Zawsze wydawał mi się miejscem, do którego nigdy nie dotrę. Był tak odległy, nierealny do osiągnięcia, trudny do wyobrażenia…. ale w końcu umieściłam, go na liście marzeń, marzeń do zrealizowania w tym roku i wiecie co? Udało się, bo marzenia są od tego, żeby je spełniać! Marzyłam o Hong Kongu – jedziemy do Hong Kongu.

Zwiedzanie Hong Kongu podczas majówki 2014. Australia – Shenzhen – Hong Kong – Makau – Polska – Turcja – Tajlandia – Singapur.

Czy Hong Kong to Chiny?

Po ekspresowej wizycie w Chinach tzw. właściwych, w Shenzhen, wracamy do Specjalnego Regionu Administracyjnego Chińskiej Republiki Ludowej Hong Kong, zwanej potocznie Hong Kong. Wszystko to jest strasznie skomplikowane! Bo niby Specjalny Region Administracyjny Hong Kong to Chiny, ale żeby wjechać do Chin trzeba przekroczyć granicę Hong Kong – Chiny. I Hong Kong to Chiny, ale nie do końca Chiny. W skrócie i upraszczając – kupę lat temu była w Chinach wojna zwana opiumową, w skutek której Wielka Brytania przejęła Hong Kong (Hong Kong stał się kolonią), który w kolejnych latach powiększył się o Nowe Terytoria. Po kolejnych kilku latach Wielka Brytania podpisała z Chinami umowę dzierżawy obszaru zwanego Hong Kongiem na 99 lat i przez ten czas zarządzała Hong Kongiem, budując potęgę (pomimo, że przez pewien okres kolonia była pod okupacją japońską). 99 lat minęło w 1997 roku i wtedy Hong Kong wrócił w posiadanie Chin, ale (tak, to nie koniec historii) na najbliższe 50lat (licząc od 1997) podpisano porozumienie zapewniające Hong Kongowi względną niezależność i wolność. Podsumowując, Hong Kong to miasto-stan, Hong Kong to Chiny, ale Hong Kong posiada niezależny od Chin system polityczny (jedno Państwo, dwa systemy. Drugim takim miejscem jest Macau, gdzie wybierzemy się już niedługo), Hong Kong to miejsce gdzie Wschód spotyka się z Zachodem, Hong Kong to bezdyskusyjnie potęga.

Z Shenzhen jedziemy autobusem przez granicę, potem metrem na wyspę Hong Kong. To tu się zatrzymamy, w dzielnicy zwanej Causeway Bay. Problemu z wyborem noclegu nie mieliśmy. Bez chwili zastanowienia posłuchaliśmy pojechanej rady, żeby zatrzymać się w Comfort Hostel. Jest czysto, ciepła woda w kranie, do przeżycia. Może nie jest to najpiękniejszy hostel w jakim byłam (zdecydowanie jest jednym z tych najbrzydszych, nad czym mój zmysł estetyczny ubolewa), ale o taki w Hong Kongu podobno nie łatwo. Tu każdy walczy o przestrzeń życiową, mieszkania i pokoje są małe, okna zazwyczaj wychodzą na mur budynku obok, jest dość ciemno i ponuro. Ale w Hong Kongu nie chodzi o to, żeby siedzieć w czterech ścianach. Trzeba ruszać w miasto, bo przecież jest tu tyle do zobaczenia!

Z Causeway Bay decydujemy się iść piechotą do centrum, co okazuje się być nie najlepszym pomysłem, no ale na nienajlepsze pomysły też trzeba czasem wpadać. Tak dla równowagi. Jest tłoczno, bardzo tłoczno, gorąco, bardzo gorąco, a do tego remonty i przebudowy z przodu, i z tyłu i z boku. Chcieliśmy iść nad wodą, ale nad wodą to jest jedna wielka budowa! Chodnika brak, jest tylko dziura po prawej, do której nieuważny osobnik swobodnie może się omsknąć na dłuższy spoczynek. Przedzieramy się więc przez świeżo wylany beton, niewielkie fundamenty, konstrukcje z bambusa i wreszcie docieramy pod złoty kwiat lotosu nad samą wodą, gdzie kłębią się tłumy Azjatów z pstrykającymi, jak oszalałe kapiszony aparatami. Potem już jest prościej. Idziemy spacerem przez park pełen piknikujących miejscowych. Kilka metrów kwadratowych zagospodarowanych jest, co do centymetra przez kocyki, koszyki i dmuchane materace. Dalej idziemy wzdłuż ruchliwej drogi, chwiejnym krokiem po wąskim krawężniku rozstawiając ręce na boki, żeby nie upaść. Tak, dokładnie tak jak dzieci.

