Stworzona przez człowieka, żeby mógł podziwiać to, co stworzone przez naturę. Great Ocean Road to jeden z najlepszych australijskich road-tripów, widoki które trudno do czegoś porównać, widoki które zapamiętuje się na zawsze.

Widok z punktu widokowe 12 Apostołów

Wycieczka na Great Ocean Road

Pogoda nie dała nam taryfy ulgowej, był wiatr, deszcz i przeszywające zimno. Wczoraj przemarzliśmy na Phillip Island, oglądając paradę pingwinów. Dziś nie uśmiechało nam się znowu zmarznać. Zrezygnowaliśmy z pierwotnego planu wycieczki do Wilson Promotory National Park (cudownego parku w okolicy Melbourne) na rzecz Great Ocean Road (o moich pierwszych wrażeniach z GOR możecie przeczytać tutaj), bo to taka trasa, którą można zrobić nawet w brzydką pogodę. Wiele i tak widać zza szyby samochodu, w Wilson Prom przydałoby się po prostu słońce.

Great Ocean Road (GOR) zaczyna się w oddalonym od Melbourne o jakąś godzinę miasteczku Torquay i ciągnie się przez 243 km, aż do Warrnambool. Oprócz tego, że jest to jedna z najpiękniejszych widokowych tras w Australii, to jest to także największy na świecie pomnik I Wojny Światowej. Spytacie, jak to? Great Ocean Road została zbudowana pomiędzy 1919 a 1932 rokiem, przez żołnierzy wracających z wojny, ku upamiętnieniu tych, którzy z tej wojny nie wrócili. Przez 13 lat prawie 3000 wojskowych dzień w dzień, od świtu do nocy, pracowały w dzikich warunkach, żeby ukończyć ten wielki projekt. A gdy w 1924 stary tankowiec, Casino, utknął na rafie w przy Półwyspie Patton, musieli także opróżnić 500 beczek piwa i setkę skrzynek innych alkoholi, żeby statek mógł ruszyć z mielizny. Obie misje zakończyły się sukcesem.

Z Melbourne wyruszamy o świcie, przed nami długa przejażdżka. I tak zupełnie szczerze to jest to trasa którą najlepiej rozłożyć na dwa dni, żeby mieć czas i ochotę podziwiać krajobrazy. Bo jak człowiek zmęczony, to już mu się średnio chce. Niestety, my tego czasu nie mamy, musimy trochę gonić i wieczorem dotrzeć z powrotem.

Już samo wyjechanie z miasta zajmuje nam półtorej godziny. Melbourne jest spore i często zakorkowane, więc przebicie z jednej strony na drugą może trochę potrwać. Trzeba doliczyć to do planu wycieczki.

Gdy dojeżdżamy do Torquay (miasteczka z którego pochodzi znana surferska marka ubrań Rip Curl), droga niebezpiecznie zbilża się do oceanu, bezceremonialnie zdradzając wszystkie jego uroki. Pomimo, że jest pochmurno, woda nadal pozostaje turkusowo niebieska, a fale rozbijają się impetem o urwisty brzeg.

LATARNIA MORSKA SPLIT POINT

Zatrzymujemy się kawałek dalej w malutkim miasteczku Aireys Inlet, gdzie jest… latarnia morska. Kocham latarnie, to już pewnie wiecie, więc innej opcji nie ma. Idziemy na kawę w uroczej, malutkiej kawiarni, a potem na spacer wokół latarni oczywiście.

latarnia Split Point

Ja się gapię się i tak sobie marzę, jakby to było cudownie być latarnikiem, albo po prostu w takiej latarni mieć dom. O! Wyobrażacie sobie? Na samej górze byłaby chyba kuchnia, tak żeby mogła tam jeść śniadanie z widokiem. To by było życie!

Pięknie. Mimo, że zimno to pięknie.

Tuż za Aireys Inlet, nad drogą wisi napis i głosi, że to tu zaczyna się Great Ocean Road i stoi pomnik ustawiony ku czci tym, którzy w trudach drogę zbudowali. To teraz zaczyna się najpiękniejszy odcinek trasy, przyklejony do wybrzeża. Droga wije się, jak wściekła serpentyna, a ty nie możesz oderwać nosa od szyby. Niebo łączące się z horyzontem, gdzieś w oceanicznej otchłani. Plaże rozciągające się u podnóża. Fale składające się równo, jedna za drugą, kolejna, i kolejna. Surfeski raj na ziemi.

