Trochę zaspana wyglądam przez maleńkie okno samolotu. Widoczność jest idealna. Niebo ma kolor delikatnie błękitny, daleko na horyzoncie widać górę lekko przypruszoną śniegiem, gdzieniegdzie odbijają się złote promienie słońca. I jest miasto, które się nie kończy. Jest olbrzymie. I jest fioletowy kolor. Nieco lawendowy, subtelny fiolet. To wiosna w Mexico City. Wiosna w kolorze fioletowym.

Mexico City podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

IMG_9108

Wspomnienia z Meksyku

Po Kubie czas na Meksyk. Początek w stolicy, jednym z trzech największych miast na świecie, Mexico City. Mieszka tu ponad 20 milionów osób, 20 milionów w jednym mieście. To mniej więcej połowa tego, co w całej Polsce. Wow! Trochę się boję. Że się zgubię i to nie tak dla przyjemności. Na szczęście łańcuszek dziwnych spotkań i znajomości jeszcze nie przerwał. Uwaga: dziewczyna syna koleżanki mojej mamy, dodam że się nie znamy, ma koleżankę w Meksykankę w Mexico City. Koleżanka to Ola i ma na mnie czekać na lotnisku. Ale nie czeka… I co teraz???

Ja poczekam. Może się zjawi. Cierpliwość… 10 minut, 20 minut, 30 minut. Ktoś łapie mnie za ramię, „Julia?”. No cześć. Miło Cię poznać!

No to ruszamy do miasta. Najpierw do miejsca, w którym mam spać, takiego hostelu dla przyjaciół. Pamiętacie Vic, którą poznałam w Cuzco? Mam zatrzymać się u jej kuzynek, które prowadzą takie dziwne „coś”. Nawet nie wiem, jak to opisać. To dom, gdzie są zajęcia taneczne i joga, kuchnia i piwo w lodówce dla wszystkich, i kilka wolnych łóżek, Cracovia32, po sąsiedzku z polską ambasadą. Docieramy na miejsce, a tam ciemno, głucho, nikogo nie ma… W skrócie oznacza to, że nie mam gdzie spać. Znajdujemy w internecie numer telefonu, dzwonimy i okazuje się, że wystąpiło tzw. nieporozumienie. Jedna kuzynka poszła na koncert, a druga miała na mnie czekać, ale myślała że będę jutro i jej dziś tu nie ma, i nie będzie. Taaa… Zdarza się. No coż…

I co się dzieje? Ola pyta, czy nie chcę się zatrzymać u niej. Tak po prostu. Bezinteresownie. Sama z siebie. Z dobrego serca. Czyżbym znowu miała szczęście?

Zrobiło się ciemno. Już wieczór. Idziemy coś zjeść. W ramach meksykańskiej kuchni na kolację będą amerykańskie hamburgery. Meksykanie uwielbiają hamburgery. Zresztą wcale się nie dziwię, bo te które jemy są pyszne. A potem jedziemy do Oli. Mieszka razem z bratem i siostrą, i z przepięknym, przesłodkim basetem, Lolą. Do zjedzenia. Lola jest super fajna. I tak spędzamy ostanie godziny tego dnia, na kanapie, z psem, gadając o podróżach, o Meksyku i o dziwnych zbiegach okoliczności. Tak, znowu mam szczęście do ludzi. I do psiaków!

A rano jedziemy metrem do miasta, do historycznej części miasta, Centro Historico. I już w metrze czuć „inność”. Jest tłoczno, mieszanka ludzi z różnych klas społecznych, co chwilę wsiadają i wysiadają handlarze wszystkiego. Sprzedają szczoteczki do zębów, śrubokręty, lizaki, muzykę, trampki, perfumy. Wszystko, wszystko, wszystko. No i turystów w metrze brak, więc jestem atrakcją. Lekko zestresowana, trzymam się blisko Oli i odliczam stacje. Dojeżdżamy.

Na placu stoi gigantyczna katedra, zbudowana oczywiście na starej azteckiej piramidzie. Z katedrą jest jeden problem – zapada się. Całe miasto zbudowane jest na dawnym jeziorze, ziemia jest grząska, a do tego Mexico City to obszar częstych wstrząsów sejsmicznych. To wszystko nie ma najlepszego wpływu na zabytki. Wokół katedry Indianie odprawiają dziwne obrządki, które mają odganiać złe moce. Siedzą też ludzie sprzedający drobne usługi. Można znaleźć hydraulika, nianię, czy murarza. Taka „żywa tablica ogłoszeń”. Kreatywne.

