Zastanawiasz się ile czasu spędzić w Bangkoku? Bangkokowi trzeba dać czas drogi czytelniku. Dwa dni pobytu to idealny wybór na zaliczenie przewodnikowych atrakcji i imprezę na Khao Sanie. I na powiedzenie, że Bangkok jest zły i niedobry. Ale jeśli chcesz przekonać się, jaka jest stolicy Tajlandii – zostań. Zdobądź tajskiego przyjaciela i poznaj prawdziwe życie w mieście aniołów. Stolica Tajlandii ma w rzeczywistości najdłuższą nazwę na świecie. Pod tę nazwę ułożona jest nawet melodia. Można więc zaśpiewać 2 minutową piosenkę, wypowiadając tylko nazwę tego miasta. Słowo Bangkok znaczy Krug Thep, czyli Miasto Aniołów, a dziewczyny które poznałam na pewno można za anioły uznać.

Bangkok podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Bangkoku. Część 3

Po kilku dniach, Stasiek zaproponował, żebyśmy poszli na imprezę większą grupą. Do klubu, potańczyć. Musiałam odmówić. Moje najbardziej eleganckie buty to klapki. Z wyjściowych ciuchów posiadam koszulę w kratę. Jeśli dziś pakowałabym się jeszcze raz, to wzięłabym tzw. baletki, jeasny i tiszert, albo sukienkę. Myślę, że to niezbędnik w dużych miastach. Masz wtedy szanse poznać atrakcje dla miejscowych, a nie tylko dla turystów. I czujesz się lepiej. Nie zasuwasz po centrum w sandałach i szortach, co daje lekkie poczucie dyskomfortu. Będzie trzeba wybrać się na małe zakupy, albo zamówić paczkę z Polski, bo przede mną jeszcze kilka metropolii: Kuala Lumpur, Sydney, Melbourne w Nowy Rok, czy Auckland. Czegoś się najwyżej pozbędę, żeby zrobić miejsce w moim plecaku gigancie i zmieścić kilka innych rzeczy.

Impreza odpada, więc umawiamy się na piwo. W dzielnicy Sukhumwit. Mam dojechać autobusem albo motorkiem do stacji skytrain’u, czyli tzw. BTS. Pociągiem dotrzeć na przystanek Askon, iść z biegiem pociągu, przejść skrzyżowanie, skręcić w trzecią w prawo. Po 100 metrach będzie Bei Otto. Niemiecka knajpa. Słychać na odległość. Podobno. Ruszam. Po drodze pytam policjanta, którym autobusem dojadę na stację National Stadium. Bez problemu uzyskuję odpowiedź. Będąc na stacji znajduję na mapie miejsce, w którym aktualnie jestem i to do którego mam dojechać. W maszynie kupuję bilet za 25 Bahtów. Miła Pani kieruje mnie na odpowiedni peron, więc specjalnie nie muszę szukać. Skytrain to takie nasze metro tyle, że nad poziomem drogi. Fajne widoki na miasto. W wagonach dużo ludzi. Na każdej stacji porządku i bezpieczeństwa pilnuje ochrona. Przemieszczanie się za pomocą tej kolejki jest banalnie proste. Chyba dobrym rozwiązaniem jest też wynajęcie pokoju właśnie w jej okolicy. W szybki i w prosty sposób dostaniemy się w najróżniejsze zakątki miasta. Mam do przejechania niewiele. Szybko docieram do celu. Dalej przemieszczam się ze wskazówkami i jestem!  Jest Stasiek i Mai oraz nowi znajomi. John ze Stanów i jego tajska żona Kasia, przyjaciółka Mai. Kolega Johna, John II z Anglii. I Dżi Dżi, druga przyjaciółka Mai. Polska, Tajlandia, Ameryka, Anglia i niemiecka knajpa. Zamawiamy wielkie kufle piwa i wursty. To jedno z ich miejsc w Bangkoku. Lubią tu przychodzić. Dzielnica Sukhumwit też jest turystyczna, chociaż i miejscowi chętnie spędzają tu czas. Jest dużo drożej niż na Khao Sanie. Tu piwo kosztuje 200 Bahtów. Na Kaoh Sanie – 100.