Po trudach związanych z przeprawą przez miasto Hong Kong docieramy wreszcie do… centrum handlowego! Nie myślcie że taki był cel tej naszej dwugodzinnej tułaczki, cel znajduje się po drugiej stronie budynku, ale musimy przemierzyć alejki sklepowe żeby tam dotrzeć. Tak jest tu wszędzie. Chcesz dostać się metrem na spotkanie z przyjaciółmi, musisz oprzeć się zakupowym pokusom, bo droga na stację prowadzi przez centrum handlowe. Chcesz bezpiecznie dojść na przystanek autobusowy, musisz przejść wśród witryn krzyczących „Kup mnie teraz!”. Idziesz do babci na obiad, na wizytę do dentysty, opalać się w parku, na kawę, protestować, cokolwiek idziesz robić musisz przejść przez centrum handlowe! Chcesz dziś nie wchodzić do centrum handlowego? Przykro nam, w Hong Kongu nie ma takiej możliwości.

Jak dojechać na Victoria Peak?

Stacja autobusowa (Exchange Square bodajże) w centrum miasta jest bardzo uporządkowana. Autobusy stoją równiutko jak żołnierzyki, a przejrzysty rozkład jazdy pozwala szybko się zorientować, gdzie jest nasze miejsce. Jedziemy na Victoria Peak, chyba najbardziej znany punkt widokowy w Hong Kongu, skąd rozpościera się najbardziej znany pocztówkowy widok na las wieżowców rozciągniętych wzdłuż brzegu.

Najpopularniejszym i pewnie też najbardziej niezwykłym sposobem na dostanie się na ten oblegany szczyt, jest jazda starym tramwajem, który mozolnie i ociężale wspina się pod górę. My jednak rezygnujemy z tej przyjemności zastraszeni z każdej strony tym, że czas oczekiwania na załadunek do tegoż cudownego środka transportu może trwać więcej niż godzinę, w porywach do dwóch. Perspektywa tak długiego oczekiwania zmienia w moim umyślę postrzeganie tej przyjemności, jak nieprzyjemność i decydujemy się na miejski autobus. Bilet kupujemy u kierowcy, kosztuje kilka hongkongskich dolarów i usadawiamy się wygodnie, zgodnie z zaleceniem Oli, po lewej stronie. Autobus numer 15 rusza w drogę (inne autobusy tej jeżdżą na Wzgórze Wiktorii, wystarczy rozejrzeć się będąc na stacji), a my rozkoszujemy się widokami. Z minuty na minutę wielkie drapacze chmur robią się coraz mniejsze, ludzie jak za dotknięciem magicznej różdżki zamieniają się mrówki, hotele przypominają te rozstawiane na planszy Monopolu, a Sam mówi niepewnie „Dobrze, że nie widziałaś tej przepaści, bo być umarła ze strachu”. Po plecach przelatują mi ciarki i wyobraźnia zaczyna działać, na szczęście za kilka zakrętów przepaść jest po prawej stronie autobusu, a my jesteśmy bezpieczni.

Gdy docieramy na szczyt i wychodzi z dworca, musimy zrobić co, aby dostać się na taras widokowy? No już powinniście wiedzieć! Musimy przejść przez centrum handlowe! Innej opcji nie ma. Sprytnie sobie to tu wymyślili. Ruszamy więc schodami ruchomymi w górę i idziemy zgodnie z kierunkiem strzałek wskazujących tarasy widokowe. Tarasy są dwa: jeden po lewej, drugi po prawej. Oba bezpłatne. Z tego po lewej widać zieleń, dziką wyspę, wcale nie zatłoczoną zatokę. Z tego po prawej widok jest zupełnie inny. Są wieżowce niższe i wyższe, chowające się delikatnie za zakrętem i jest ruchliwy port, ze stadem kontenerowców czekających w kolejce na rozładunek.