Idziemy najpierw na lewo. Tu jest bardziej lokalnie. Miejscowi jedzą tacos na krawężnikach, sprzedają koszule i skarpety. A na rogu stoi kościotrup. Jest głośno, trochę brudno i prawdziwie.

Potem idziemy na prawo, gdzie jest bardziej turystycznie. Są sklepy z ciuchami, sklepy z biżuterią, hotele, restauracje, kawiarnie, banki i nadal jest tłoczno i głośno. Zachodzimy na obiad do nowoczesnej kawiarni, przy sklepie z odjazdowymi rzeczami meksykańskich projektantów, Mumedi Shop. Jedzenie pyszne, miejsce pyszne, rzeczy w sklepie pyszne i my się pysznie bawimy. Czuję się jak w Barcelonie, a nie w Meksyku. Jest europejsko, ale tylko w knajpie. Za drzwiami, Meksyk.

Teraz czas na dobrą kawę. Zabiorę Was do takiego miejsca, o którym nie wszyscy wiedzą, a przewodniki nie piszą. Z głównego placu zmierzamy spacerem pod Akademię Sztuk Pięknych, Bellas Artes. I faktycznie pięknie jest i znowu fioletowo. Wszędzie te fioletowe drzewa. To na bank będzie mi się kojarzyło z Mexico City. Na przeciwko Bellas Artes jest centrum handlowe, a na 9 piętrze tego centrum mała kawiarenka z tarasem i cudownym widokiem. To jest chwila na gapienie się i nic nie mówienie. Więc obydwie się gapimy i gapimy, niewiele mówimy. A czym zapijamy kawę? Smoothies ze świeżego mango z dodatkiem chilli i soli. Bardzo meksykańsko, ale nie jestem przekonana czy to takie smaczne…

Potem jeszcze trochę błądzimy, spędzamy fajnie czas. Pijemy piwo. I idziemy dalej. Jest pełno sklepów! Nie wiem, o co chodzi ale tu naprawdę wszędzie sprzedają wszystko. Wariaci. I krzyczą na ulicach, że mają promocje. Przez mikrofony. Odlot. A! Ważne rzecz. Wiecie, co w Meksyku jest zamiast piekarni? Tortilleria, czyli miejsca gdzie można kupić tortillę, bo kanapki z chleba to oni tu rzadko jedzą.

Po zmroku Ola odstawia mnie do hostelu, do którego nie dostałam się wczoraj. W Cracovia32, czekają na mnie niecierpliwie i z wyrzutami sumienia. Zupełnie niepotrzebnie. Tak widocznie miało być. Najważniejsze, że dziś drzwi są otwarte, mam swoje łóżko i jest ciepła woda pod prysznicem. Wykąpana padam, jak dziecko. Chyba się dziś dotleniłam.

Rano wskakuję do metrubusu i jadę z dzielnicy San Angel, gdzie mieści się hostel Cracovia32, do dzielnicy Roma. Jest daleko. 40 minut drogi. Dojeżdżam, wysiadam i nie wiem gdzie iść. W dodatku nie mam mapy. Idę na lewo. Pierwsza knajpa na rogu, Deliro.

I znowu czuję się, jak w  Barcelonie. Siadam na zewnątrz, zamawiam kanapkę i latte, i oberwuję. Komuś się zepsuł samochód. O, a tam ktoś potknął. Gość się wkurzył i obtrąbił drugiego. A tu ktoś się całuje, trzyma za rękę i patrzy w zakochane oczy… Też bym tak chciała…

Roma to ładna część miasta. Są piękne kamienice, dużo uroczych knajpek, szkoły, małe sklepiki, no i moje ukochane fioletowe drzewa. Jest przytulnie.

