Zastanawiam się, kiedy zaczęła się moja emigracja… Czy wtedy, kiedy wyjechałam w samotną podróż dookoła świata zupełnie nieświadoma, że nigdy nie wrócę? Czy może wtedy, kiedy w czasie tej wyprawy po raz pierwszy wylądowałam w Australii? A może jednak pół roku później, kiedy zdecydowałam się przeprowadzić do Australii na trzy miesiące, aby sprawdzić, czy ta wielka miłość to oby na pewno nie krótkie, wakacyjne zaurocznie? Czy jeszcze później, gdy po upływie tych „próbnych” trzech miesięcy zdecydowałam się zostać na dłużej?

Bez względu na to, który punkt wybrałabym jako ten startowy, łączy je jedno – początki mojej emigracji do Australii można opisać słowem „fascynacja”.

Budzi nas urokliwe ćwierkanie ptaków i nie przeszkadza nawet to, że koncert zaczyna się przed szóstą. Promienie słońca wpadają przez nieszczelne żaluzje, a powietrze jest nieco wilgotne. Przerzedza je od czasu do czasu delikatna bryza znad zatoki, która też przedziera się przez szpary w cienkich ścianach naszego (!) domu. Przewracamy się pod kołdrą, a każde spojrzenie wywołuje ciarki. Dotyk nie jest już nawet potrzebny, ale nie możemy go sobie odmówić, tak jak i niekończących się pocałunków. Do śniadania siadamy na tarasie. Wokół krążą kolorowe jak tęcza papugi, mnóstwo papug. Wysokie palmy zza płotu rzucają przyjemny cień… Tak zaczyna się dzień w Queensland.

Zachwycało mnie absolutnie wszystko – pogoda, natura, architektura i ludzie. Wiecznie uśmiechnięci ludzie. Zachwycało mnie wszystko, co nowe, a nowego było tak wiele. Wszystko było nowe.  Australia wydawała się mi miejscem bez skazy. Mimo że zdawałam sobie sprawę z tego, że nie może być krajem idealnym (takie chyba nie istnieją), jakoś nie potrafiłam dostrzec jej minusów. Nie przeszkadzało mi nawet to, że na końcu świata byłam zupełnie sama (no prawie). Nie miałam tu znajomych czy rodziny, więc to Sam stał się dla mnie i jednym, i drugim.

Bardzo lubię tę kawiarnianą kulturę. Malutkie, lokalne sklepiki, gdzie dobry ekspres jest centrum wszechświata, od razu przypadły mi do gustu. Przyjemnie jest sobie w nich przysiąść i popatrzeć na przechodniów, którzy wcale nie pędzą, a jeśli nawet, to w tym pędzie potrafią znaleźć sekundę na uśmiech. Uśmiech do nieznajomego i rzucenie tego zwykłego: „How are you today?”. Ot, tak. I może ich to nie interesuje, może wcale nie chcą wiedzieć, jak ci mija dzień, może nie, ale co z tego? To ma tutaj wtórne znaczenie, bo ważniejszy jest sympatyczny klimat. W przyjacielskim społeczeństwie, gdzie większość jest raczej radosna niż nadąsana, ty też stajesz się milszy. To jest zaraźliwe jak ziewanie – ktoś zaczyna, ty powtarzasz i nie możesz przestać.

Wyprowadziłam się do miejsca zupełnie mi nieznanego, zupełnie niegotowa na tą przeprowadzkę, bo nigdy nie marzyłam o emigracji. O samej Australii też wiedziałam niewiele. Do tego praktycznie nie znałam mężczyzny, z którym zdecydowałam się zamieszkać! Czy byłam nierozsądna? Kwestia rozsądku nie ma chyba tu większego znaczenia. Wyjechałam ciekawa świata i tego, co może przynieść życie.

Początki tego nowego życia na emigracji to były miodowe miesiące. Do czasu, bo emigracja to czerstwy kawałek chleba, a zrozumie to tylko ten, który zamieszkał kiedyś daleko od domu.

A może moja emigracja zaczęła się wtedy, kiedy to Australię zaczęłam traktować jako dom, czyli po ponad trzech latach?

Wpis powstał w ramach projektu o początkach życia na obczyźnie, zorganizowanego przez Klub Polki na Obczyźnie.  

Fragmenty przytoczone w tekście pochodzą z mojej drugiej książki po tytułem „Julia jest w Australii”, w której opisuję życie i podróże w Krainie Kangurów. Książkę można zamówić tutaj.