Chcieliśmy dotrzeć tu na zachód słońca, ale nasze obliczenia zawiodły. Do zachodu mamy jeszcze ponad godzinę. Idziemy więc na spacer, szlakiem dookoła góry, którego przejście powinno zająć dokładnie tyle, żebyśmy mogli wrócić do punktu wyjścia na przedstawienie pod tytułem „Zapada noc”. I to jest chyba to, co poleciłabym każdemu – dotrzeć tu jakoś na półtorej godziny przed zapadnięciem zmroku, rzucić okiem na miasto za dnia z darmowych tarasów w centrum handlowym, potem urządzić sobie mały treking pełen fantastycznych widoków, aby z przytupem skończyć na dzień na szczycie budynku w kształcie litery T (taras widokowy jest tu niestety płatny, ale wart0), skąd usypiający Hong Kong wygląda naprawdę oszałamiająco.

Wij Hong Kong 1

Wij Hong Kong 2

W drodze powrotnej musimy oczywiście znowu przespacerować się wśród sklepów, aby dotrzeć do autobusu. I później na dole to samo – przystanek, centrum handlowe, drugie centrum handlowe, ulica, ulica pełna wielkich sklepów, centrum handlowe i wreszcie klimatyczny, stary, dwupiętrowy tramwaj (bilet kupujemy wysiadając z tramwaju, trzeba mieć drobne) do Causeway Bay. Należy nam się trochę odpoczynku.

Dzień drugi jest pod hasłem „świątynie”. Na początek udajemy się w kierunku Świątyni Dziesięciu Tysięcy Buddów. Znalezienie drogi do celu zajmuje nam chwilę, bo podobno miejscowi nie chcą jej umieszczać w przewodnikach i ułatwiać turystom sprawy, ale udaje się i droga okazuje się zaskakująco prosta. Z Causeway Bay (wyspa Hong Kong) jedziemy metrem na Sha Tin (stacja leżąca w miejscu zwanym The New Territories), oczywiście zaliczając po drodze kilka przesiadek. Faktycznie, poruszanie się po Hong Kongu jest proste, wszystko niby dobrze gra, ale zajmuje cholernie dużo czasu! Stacje są wielkie, więc jeśli nie wiemy gdzie i kiedy wysiąść aby wskoczyć bezkolizyjnie to pociągu po drugiej stronie peronu, musimy często przespacerować kilometry podziemnymi korytarzami.

Jak podzielony jest obszar Hong Kongu?

No i niby ten Hong Kong mały, ale nie taki mały bo wszędzie daleko. Składa się z wyspy Hong Kong (gdzie znajduje się wzgórze z widokiem, czyli Victoria Peak i wiele innych atrakcji), z półwyspu Kowloon leżącego na wprost wyspy Hong Kongu (gdzie znajduje się Aleja Gwiazd), z Nowych Terytoriów (czyli głownie terenów zielonych, jeszcze średnio zagospodarowanych) rozciągających się od Półwyspu Kowloon to granicy z Chinami właściwymi (z Shenzhen), z wyspy Lantau (gdzie znajduje się wielki Budda, Disney Land i stara wioska rybacka Tai O) i kilku innych wysp rozrzuconych wokół. Zresztą rzućcie po prostu okiem na mapę, chyba będzie prościej.

Jak dojechać do Świątyni Dziesięciu Tysięcy Buddów?

Ok. Jedziemy więc to Świątyni Dziesięciu Tysięcy Buddów, metrem z Causeway Bay do Sha Tin. Ze stacji Sha Tin wychodzimy wyjściem B i kierujemy się na lewo, podążając za tłumem w stronę rampy/ chodnika prowadzącego lekko w dół. Idziemy prosto, mijając po lewej starą wioskę (stare domki ocalałe w nieznany sposób od wyburzenia) i idziemy drogą wskazywaną przez znaki w stronę budynków rządowych (Government Building). Gdy na skrzyżowaniu przed wami ukaże się… centrum handlowe (!) Home Square, skręcacie w lewo, mijacie szklane budynki i docieracie do białego wejścia do Świątyni. Uwaga! To nie to wejście. Biała „kapliczka” to wejście na cmentarz (widać windę i ruchome schody), my skręcamy przy tym wejściu w mały chodniczek, między płotem i budynkiem. Dochodzimy do końca i w lewo. Cel osiągnięty. Teraz czeka nas wspinaczka, bo na szczyt prowadzi chyba tysiąc schodów, a wzdłuż schodów złote posągi Buddów.