Po sąsiedzku jest Condesa, chyba jeszcze fajniejsza, ale równie fioletowa. Z Romy dochodzę tam spacerem. Przez park Espana, gdzie jest pełno psów. W ogóle w Mexico City jest pełno psów. Każdy ma psa. Jest moda na posiadanie psów i na niewyrzucanie ich na ulicę. Całkiem ciekawa moda. Na ulicach widać tzw. „wyprowadzaczy”, a pod domami mobilne myjnie dla zwierząt. I oczywiście w sklepach modne ubranka dla czworonogów. Do wyboru do koloru.

Przez Condesę docieram do jednej z najbardziej znanych ulic miasta, Avenida Paseo de la Reforma. Tu jest już bardziej miejsko i bardziej nowocześnie. Wzdłuż drogi wznoszą się szklane wieżowce, samochody stoją w korkach.

Białe kołnierzyki stoją w korkach. Biznesy się kręcą. A ja już trochę zmęczona. Dziś jest upalnie i do tego ten smog. Trochę tu się dla mnie za dużo dzieje. Wracam ulicą Varsovia na przystanek, przez Zona Rosa, czyli okręg imprezwo-klubowo-burdelowo-hotelowy. Jadę do hostelu spać. Niestety śpię słabo. Za dużo emocji, za dużo wrażeń, za dużo ma się niedługo wydarzyć…

Na śniadanie wybieram się ponownie do Delirio. Było smacznie i sympatycznie, więc wracam. I znowu jest tak samo, smacznie i sympatycznie. Ta część miasta bardzo mi pasuje. Więc po raz kolejny odkrywam okoliczne szlaki, zmierzając w kierunku zoo. Zoo mieści się w największym parku w mieście, Bosque de Chapultepec. Wstęp wolny, teren ogromy, zwierzaki z całego świata. To zoo to chyba jedyne na świecie zoo, gdzie w warunkach nienaturalnych rozmnażają się pandy. Pierwszy raz w życiu widzę pandę. O cholera jaka wielka! Kawał misia z tej pandy.

Są też żyrafy i karmienie słoni, i groźne tygrysy, i skaczące beztrosko kangury… Ach te kangury… Aż się łezka w oku kręci.

Za kilka godzin mam się spotkać z Olą. Idziemy na market, na prawdziwe meksykańskie żarcie! Ale zanim… Postanawiam zaliczyć jeszcze jedną obszar, Polanco. To najbogatsza część miasta. Jak ją najkrócej opisać? Salony samochodowe i salony sukien ślubnych. Do tego wielkie wille i tradycyjnie już fioletowe drzewa. Też tu ładnie. Inaczej niż w Condesie, czy Romie. Trochę bardziej ruchliwe ulicy, trochę więcej ludzi, trochę więcej firm, bardziej dostojnie, elegancko, a chwilami sztucznie…

Mój brzuch o sobie przypomina. Jestem głodna. Ola już na mnie czeka. Jedziemy. Na Cayoacan, czyli do kolejnej dzielnicy. Zupełnie innej, bardziej bajkowej, prawdziwe meksykańskiej. Żółta kamienica, obok pomarańczowo pomarańczowa, niebieski domek, zielony płot, czerwień zachodzącego słońca i fiolet drzew. To jedyne, co łączy każdą część tego wielkiego miasta – fioletowe drzewa.

Bo tak naprawdę każda dzielnica, jest totalnie inna, jakby się było w takich niezależnych miasteczkach. Różnią się wszystkim. Rodzajem zabudowy, samochodami które jeżdżą po ulicach, ubraniami które noszą przechodnie. Nie różnią się tylko fioletowymi drzewami. Te są wszędzie. Takie same.

Przed kolacją zaliczamy małe muzeum kultury meksykańskiej. Kościotrupy i trupie czaszki, Lucha Libre, czyli meksykański wrestling, kolor zwany meksykańskim różem, dołączają właśnie do fioletowych drzew i stają się dla mnie symbolami Mexico City.

A no i oczywiście pyszna quesadilla z kurczakiem też dołącza. Wyśmienita quesadilla z marketu na Cayoacan! Mniam.

Dziś to był prawdziwy Meksyk! Uff… Działo się. A co będzie jutro? Kto będzie jutro? Domyślacie się?

Jutro przyjeżdża… sprawdźcie kto tutaj 🙂

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.

Zastanawiasz się, nad podrożą dokoła świata?

Mam dla Ciebie 16 powodów, dla których powinieneś wyjechać jeszcze dziś!