Z rozmów o życiu, szybko schodzimy na rozmowy o… życiu. Stasiek proponuje, żebyśmy poszli na striptiz. Czas na doznania ekstremalne. Przynajmniej dla milanowskiej dziewczyny, bo dla reszty to norma. Nigdy nie widziałam tańców na rurze i w sumie to nie wiem, czy chce oglądać, ale idę jak posłuszna owieczka, podążam za resztą grupy. John odłącza się od nas i wraca do domu, ale dobija Pawełek, którego już poznaliście i New – czyli jego nowa tajska dziewczyna. Idziemy kawałek na ulicę obok, gdzie śmiga pełno roznegliżowanych kobiet i mężczyzn-kobiet, czyli Ladyboy’ów. Jeden ubrany w sukienkę ma kapelusz ze świeżym bananem, i chyba z 65 lat. Wygląda strasznie. Łatwo rozpoznać Ladyboya’a? Kobiety podobno wyczuwają ich na odległość. A więc panowie, jeśli wybieracie się tu w poszukiwaniu seksu lub żon, weźcie koleżankę. Może uchroni Was przed przykrą niespodzianką… Tajlandia to bardzo tolerancyjny kraj. W 100% akceptują to, że ktoś postanawia zmienić swoją płeć, czy orientację. To codzienność.

Pytam, czy to prawda, że jest tu tak dużo seks turystki. „Oczywiście”, odpowiadają wszyscy chóralnie bez chwili zawahania. W Bangkoku jest dużo. Ale jeszcze więcej jest w miejscowości Pataya, czyli w jednym z najbardziej turystycznych miejsc, oddalonym od Bangkoku o jakieś 160 km. Mai pochodzi stamtąd. Powiedziała, że się tam wybierzemy. Do niej do domu. Będę musiała wrócić do Bangkoku. Swoją drogą trochę się nie dziwię tej seks turystyce, bo tajki są wyjątkowo atrakcyjne. Drobne. Szczupłe. Mają lśniące włosy. Piękną skórę i karnację. Nie powiem, jak się przy nich czułam. Czy określenie „wielka, tłusta, łysa krowa” jest odpowiednie?

Wchodzimy do klubu. Moim oczom ukazuje się 15 nagich pup, 30 gołych cycków i 15 wiadomo czego. Rozglądam się nerwowo wokół, ale Mai łapie mnie za rękę i sadza tuż przy „wybiegu”. Na początku lekko lesbijski performance. Potem zmiana na scenie, 30 cycków wychodzi na zaplecze, wkracza kolejne 30. Jest jeszcze kilka nagich pośladków zabawiający Panów na sali. Czy one tylko tu tańczą na golasa, czy można je zabrać do domu? „To zwykłe kurwy”, słyszę od Mai. Część jest bardzo młoda, zastanawiam się czy już pełnoletnia, a część już nie taka młoda, z nieco rozciągniętym po ciąży brzuchem. Muzyka gra, a one stoją na scenie. Jak kołki. Starają się kiwać w rytm przebojów. Średnio im wychodzi. Oprócz nagości, zero rozrywki. A do tego nie można robić zdjęć. Pilnują tego, jak nie wiem. Poznałam też tajemnicę czerwonego światła w tego typu miejscach. Ciało po prostu wygląda w nim lepiej, nie widać niedoskonałości. Fakt. Może powinno się w sypialniach montować czerwone lampy? Co Wy na to?

Zaglądamy do kolejnego klubu. Trochę lepiej. Dziewczyny mówią, że czasem tu przychodzą ze swoimi chłopakami. Wolą przyjść z nimi, niż oni mieliby przyjść tu sami. Do mężczyzn w towarzystwie kobiet striptizerki się nie zbliżają. Potraktujmy tę wizytę w go go klubie w ramach zaliczonej atrakcji turystycznej. Nowe doświadczenie. Gołym pośladkom towarzyszą na szczęście ciekawe rozmowy z moim koleżankami. Lubimy się. Stasiek idzie do domu. Zostajemy tylko my cztery i Johny II. Johny II romansuje z wolną Dżi Dżi. Zgadnijcie, jak to się skończy?