Są i Mnisi owinięci w pomarańczowe szaty! Uwaga! Wcale nie są prawdziwi, to oszuści i naciągacze. Nie dajcie się nabrać. Z lekką zadyszką pokonujemy stopień po stopniu, aż taki jeden pomarańczowy ludek nas dopada i bez pytania zaczyna „odprawiać modły” nad zagubionym Samem, przywdziewając na jego nadgarstek charakterystyczną koralikową bransoletkę. Następnie w tempie ekspresowym zmienia obiekt zainteresowania i zajmuje się mną, a na koniec wyciąga koszyczek i każe sobie zapłacić. Takiego! My turysty takie głupie nie som! Pokazujemy Panom język i ruszamy dalej.

Wij Hong Kong 4

Po dość wyczerpującej wspinaczce w bardzo duszny dzień, docieramy na górę. Jest główna Świątynia, jest Pagoda, są złote posągi i pewnie byłyby piękne widoki, gdyby chmury nie wisiały dziś tak nisko nad ziemią. Chyba z godzinę włóczymy się zakamarkami tu i tam, siadamy i obserwujemy, wczuwamy się w ten spokojny klimat przepełniony poczuciem bezpieczeństwa unoszącym się w powietrzy. Zaglądamy, wypatrujemy małp na drzewach i żółwi w oczkach wodnych, wchodzimy wyżej, żeby na koniec znowu zejść na poziom głównej świątyni i pożywić nasze wygłodniałe organizmy w wegetariańskiej knajpie. Pycha. Posiłek tu zaznaczcie sobie, jako punkt obowiązkowy wycieczki. Wij Hong Kong 5

Schodzimy tzw. tylnym wyjściem, czyli schodami w rogu za Pagodą. Ta ścieżka nie jest już taka widokowa, zwykłe schody, a potem chodnik prowadzący wśród nieco zaniedbanych domostw, kończący się na placu przy tych starych budynkach, które widać po lewej wychodząc ze stacji Sha Tin.

No i pora na kolejną świątynię tym razem taoistyczną, kawałek dalej, kilka stacji, świątynię upchaną w dziurę między szkaradnymi blokami, w której kłębią się tłumy, pewnie dlatego że dojazd do niej opisany jest w każdym przewodniku. Rzucamy okiem, zatrzymujemy się na chwilę w spokoju i idziemy dalej, bo po okresie świątyń, czas na okres marketów.

Wij Hong Kong 6

Oprócz centrów handlowych w Hong Kongu można znaleźć również niezliczoną ilość targowisk. Jest market kwiatowy, owocowy, warzywny, targ ptaków, targ złotych rybek, market dla kobiet, market z antykami, pchli market, kilka targowisk z chińskimi ciuchami zwanych hucznie Fashion Markets, market kuchenny, market biżuterii i pewnie wiele innych, o których nie mam pojęcia. Skoro jesteśmy na półwyspie Kowloon postanawiamy spenetrować, co tu sprzedają na ulicach. Ze stacji metra idziemy w kierunku ulicy pełnej kwiatów, czyli Flower MarketWij Hong Kong 7

Jakież jest moje rozczarowanie gdy okazuje się, że ten market to tak na prawdę ulica pełna małych kwiaciarni, kwiatów popakowanych w kartony i brzydkich wazonów, to takie polskie Bronisze tylko nie w hali. Nie ma tu za grosz atmosfery stworzonej w moje wyobraźni, atmosfery rolników ze świeżo ściętymi różami, z rękami ubrudzonymi po pachy w błocie. Są za to idealne storczyki w zawrotnych cenach.

Ale zaraz może będzie lepiej, bo na końcu tej wypranej z uczuć ścieżki jest Bird Garden, czyli market ptaków. Nie wiem dlaczego, ale od zawsze marzyłam, żeby na taki market pójść. Nie wiem, czy to marzenie stworzył film którego nie pamiętam, czy sen na który nie miałam wpływu. Nie wiem, ale wiem że mi się marzy. Marzą mi się te świergoczące tu i ówdzie gaduły, i kolorowe pióra, i przepychający się ludzie, to nieprzerwane poruszenie. A tu cios. Po raz drugi. Ptasi market to najokrutniejszy targ na jakim kiedykolwiek byłam! Moje serce pęka, rozpada się na kawałki, nie po cichu, tylko głośno jak rozwalany przez dynamit stary budynek, a oczy napełnia jezioro łez. Jak można ptaka zamknąć w klatce?! Jak można to zwierze, które stworzone jest aby przemierzać bezkres nieba, tak bardzo uwięzić?! I słyszę to ćwiergolenie, o którym marzyłam, ale to świergolenie woła o pomoc, błaga o uwolnienie. Ten smutny tukan z pięknym dziobem, kolorowa papuga z podciętymi skrzydłami, te kolorowe ptaszki znane mi z australijskich parków i ogrodów. Mam ochotę pootwierać wszystkie klatki, ale boję się i wychodzimy. Chyba obudził się we mnie jakiś ekologiczny duch, nie wiem, ale uwierzcie mi że dawno nic mnie tak nie poruszyło, jak ten najsmutniejszy targ na świecie.

