” – mnóstwo tu soczystej zieleni, kwiatów i… kawy. To tam ostanowiliśmy spędzić kilka dni, zobaczyć sławne Na Pali Coast oraz „Wielki Kanion Pacyfiku”. I opić się kawy.

Małym autobusikiem wprost z terminalu dojechaliśmy do siedziby wypożyczalni samochodów. Na Kauai nie ma komunikacji publicznej, więc przemieszczanie się własnym autem, to najlepszy wybór.

Na szczęście, udało się nam znaleźć tani samochód, za jakieś trzydzieści dolarów dziennie.

Tylko nikt nas nie uprzedził, że do tego dochodzi jeszcze… ubezpieczenie, które przekroczyć może cenę samego wynajmu! Plus, oczywiście, podatek – bo w Stanach przecież ceny podaje się bez podatku… W efekcie za samochód zapłaciliśmy dwa razy tyle ile planowaliśmy, więc już na wstępie tych rajskich wakacji, byliśmy wkurzeni.

Niedługo potem przyszła druga fala rozczarowania, bo utknęliśmy w korku. Utknęliśmy w korku na małej wyspie, na środku oceanu! Ilość aut przekracza tam mocno wszelkie limity i chyba ktoś powinien się zabrać za ograniczenia pojazdów, bo Kauai zginie – nie tylko w nadmiarze ruchu, ale również w spalinach.

Żeby tego było mało, dopadł nas głód.

Nie chcecie poczuć atmosfery i napięcia, które skutecznie wyeliminowały dobry nastrój.

Zatrzymaliśmy się hostelu Honu’ea International Hostel Kauai w jedynym hostelu na wschodnim wybrzeżu, zwanym Kokosowym. Wokół – wszystko dla turystów i nic po za tym (chociaż nawet to, co dla turystów nie było w jakimś dobrym wydaniu).

W kilku (drogich) sklepikach można było dostać kostiumy kąpielowe i biżuterię, a w knajpach serwowali głównie tacos. Bez dwóch zdań – meksykańskie bary, food trucki i restauracje przejęły okolicę. Tylko, że ich jakość nie była już tak doskonała jak ilość.

Kury i koguty na Kauai

kury-na-kauai

Co od razu rzuciło nam się w oczy to – koguty, kury i kurczaki. Były w parkach, na parkingach, na plaży. Wszędzie.

Na wyspie Kauai żyją ich setki. Skąd się wzięły? Tu teorie są przynajmniej dwie. Pierwsza mówi o tym, że zostały wypuszczone na wolność, gdy na Hawajach zakazano walk kogutów.

Druga, że trafiły na wolność, gdy w wyspę, w 1982 roku, uderzył huragan Iwa i dziesięć lat później, gdy zniszczeń dokonał huragan Iniki – kurników w końcu nikt nie ewakuował. Bez względu jednak na przyczynę, skutek jest taki, że dzikie koguty, kury i kurczaki zadomowiły się doskonale, a brak drapieżników na wyspie sprzyja jedynie procesom rozrodczym.

Wyspa Kauai powinna nazywać się raczej „Wyspą Kur”, a nie „Wyspą Ogrodem”.

Coconut Coast

A może „Wyspą Deszczu”? W końcu to najmokrzejsze miejsce na ziemi…

pochmurne-kauai

W nocy lało. Rano też, więc nie chciało nam się nawet zwlec z łóżka. Wyczołgaliśmy się dopiero koło południa i ruszyliśmy na krótką wycieczkę na północ.

Korki trwały nieprzerwanie. Nie wiem, czy trafiliśmy na jakiś zły czas czy co, ale ruch był większy niż w Brisbane! Dopiero kawałek za wioską nieco się poluzowało. Nieco. W szarej aurze nic szczególnie nie przyciągało naszej uwagi (oprócz skrytej we mgle najzieleńszej z gór, która była dość tajemnicza), więc dość szybko, bo prawie bez przystanków, dotarliśmy na północ wyspy, do Hanalei. I… znów rozczarowanie w postaci stuprocentowo turystycznej wioski, nieszczególnie urodziwej, gdzie główną atrakcją są kiepskie bary, a główny przysmak, jaki można w nich dostać, to… barwiony lód, zwany shave ice.

shave-ice-kauai

Po raz trzeci rozczarowująca sytuacja powtórzyła się w Princeville, gdzie chcieliśmy zjeść obiad, ale w tamtejszym „centrum handlowym”, nic nie wyglądało apetycznie.

Na zachód słońca zaplanowaliśmy latarnię morską Kilauea Lighthouse – niestety – cypelek, na którym się znajduje, jest zamknięty bodajże od szesnastej, więc plan poszedł na marne (czy wspominałam już o tym, że duet plany i my nigdy nie kończą się sukcesem?). Szczęśliwie udało nam się odszukać trasę do małej zatoczki o tej samej nazwie, Kilauea Bay, gdzie miejscowi chodzą na spacery z psem, łowić ryby i surfować (aplikacja Maps With Me, która pokazuje najmniejszą przecznicę, po raz kolejny okazała się niezawodna). To była najprzyjemniejsza część dość ponurego dnia…

Na Pali Coast

Jeszcze przed ósmą rano rozpoczęliśmy treking szlakiem Kalalau, osławionym  Na Pali Coast (na północy wyspy), który przez wielu uznawany jest za jedną z najpiękniejszych tras na świecie i jedną z tych, którą „trzeba przejść przynajmniej raz w życiu”. Całość ma ponad dwadzieścia kilometrów w jedną stronę, a o pozwolenie na kemping na jej końcu trzeba starać się już na kilka miesięcy wcześniej. My postanowiliśmy zrobić tylko kilkukilometrowy fragment do plaży Hanakapi’ai, a potem ewentualnie ruszyć do wodospadu.