Trafiamy na Khao San. A o 5.00 rano zamiast kebaba jemy nudle. Najlepsze są podobne te przy komisariacie, za rogiem od Khao San Road. Robi je groźnie wyglądająca Pani. Zawsze tam stoi ze swoim kuchennym wózkiem. Biorę nieostre. Zawsze można ostrość zwiększyć. Przyprawy stoją na stole. Pycha. Wybieram zupę z kluskami zamiast kebaba o poranku na zawsze. Ale rano trzeba wstać… Więc idę. Padam, jak pies Pluto.

Kasia poradziła mi pojechać na tzw. JJ Jajujuk Market, w skrócie JJ market, czyli targ dla miejscowych na którym można kupić wszystko od biegającego kurczaka, po pat thai’a z niebiegającym już kurczakiem. Ja wybieram jednak tego z krewetkami, które całkiem niedawno moczyły się w wodzie. Jest takie miejsce na JJ market, gdzie uliczne knajpki rozstawione są koło siebie na większym placu. Upał. I zapachy. Niosą mnie między stoiskami. Zaglądamy w gary. Wącham świeże warzywa. Zastanawiam się, co zjeść. Pat thai to dobry wybór. Uważajcie tylko na ceny. Są bardzo różne. Na jednym stoisku zapłacicie 70 Bahtów. Na innym 40. Biorę te tańsze. Wybór smaczny, Wszystko tak, jak powinno być. Trochę słodyczy. Chrupiące warzywa. Pyszne krewetki. Po pat thai’u idę kupić spodenki. Chyba się roztyłam, bo nie mogę żadnych „wybrać”. Krótkie jeansy. Nie wzięłam swoich z domu. To był błąd. Kupuję za 100 Bahtów nowe. Mierzę. To środek bazaru więc za przymierzalnie robi kolorowa spódnica w rozmiarze XXXXXL. Mierzcie, jak coś kupujecie. Nie można oddać. Odkrywam też, że to z Tajlandii pochodzą breloczki słoniki, które można kupić w naszych Mikołajkach. Mam taki ze sobą na szczęście od Tuśki. Jest Tajlandzki. Wrócił do domu. Pewnie czuje się tu dobrze, dyndając beztrosko w moim plecaku.

Kasia mówi, że ma wolną niedzielę i razem z Mai zorganizują mi wycieczkę. Muszę być gotowa na 9:00, ale zanim pójdę spać kolejne polskie spotkanie w Bangkoku. Tym razem z Suzi. Jest koleżanką mojej znajomej z byłej już pracy i teraz mieszka w Bangkoku. Zobaczyła na Fejsbuku, że tu jestem i się odezwała. To miłe. Idziemy na urodziny jej kolegi – Anglika. Mówi, że poznam ją po czerwonej koszulce z tygrysem. Nikt tu nie nosi czerwonego. W Tajlandii kojarzy się z protestami politycznymi. Krwawymi. Sprzed dwóch lat. I generalnie z polityką. Tajowie wolą swojego Króla od polityki. Nie lubią przemocy. Unikają czerwonego koloru. Na miejscu jest też Ela z Polski. Przyjechała tu na kontrakt z firmy produkującej tzw. gumki. I cała ekipa na urodzinach to jej znajomi z pracy właśnie. Ludzie z całego świata. Para gejów z Anglii, chłopak z Chin, Francuz z Anglii, Japonka. Silna grupa z Polski – Suzi, Ela, Krzysiek i ja. I nowo zelandzka knajpa, Snapper. Sto lat zostało odśpiewane chóralnie w polskim języku. Ryba z frytkami, piwo, plotki o życiu, powodach przyjazdu, pytania czy Bangkok jest fajny. Potem drink z objazdowego busika na ulicy. W ciągu dnia jest tu centrum biznesowe. Ludziki zasuwają w garniturkach, z neseserkami. Wieczorem na ulicy wyrastają, jak spod ziemi bary i knajpy. A jak zaczyna lać, bo wciąż jest jeszcze pora deszczowa, pojawiają się tzw. parasolowe bazary. Czyli sprzedawcy pragnący uchronić przechodniów przed przemoknięciem do suchej nitki. No i oczywiście chcący na tym zarobi… Pomocni, zaradni Tajowie. Taki właśnie jest Bangkok. Zmienny i nieprzewidywalny. Jak pogoda. To miasto nie ma w sobie logiki. W zamian za to jest przepełnione uczuciami. Tu biedni i bogaci żyją po sąsiedzku. Tu jest wyścig szczurów, a z drugiej strony totalny luz. Jak to powiedział Stasiek, miasto rozwija się organicznie. Zabudowa powstaje w „ludzkiej skali”. Jest bałagan, ale to bałagan zaprojektowany przez życie, przez ludzi z tej ulicy korzystającyh, a nie przez Panów od makiety. Niby wielkie wieżowce, ale na dole uliczne knajpy, kioski, wszystko dla ludzi. Bangkok jest dla ludzi.

