Nie mieliśmy żadnego planu, bo po co komu plany? Plany są dla słabeuszy, a my jesteśmy dwa twardziele. Nie mieliśmy wszechwiedzącego przewodnika, bezpiecznego noclegu, niezastąpionych wskazówek, ciepłych ubrań, byliśmy nieprzygotowani do zajęć i radośnie beztroscy. Cudowny stan rzeczy! I wszystko byłoby w porządku, wszystko byłoby do przeżycia i załatwienia, oprócz jednej takiej drobnostki na literę „p”.

Wylądowaliśmy w Stambule w czwartek po południu, krótki lot z Warszawy prosto do Turcji liniami Turkish Airlines. Przemiła obsługa, pyszne jedzonko (na pokładzie był nawet kucharz, taki z prawdziwego zdarzenia, w wykrochmalonej białej czapce), trochę tureckich rytmów i jesteśmy na miejscu. Było fajnie, ale… Sam uświadomił mnie dopiero, jak wylądowaliśmy że te linie do najbezpieczniejszych nie należą (auć, to bolało, bo nie wiem, czy Wam mówiłam, że boję się latać). Ale zapomnijmy o tym na chwilę, bo teraz mamy inne rzeczy na głowie np. odprawę paszportową i… największą w świecie kolejkę do odprawy!!! Matko jedyna, w życiu nie widziałam takiego tłumu na lotnisku. Nigdy w życiu! Szaleństwo. Będziemy stać tu z godzinę, jak nic.

lotnisko w stambuke

To ja Wam może teraz poopowiadam trochę o wizach do Turcji? Co Wy na to? Czas szybciej minie.

Wiza turystyczna do Turcji

Polacy potrzebują wizy do Turcji. Wiza turystyczna uprawnia do pobytu w kraju do 90 dni, a można ją uzyskać na dwa sposoby (drugi sposób jest ważny tylko do końca sezonu turystycznego 2014 – cokolwiek to znaczy). Można aplikować za pomocą platformy  E-visa, wypełniając formularz i płacąc 20 USD, i póki co można też uzyskać wizę na przejściu granicznym, co kosztuje 30 USD. My aplikowaliśmy online i co ciekawe opłata za wizę zależała chyba od zamożności kraju, bo te dla Polaków były sporo tańsze od wiz dla Australijczyków.

Ok, po półtorej godziny wreszcie przechodzimy przez kontrolę (sick!). Uzbrójcie się w cierpliwość na stambulskim lotnisku Ataturka, bo to wszystko trwa wieczność. Tak strasznie długo, że nawet nasze bagaże leżą już gdzieś pod ścianą, a na pasku bagażowym pustka. Od kiedy to bagaż czeka na właściciela, a nie właściciel na bagaż powiedzcie mi?! Wariactwo.

Pierwsze wrażenia

Siadamy w kawiarni i zaczynamy poszukiwania noclegu. Znaleźliśmy nawet kilka ciekawych ofert, ale pojawia się kłopot. Z nieznanych nam przyczyn internet nie pozwala zarezerwować hotelu ani przez booking.com, ani przez agodę, ani przez żadną inną stronę do tego przeznaczoną! To jakiś spisek. Ktoś mi powie o co chodzi, bo moja polska główka wyczuwa spisek…? Na lotnisku jest pełno agencji turystycznych, które mogą zorganizować ci nocleg, oczywiście drogi nocleg, więc to pewnie one coś tu zadziałały. Czy się mylę?

Wsiadamy w pociąg (w kierunku Zeytinburnu), potem w tramwaj (linia T1; trzeba mieć drobne na zakup biletów w maszynie) i jedziemy prosto do miasta, do dzielnicy Fatih po europejskiej stronie Stambułuw okolice dwóch najbardziej znanych meczetów, do jest centrum zwanego Sultanahmet (wiem, to nazewnictwo jest mylące, ale to wszystko jest bardzo skomplikowane; zajrzyjcie na portal Turcja w sandałach, żeby to lepiej zrozumieć) Tuż po wyjściu z lotniska doznajemy szoku. Bo my, w ramach naszego wakacyjnego wyluzowania nie sprawdziliśmy nawet, czy pada, czy świeci słońce. No bo, kto sprawdza pogodę w dzisiejszych czasach?! Nuda. Przecież wiadomo, że Turcji będzie cieplej niż w Polsce, co nie? No nie… Wcale nie wiadomo. W maju w Stambule może być zimniej niż w Warszawie. Przekonaliśmy się na własnej skórze, kończąc wycieczkę w towarzystwie gluta do pasa. Więc teraz Wam opowiem, jak się go dorobiliśmy…