I chyba targów mi starczy na dziś. Jedziemy stąd. W drodzę na stację kupujemy po ciastku. Ciastko to, to jajeczna tarta (egg tart), bardzo popularny hongkongski deser. Jest pycha! Spróbujcie sami. Smakuje?

Wij Hong Kong 8

Wskakujemy do pociągu. Parę przystanków metra, krótki spacer i docieramy nad wodę, na przeciwko wyspy Hong Kong, na Avenue of Stars. Mówią, że nie być tu, to jak nie być w Hong Kongu. Chyba się nie zgodzę. Powiedziałabym, że nie być na Victoria Peak, to jak nie być w Hong Kongu, a na Aleję Gwiazd po prostu fajnie przyjechać.

Wij Hong Kong 15

Czym jest Aleja Gwiazd?

Aleja Gwiazd jest częścią bulwaru rozciągającego się na koniuszku półwyspu Kowloon, bulwaru z którego mamy fantastyczny widok na wieżowce na wyspie Hong Kong. Aleja Gwiazd, to po prostu Aleja Gwiazd, taka jak w Hollywood, Cannes, czy Międzyzdrojach, czyli w tym wypadku dłonie Azjatyckich aktorów odbite w chodnikowych płytach. Oprócz Bruce’a Lee nie znamy nikogo, zresztą pewnie jak większość europejskich turystów, nie zatrzymujemy się więc przy każdej płycie z zachwytem. Tylko czasem przystajemy zrobić zdjęcie, bo śmiesznie jak moje małe kobiece rączki okazują się być tej samej wielkości, co duże, męskie azjatyckie.

Wij Hong Kong 10

Spacerujemy w spokoju, relaksując się i odprężając po dość intensywnym dniu. Podziwiamy spowity od rana mgłą Hong Kong i dobrze się bawimy robiąc najbardziej turystyczne z turystycznych zdjęć.

Wij Hong Kong 11

Łapiemy prom na drugą stronę. Stary, drewniany, prawie pusty prom za grosze. Płyniemy niedługo, ale na tyle długo żeby się napatrzeć i obiecać sobie, że wrócimy tu wieczorem. Jutro wieczorem.

Wij Hong Kong 9

Bo dziś wieczorem czeka nas ciekawe spotkanie. Na kolacje zaprosili nas znajomi pojechanej Oli, Łukasz i Patrycja, Polacy od kilku lat mieszkający w Shenzhen, w których głowach zaświtał plan przeprowadzki do Australii. Dziś są w Hong Kongu i idziemy na sushi. Najlepsze sushi na świecie! Serio, nigdy nie jadłam takiego dobrego. Żeby uczcić spotkanie nie zamawiamy po kieliszku szampana. Zamawiamy po kawałku sushi z najdelikatniejszym z możliwych kawałków tuńczyka i drobinkami złota. Można powiedzieć śmiało, że to była kolacja na bogato warta każdych pieniędzy!

Wij Hong Kong 13

Tej iście królewskiej wyżerce towarzyszą przemiłe rozmowy i dyskusje. I o Australii i o Chinach. O różnicach kulturowych, o męczącej na dłuższą metę chińskiej kulturze, o urokach Perth, w którym Pati i Łukasz się zakochali (o naszej wycieczce do Perth możecie przeczytać tutaj), no i motorach. Godziny mijają zastraszająco szybko, aż w końcu mówimy sobie ‚do zobaczenia’ i każde idzie w swoją stronę. Jeszcze tylko krótki spacer przez Hong Kong nocą (ojej jak tu pięknie, jak zajdzie słońce i rozbłysną wszystkie sztuczne światła!) i idziemy spać, bo jutro z samego rana płyniemy do Makau, zaszaleć w kasynie.

Wij Hong Kong 14

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz. Albo przekaż dalej! Będzie nam bardzo miło. Julia i Sam.