Great Ocean Road

Ale to, co po drugiej stronie, w głębi lądu, też jest zachwycające. Zielone pola, spokojne gospodarstwa i wypoczywające stada owiec, wakacyjne domy zawieszone na skałach, gęste lasy, a wśród nich ukryte wodospady.

GREAT OTWAY NATIONAL PARK

Tuż za miasteczkiem Apollo Bay, gdzie zatrzymujemy się na obowiązkowy obiad w australijskim pubie (czyli chicken parmigiana i lemon lime bitters), zakręty wciskają się deszczowy las. Great Otway National Park zaprasza w swoje progi.

Roślinność w Otway National Park

Droga odbija od oceanu i wije się w gęstwinie. Zatrzymujemy się na krótki spacer. Powietrze poraża świeżością, mieszającą się z eukaliptusowym zapachem. Zieleń jest zielona na nigdzie indziej. Konary sięgają chmur. Podobno, gdzieś w okolicy buszują koale. Niestety, żadnych nie spotykamy.

Otway National Park

12 APOSTOŁÓW

Ruszamy dalej, lekko skołowani, walcząc z delikatnymi objawami choroby lokomocyjnej, mając za sobą dobre 6 godzin w drodze, docieramy wreszcie do najbardziej znanego miejsca na trasie – punktu widokowego 12 Apostołów. Co by nie mówić o tym miejscu, że jest zawalone turystami, tłoczne, męczące, widoki stąd i tak są piękne. I dzięki temu, że aura dziś ponura, tłumów nie ma.

12 Apostołów

Apostołowie to wapienne kolosy, leżące tuż przy brzegu w Parku Narodowym Port Campbell. Są wyjątkowe, bo położone blisko siebie i mimo, że jest ich obecnie już tylko osiem, wiąż robią wrażenie (na zdjęciu powyżej widać 9 powaloną w 2005 roku skałę). Powstały w wyniku wieloletniej erozji, podczas której agresywne wody oceanu wypłukiwały delikatny wapień, tworząc jaskinie, klify, łuki, po których zostały kilkudziesięciometrowe stosy (najwyższy ma ok. 45 m). Fale wciąż robią swoje, więc ten kruchy krajobraz, może niedługo być całkiem inny.

LOCH ARD GORGE

A nieopodal jest wąwóz, który zmusza cię do zbierania własnej i cudzej szczęki z podłogi. Loch Ard Gorge robi wrażenie. Bulgocząca woda wpływa porywczo między pożółkłe ściany, skromna plaża zaprasza na spacer.

Loch Ard Gorge

THE ARCH

Jedziemy dalej. Zatrzymujemy się, gdzieś w połowie drogi między Apostołami a miasteczkiem Port Campbell, zatrzymujemy się pod łukiem. The Arch to kolejna wyrzeźbiona przez naturę formacja na trasie. Zachywca! I pozwala powstawać wspomnieniom, bo takie miejsca odwiedzone z przyjacielem, na długo pozostają w pamięci.

Przyjaciółki na GOR

LONDON BRIDGE

Powoli zachodzące słońce, każe nam przyspieszyć. Niestety. Szybko przebijamy się przez Port Campbell, aby po raz ostatni rzucić okiem na rzeźby stworzone przez ocean. Na końcu Great Ocean Road jest London Bridge. Właściwie to jest to pozostałość po London Bridge, który zawalił się niespodziewanie w 1990 roku, pozostawiając dwójkę bezbronnych turystów na środku skały (nic im się nie stało, przyleciał po nich helikopter). Ale nawet! Wyobraźcie sobie, że jesteście na ich miejscu, ja bym umarła.

Siedzimy tu dość długo, wszyscy nieco zamyśleni, analizując siłę żywiołów, delektując się, po raz ostatni dziś, takim widokiem.

London Bridge

Wracamy drogą przez ląd, jesteśmy zmęczeni, to był długi dzień, intensywny dzień. Chcemy szybko dojechać do domu. Wyspać się, bo jutro kolejny dzień pełen wrażeń – będziemy podbijać Melbourne. Dochodzi 22:00. Wszyscy, oprócz kierowcy na szczęście, usypiamy w samochodzie. I śni nam się urwisty brzeg Great Ocean Road.