Podróż z lotniska do Sultanahmet (do starego miasta) zajmuje nam około godziny i kosztuje jakieś 6 lirów (3LT + 3LT). Jesteśmy już trochę zmęczeni, więc szybciutko rozpoczynamy naszą wycieczkę od drzwi do drzwi w poszukiwaniu, jakiegoś uroczego hoteliku na dwie noce. Okazuje się, że wszystkie hotele (naprawdę każdy jeden) jest „recommended by tripadvisor” i ma dużą naklejkę z tym hasłem na szybie. Również każdy ma przynajmniej 8 punktów w skali 10 w serwisie booking.com. Po raz kolejny wyczuwam spisek. I ściemę.

Wszystkie ceny podawane są w Euro, pomimo że walutą w Turcji jest Lira turecka. Wszystkie oscylują wokoło 80 Euro za noc. Chyba się zmówili. Cwaniaczki (znowu spisek). Po odwiedzeniu co najmniej 30 recepcji, wracamy do początku. Zatrzymujemy się w hotelu, do którego zajrzeliśmy najpierw (…). Oczywiście zanim odbierzemy klucze włączam funkcję „targuj się”. Działa, chociaż ten „mini” pokój nie jest wart zbyt wiele… Czuję, że magiczna umiejętność targowania przyda nam się w Turcji nie raz.

Zostawiamy plecaki i ubrani, jak dwie cebulki ruszamy w miasto. Pięknie tu jest i dzieje się! Stare brukowane uliczki, kamienice pełne niezwykłych historii, kolorowe światełka, podświetlone meczety, ludzie na ulicy, zapachy, hałas, zamieszanie, turyści, turyści, turyści. Zjadamy kebaba na rogu, żeby zabić głód (jest do kitu) i idziemy palić fajkę wodną. Zapuszczamy się, gdzieś na tyły Błękitnego Meczetu i wchodzimy do uroczej knajpki. Popijamy rozgrzewającą jabłkową herbatę (jest pyszna, koniecznie spróbujcie) i palimy truskawką fajkę (jest pyszna, koniecznie spróbujcie). A potem idziemy spać. Dobranoc.

szisza w stambule

Dzień drugi. Dzisiaj czeka nas dłuuugi dzień i dużo chodzenia, więc załóżcie wygodne buty. Stambuł to nie jest miasto butów na obcasie drogie Panie! Będzie pod górę i z górki, po schodach, po krawężniku, przez most, pod postem, będzie trawnik, beton i psie kupy też będą. Ale zanim to – krótki wstęp.

Zwiedzanie Stambułu w jeden dzień

Stambuł to jedyne miasto na świecie położone na dwóch kontynentach. Jest tu trochę nowoczesnej Europy i jest też duża dawka egzotycznej Azji. Wszystko połączone cieśniną Bosfor. Możesz usiąść na brzegu i obserwować, życie na innym kontynencie, życie toczące się na wyciągniecie ręki. Czy to nie brzmi bajkowo? Brzmi i jest bajkowe. Cały Stambuł jest bajkowy! Jest jednym z największych miast świata i jednym z tych miast, gdzie przyjeżdża największa ilość turystów. Jest drugim najbardziej zaludnionym miastem na naszej planecie (tuż po Szanghaju). Stambuł to miejsce pełne sprzeczności, trochę niezdecydowane i zagadkowe. I bardzo zatłoczone. Bardzo.

Na początek pogubimy się trochę na starym mieście.  Łazimy przed i za Błękitnym Meczetem, siadamy pod Hipodromem, obserwujemy tańczącą fontannę i odganiamy się od wszechobecnych naganiaczy i sprzedawców wszystkiego.

meczet stambul

Idziemy w stronę Hagia Sophia, po drugiej stronie ulicy. Chcemy wejść i zobaczyć ten architektoniczno-historyczny cud (Hagia Sofia to budynek z pierwszego tysiąclecia naszej ery, który najpierw był kościołem, a potem meczetem; dziś to muzeum), ale rezygnujemy. Wczoraj nastaliśmy się w kolejce i starczy nam na najbliższe kilka lat, a ta kolejka przed Hagia Sofia wygląda zatrważająco – 3 godziny stania, jak kołek. Na bank. Odpuszczamy, tym bardziej że obydwoje jesteśmy raczej fanami poznawania miejsc metodą „zgub się w terenie”.