Rano ruszamy z Mai i Kasią na wycieczkę jakieś 30 km. od stolicy. Koh Kred Island – Nontaburi Province. Tam kiedyś mieszkali mnisi. To turystyczne miejsce, ale dla Tajów. Miejscowi przyjeżdżają tam w weekendy na targ i wycieczkę po rzecze. My robimy to samo, ja i moje tajskie koleżanki, ale najpierw jemy. Na przystawkę smażone na głębokim oleju warzywa, a właściwie to kwiaty i zioła. Pycha! Bazylia i kwiaty orchidei chyba. Potem miejscowa knajpa. Zamówienie trzeba spisać samemu na kartce, jak się jest stąd oczywiście i zna się robaczki. Na początek zupa tajska z mlekiem kokosowym. Okazuję się za słodka, ale moje tajskie koleżanki w sekundę zmieniają jej smak. Trochę sosu rybnego, odrobina soku ze świeżej limonki i sukces osiągnięty. Perfekcja smaku. Do tego warzywa w słodkim sosie, w stylu terriakki. Potem ryba. Pyszna. Miękka. Pachnąca. I przysmak tutejszych. Surowe krewetki z dużą ilością chili. Kasia pyta, czy zjem. Mai mówi, że ona na moim miejscu by nie jadła. A ja zjem. Chcę próbować. I próbuję. Łyżką ściągam nadmiar chili, żebym nie wypiła całej brudnej wody z rzeki. Moczę w słodkich sosie i… Mmm… Pycha! Od dziś świeże krewetki na surowo. Smażone wymiękają. To smak, którego nie da się opisać… Potem podróż łódką. Domy na rzece. Świątynie. Sami Tajowie i ja. A potem targ. Kasia kupuje pierścionek. Wszystkie kupujemy sobie też po wachlarzu, bo jest niewiarygodny upał. Żar wyjątkowo leje się z nieba. I znowu jemy. Tym razem słodkości. Ryż z kawą chyba, w bambusowej tubce. Tajskie galaretki w zielonym kolorze, o smaku kokosa. Moje ulubione. Zdecydowanie. Ciasteczka w konsystencji podobne do marcepanu, ale nie będące marcepanem. Wyglądające jak piękne torty w wersji mini. Tradycyjny deser tajski. Mai mówi, że robienie tych ciastek uznawane jest za sztukę. Mają na sobie drobinki złota. Wyglądają jak z wtryskarki, ale smakują bardzo ok. Nie są zbyt słodkie. Trudno je do czegoś porównać. Jemy też ryżowe słodkie zawiniątka w liściach bambusa. Cztery sztuki nadziane na patyk, jak szaszłyk. To jest coś. Zaglądamy do świątyni. Przed świątynią plastkowy robot szkielet zbierający pieniądze, dla tych którzy ich nie mają. Obok sika mały chłopiec. Chciało mu się. Zdejmujemy buty i wchodzimy. Pamiętajcie, żeby nie stanąć na progu. Taka jest zasada, że trzeba go przestąpić. Trzy pokłony z dotykaniem głową podłogi i składaniem rąk. Kwiaty. Świeczka. Kadzidełka. Potrząsanie pudełkiem z patyczkami. Na patyczkach są numerki. Bierzesz kartkę z numerem patyczka, który wypał z pudełka. To taka wróżba. Wszystko po tajsku. Kasia nie do końca chce przetłumaczyć. Mówi, że nie jest całkiem dobra. Wracamy do mieszkania Kasi. Niedawno wprowadziła się tu z Johnem. Pomagamy rozpakować bagaże i sprawdzamy, co powinnam dalej robić, bo chyba przyszła pora, żeby wyruszyć z Bangkoku. Jak myślicie?