Początkowo wspinaczka była bardzo stroma, potem dodatkowo zrobiło się też bardzo ślisko – regularne opady deszczu, duża wilgotność powietrza i gliniaste podłoże, muszą dawać taki efekt. Niestety, zamiast podziwiać fantastyczne widoki, których temu miejscu nie można odmówić, patrzyłam głównie pod nogi. Bo wyrżnąć się tam to żadna sztuka! I przyznam wam, że pod koniec byłam już nieźle zmęczona.

– Nie ma mowy, żebym przeszła na drugą stronę – stanęłam okoniem, widząc rwącą rzekę, gdzie trzeba by zanurzyć się po pas, aby znaleźć się po przeciwnym brzegu.

Chwilę trwała nasza wymiana zdań, ale… zdarza się mi być upartą, gdy czegoś chociaż odrobinę się boję, a przekraczanie rzek i skakanie po śliskich kamieniach należą do tej kategorii. Sam poszedł na plażę Hanakapi’ai w pojedynkę, a ja chowałam się pod krzakiem przed deszczem, który przybył znikąd.

Dalsza podróż do wodospadu została skreślona z planu – obydwoje byliśmy gotowi wracać. Ubłoceni i padnięci.

Czy ta piesza wyprawa, męcząca wyprawa wycisnęła z nas entuzjastyczne „wow”?

Tak. Wybrzeże Na Pali jest niezwykle urodziwe, ale treking szlakiem Kalalau daje nieźle w kość.

Czy przeszłabym trasę jeszcze raz?

Tak, ale tylko do drugiego punktu widokowego, bo dalej nie widać już tych jakże bajkowych klifów, a najchętniej to zobaczyłabym je z pokładu łodzi lub helikoptera.

Z moją umiarkowaną oceną nie zgadza się Sam, który krzyczy mi teraz przez ramię, że było tam przepięknie.

Na drugą część pobytu zatrzymaliśmy się w Kolola Landing Resort, fajnym kompleksie wypoczynkowym na południu, gdzie czekała nas odrobina luksusów. Dobrych hoteli i apartamentowców było wokół przynajmniej kilka, więc mogłoby się wydawać, że będzie „sztucznie”. Nic bardziej mylnego. To tu były przyjemne, pełne historii miasteczka i knajpeczki z dobrym jedzeniem, a im dalej na zachód, tym więcej było też słońca.

Kawa na Kauai

Z samego rana ruszyliśmy na plantację i do przetwórni kawy Kauai. Kauai Coffee Company to największa plantacja kawy na Hawajach i w całych Stanach Zjednoczonych. Rosną tu cztery miliony kawowych krzaczków, których ziarenka na miejscu przerabiane są na produkt końcowy i trafiają między innymi do Starbucksa. Podczas darmowej wycieczki dowiedzieliśmy się jak wyhodować kawę z ziarenka, dlaczego paczek z kawą nie wolno trzymać w lodówce i skąd tak naprawdę bierze się różnica w smaku.

Później było tylko lepiej.

Kanion Waimea

wielki-kanion-pacyfiku

Kręta droga zaprowadziła nas na skraj „Wielkiego Kanionu Pacyfiku”, czyli do Waimea Canyon w Kokee State Park, a każdy kolejny punkt widokowy przyprawiał o ciarki w nadmiarze! Ostatnie dwa – prawie o zawał. Z Kalalau Lookout i Puu O Kila Lookout widać całą dolinę Kalalau, odciętą od reszty wyspy klifami wybrzeża Na Pali i jest to prawdziwie pocztówkowy krajobraz – widok znacznie urodziwszy, niż ten widziany ze szlaku wspomnianym wybrzeżem.

widok-na-na-pali-coast-z-kanionu

Egzotyki miejscu dodawały… piejące za plecami koguty, który nijak nie pasowały do otoczenia.

Zachodnie wybrzeże

Wyczytaliśmy gdzieś, że najpiękniejszy z zachodów słońca na Kauai, można ponoć uchwycić z plaży Barking. Nasze autko mało co nie rozsypało się na szutrowej ścieżce, która ciągnęła się w nieskończoność, ale wreszcie dotarliśmy tam, gdzie nie było nikogo. Wszystko ginęło w fioletowej poświacie…

To taki obrazek ujrzał Kapitan Cook, gdy po raz pierwszy dotarł do hawajskich brzegów. W tej głuszy, w samotności – i my poczuliśmy się jak odkrywcy.

Atmosfera przypadła nam do gustu tak bardzo, że nawet pomyśleliśmy, żeby zostać dłużej, ale…

– Może polecimy do San Francisco? – spytałam. – W końcu mamy już tak blisko.