Idziemy dalej w kierunku Pałacu Topkapi, który jest tuż za rogiem. Może byśmy zajrzeli? A może nie… Czemu nie? Bo kolejka jest znowu na 3 godziny. Nie, nie, nie, to zdecydowanie nie dla nas. Turystyczna „must see” zostawimy dla tych bardziej cierpliwych.

turyści w stambule

My tymczasem pójdziemy na kawę, kawę po turecku. Za radą Wędrownych Motyli rozsiadamy się wygodnie (znaczy jest średnio wygodnie, bo krzesełka są na małe tyłeczki, ale jest bardzo uroczo) w kawiarence w Parku Gulhane. Kawiarenka położona jest na górce, na końcu parku i są z niej przecudowne, zapierające dech w piersi, fantastycznie piękne widoki na fantastycznie piękny Bosfor! Kawa jest już taka sobie, ale co tam. Nie o kawę tu chodziło.

Z Parku Gulhane schodzimy na dół, idziemy wzdłuż średnio przyjemnej, ruchliwej drogi, aż docieramy do przystani, skąd łapiemy prom do Azji. Czy to nie brzmi cudownie? Promy kursują regularnie, co chwilę. Bilecik kupuje się w maszynie takie samej, jak bileciki na tramwaj (i jesli mnie pamięć nie myli bilecik kosztuje też tyle co na tramwaj czyli 3 LT). Płyniemy trochę, jest przyjemnie i słonecznie. Obserwujemy obydwa brzegi – jeden jakby bardziej zielony, a drugi naćkany budynkami i budyneczkami. Z pomiędzy tych budyneczków, co jakiś czas wyłaniają się strzeliste wieże meczetów. Jedna tu, druga tam i jeszcza jedna tu.

stambul

Po pokładzie statku spaceruje bezpański kot. Mewy podążają cierpliwie za promem w oczekiwaniu na łaskawych turystów pozbywających się resztek jedzenia. Gdzieś w oddali słychać szczekające psy, a potem przez chwilę mocno wieje. Mewy już nie lecą, kot chowa się pod krzesło, a szczekanie psa milknie gdzieś w oddali. Jakby na innym kontynencie. Jesteśmy w Azji. Kot wysiada. I my też wysiadamy.

koty w stambule

Mówiłam, że będzie dużo chodzenia, więc chodźmy na spacer – azjatyckim brzegiem Bosforu. Jest jakoś inaczej, nie da się ukryć. I to nie chodzi o architekturę, bo ta tu nie jest jakoś bardziej azjatycka. Ani nie chodzi o to, że mieszkańcy mają bardziej skośne oczy, bo nie mają. Nie ma też straganów z nudlami, czy azjatyckiego gwaru. Nadal jesteśmy w tym samym Stambule, a jednak… jest jakoś inaczej. Obserwujemy rybaków w spokoju łowiących ryby. Popijamy Ayran (taki prawie nasz kefir, tylko bardziej słony), żeby zaspokoić nadchodzący głód.

Ayran

Przysiadamy się do dziewczyn grających na gitarach i odpoczywamy. Przytulamy się, żeby nie zmarznąć. Gapimy się w wodę, podążamy wzrokiem za leniwie przemieszczającymi się statkami… A to co?! O i tam? Zobaczcie. To delfiny! Delfiny, takie prawdziwe, najprawdziwsze delfiny. Skaczą sobie przez błękitne fale Bosforu. Czy mogłoby być jeszcze piękniej?

z gitarą nad rzeką w Stambule

Prom w drogę powrotną łapiemy z innej przystani. Wracamy do Europy i od razu ruszamy na drugą stronę rzeki (na drugą stronę Złotego Rogu) mostem Galata, mostem pełnym życia. Most ma dwa poziomy – na dole są knajpy i szaleni knajpowi naganiacze, którzy na siłę chcą posadzić cię przy stoliku, a na górze są wędkarze, którzy stoją tu chyba cały dzień. Biedni… W tym wszystkim jesteśmy zafascynowani my.

wędkarzawe w Stambule

Zaczyna się wspinaczka. Strome i wąskie uliczki są bardzo europejskie. Przypominają mi zakątki Paryża i Barcelony. Kamienice są do siebie szczelnie poprzyklejane, połączone z tymi na przeciwko sznurkami z bielizną. Co chwilę jest jakaś knajpa, sklepik, suszą się dywany, wszystko jest takie małe i urocze. Muzyka gra, jedzenie pachnie, ludzie rozmawiają. Trudno się nie zakochać.