Długo myślałam, gdzie kierować się dalej. Nie jadę na północ. Chang Mai jest podobno relaksujące, ale wszystko pod turystów. I jest teraz zimno. Jakieś 18 stopni. Podobno na północ lepiej jechać z kimś i wypożyczyć terenówkę, trochę pojeździć, a nie siedzieć w Chang Mai. Po za tym chcę już na plażę. Mam nadzieję, że to moja pierwsza podróż i jeszcze tu wrócę. Wtedy będzie północ. Kambodża, Laos i Wietnam. Muszę też chyba zmierzać w stronę celu, a moim celem aktualnie jest Kuala Lumpur. Odpada więc wyspa Koh Chang – leży na wschodzie, przy granicy z Kambodżą. Tam przeniosła się turystyka po tsunami. Podobno jest ok. Tajowie nadal lubią tam jeździć, ale raczej na krótko. Po za tym kierując się stamtąd na południe, czyli do Malezji tak jak ja, trzeba zahaczyć o Bangkok, a ja już nie chcę. Na razie. Tajskie koleżanki polecają mi kilka miejsc. Nie pojawiają się wśród nich Koh Tao i Koh Samui, czyli te najczęściej polecane. To nie jest kierunek tajskiej turystyki, tylko zagranicznej. Wszystko jest pod turystów właśnie zrobione. Ładnie, ale są miejsca gdzie jest ładniej. Podobno. Postanowiłam nie ufać przewodnikom, więc zaufam ludziom stąd. Mówią, żebym jechała na Krabi i stamtąd na Koh Lipe i Koh Lanta. Samolotem. Pociąg jedzie bardzo wolno i podobno nie warto. Kosztuje połowę tego, co samolot. Czyli i tak całkiem sporo. A ja się przelot kupuje z wyprzedzeniem to prawie tyle samo. Jak kupuję swój o 22.00, wylot następnego dnia o 10.15 rano. Przepłacam. 3700 Bahtów, czyli jakieś 350 złotych. Bilet z tygodniowym wyprzedzeniem można kupić za 1500 Bahtów. Jak zawsze w Bangkoku przepłacam. Bangkok nie jest tani. Mam nadzieję odłożyć na wyspach. Jeszcze przez kilka dni jest niski sezon. Mało turystów i ceny mniejsze o połowę. Potem drożej, ale i tak lepiej niż w stolicy. Spędzam ostatni wieczór na Khao Sanie w towarzystwie Staśka, Mai i Kasia. Zimne piwo. I opowieści o kulturze Tajlandii, ale o tym kiedy indziej… Musimy ruszać. Na plaże. Macie kostium, klapki i ręcznik? No i krem do opalania?! Bo w Tajlandii wszystkie kremy są wybielające. Tajki chcą, żeby ich karnacja była jasna. A my co? My chcemy, żeby była ciemna. Mamy solaria i samoopalacze. Kobiety są dziwne. Wszędzie.

Na lotnisku dziewczyna pyta się mnie: „Więc lecisz na Krabi?”. Lęcę. Od tej chwili lecimy razem. Poznajcie Devin. Jest ze Szwecji. I zabiera mnie w miejsce, o którym mało kto słyszał. Trochę hipisowska osada, gdzie ludzie z całego świata przyjeżdżają się wspinać.

Tymczasem szanowni czytelnicy! Pozdrawiam Was wszystkich z tajskiego wybrzeża. Osobiste i bardzo prywatne tajskie uściski ślę do mojej przyjaciółki Kasi K. zakochanej w Kanadzie po uszy! Do usłyszenia niebawem.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.