dywany na ulicy w Stambule

Co ciekawe – niektóre ulice Beyoglu są jakby tematyczne. Na jednej na przykład są same sklepiki z oświetleniem, na drugiej producenci medali i trofeów, na jeszcze innej kolorowe kafelki, a dalej szaliki i skarpety. Co chwilę oczywiście jest jakiś kebab, więc w tzw. międzyczasie zarzucamy jednego, żeby mieć siłę, bo to wcale nie koniec na dziś. Docieramy wreszcie do wieży Galata (zbudowana w 1384 roku!) i po raz kolejny odpuszczamy. Zgadnijcie czemu…

Zmęczeni? Ok, to wskakujemy do metra (lina M2, cena 3LT) i podjeżdżamy kilka stacji do placu Taksim, gdzie znajduje się pomnik Republiki upomiętniający 5 urodziny Turcji. Wielki pusty plac, tłumów brak, kilka wózków z jedzeniem, pięciogwiazdkowe hotele i droższe knajpy. Tu już nie jest tak ładnie. Spacerujemy trochę po parku i powoli schodzimy na dół, gubiąc się bez mapy w zakamarkach dzielnicy Beyoglu. Wracamy tam, gdzie było nam dobrze. Zmęczenie popijamy sokiem z granatów (koniecznie musicie spróbować) i co jakiś czas zatrzymujemy się na herbatę, bo wieje na całego. Zimne powietrze, zmarznięte nosy i policzki, dłonie o temperaturze 7 stopni – gorąca herbata to jedyne lekarstwo. Jakimś cudem w tym naszym zwariowanym zagubieniu docieramy na szeroki deptak handlowy, gdzie jest i Zara, i grajek na ulicy, i stary kościół schowany za modnym salonem z butami, i jest też taki tramwaj jeżdżący prawie w pionie.

kawiarnia w Stambule

Ale my odbijamy na lewo, zaglądamy komuś przez okno, potem znowu siadamy na herbatę. Jest zimno i to coraz bardziej, bo słońce powoli chyli się ku zachodowi. Czas wracać. Nie martwcie się – do hotelu łapiemy tramwaj, znowu za 3 liry od głowy. Trzeba trochę odsapnąć.

Jesteśmy spowrotem w Sultanahmet, nieźle się dziś na łaziliśmy. Ale zaraz zaraz, gdzie idziecie?! To jeszcze nie koniec atrakcji na dziś. Na koniec zajrzymy do Błękitnego Meczetu. Sam ma już dość, buntuje się, siada na ławce i mówi, że tu będzie czekał. Ja idę, co prawda resztkami sił, ale idę. Jest pięknie. Chyba pierwszy raz jestem w takim wielkim meczecie. Bezdyskusyjnie robi wrażenie. Błękitne kafelki, wielkie żyrandole, starannie utkany dywan i atmosfera zadumy. A z bramy widok na Hagia Sophia.

meczety w Stambule

Jak wracam na plac, to Sama nie ma. Nerwowo rozglądam się wokół, idę od ławki do ławki, szukam i nie widzę. I co ja teraz zrobię? Ani nie mam pieniędzy, ani telefonu, nie mam nic. Puste kieszenie. Na szczęście trafię do hotelu, jest niedaleko. Ale czy Sam wpadnie na to, że tam poszłam? Dobra, daje sobie chwilę. Zegarka też nie mam, więc jak doliczę do 200 to idę. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć… trzydzieści osiem, trzydzieści dziewięć… sześćdziesiąt jeden.

„Gdzie Ty byłaś?”. „Gdzie TY byłeś?”. „Poszedłem Cię szukać, bo długo Cię nie było”. „Ale miałeś tu czekać”. „Ale się denerwowałem”. „Nie rób tak więcej”. „Ok, nie zrobię”.

Do hotelu wracamy wolnym tempem, przytulani i przemarznięci. Kupujemy trochę tureckich słodyczy i ustalamy, że od tej chwili zawsze będę mieć przy sobie chociaż trochę gotówki, na tak zwany „jakby co”, i że jeśli się zgubimy to spotykamy się po godzinie w hotelu.

Będziemy dziś spali, jak dzieci.

A jakie Wy macie sposoby na bezpieczne podróżowanie we dwójkę?

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie nam bardzo miło. Dziękuję. Julia i Sam.