To, co najpiękniejsze miało być już za nami – magiczne, lazurowe zatoki, foki na plaży i kangury o zachodzie słońca.

Rano przywitał nas deszcz; jednodniowe lato wczesną wiosną szybko się skończyło. Przeczytaj jaki był nas pierwszy dzień na Wyspie Kangura.

Kangaroo Island drogi

Na Kangaroo Island. Dzień drugi

– Ale i tak pójdziemy szukać koali, prawda? – spytałam Sama, wsłuchując się w krople rozbijające się o dach naszego auta.

O koalach, które można spotkać na dziko, tu na Wyspie Kangura, nasłuchałam się zdecydowanie za dużo. Nie brałam pod uwagę zakończenia wycieczki w przypadku ich nieodnalezienia. Na szczęście kapryśna pogoda stanęła po mojej stronie i wzięła deszcz na wodze – Sam nie miał już nic do powiedzenia.

Ruszyliśmy na kilkukilometrowy spacer po parku Flinders Chase. Na początek wybraliśmy krótki Heritage Walk, który zaczyna się zaraz przy punkcie informacyjnym. Przywitało nas stado… nietypowych gęsi i trochę historii, ale ja z zadartą głową wypatrywałam puchatych zadków, gdzieś tam w konarach eukaliptusów. Nie było gorąco, więc powinny siedzieć jak najwyżej…

– Będę Ci codziennie robić śniadanie przez następny rok, jeśli znajdziesz mi koalę – zrezygnowana szukałam pocieszenia u współtowarzysza – Przytul!

– Nie rozglądasz się zbyt dokładnie, kotku – powiedział i palcem wskazał na gałąź po mojej lewej.

– Koala!

Chwilę potem zauważyliśmy dwie kolejne – puchate miśki, które z wysoka ospale zerknęły w naszym kierunku.

koala Kangaroo Island

Z niechęcią poszłam dalej. Przez bagna, wypalony los, aż do miejsca zwanego Platypus Waterholes. Z dziobakami nie mieliśmy już tyle szczęście, podobo o tej porze roku pokazują się niechętnie, ale dla samego otocznia warto było się przejść.

Jadąc na północną stronę wyspy zmuszeni byliśmy skupić się na szukaniu paliwa, nasz bak przymierał z braku płynów. Najbliższa stacja – Parndana, niby jedno z większych miasteczek na wyspie, a tam sklep wielofunkcyjny – stacja benzynowa, spożywczak, poczta, kiosk, kawiarnia, bar z przekąskami i pewnie coś jeszcze, w jednym. I to wszystko.

Parndana

Na lunch zatrzymaliśmy w uroczej kawiarni przy Stokes Bay – spokojnej zatoce na północy wysp, gdzieś na samym środku. Było tu zupełnie inaczej niż na południu. Woda nie była aż tak wzburzona, wszystko delikatnie osłonięte od wiatru, a otaczające zatokę od strony lądu pola przypominały zwykłą, zieloną wiochę. Przez skalny labirynt przedostaliśmy się na ukrytą po drugiej stronie plażę i znów byliśmy tylko we dwoje. Można by pływać na golasa! Gdyby tylko nie padało…

Szutrową drogą, na której kurzyło się spod kół nawet w czasie deszczu, wjechaliśmy w zakątki, w które pewnie nie powinniśmy byli się ładować. Co chwilę zmuszeni byliśmy zawracać, ale… czego się nie robi dla fajnych przeżyć.

prosto do oceanu

Naszym ostatnim przystankiem była Emu Bay, gdzie strusie emu zastępowało stado pelikanów. W małej wiosce, raczej rzadko odwiedzanej przez turystów, miejscowi mieli swój raj. Długie molo, idealne na połowy ryb, plaże po której można jeździć autem usłaną tysiącem muszli i święty spokój.

Emu Bay

I kiedy w sumie stwierdziliśmy, że już nic nas nie może zachwycić, trafiliśmy na najlepszy kemping w Australii, Discovery Lagoon Camping Grounds. Przy wyschniętej lagunie, pod niskimi, powyginanymi w szalony sposób eukaliptusami, w towarzystwie kalejdoskopowych papug, czekaliśmy na popisowy zachód słońca – wreszcie się przejaśniło.

Kangaroo Island od północy

papuzie pióra

Nie tylko otoczenie, ale też całe zaplecze było w tym miejscu perfekcyjne – nowe, fajnie urządzone łazienki w blaszanym baraku, dwie kuchnie z kominkami, żeby ogrzać się podczas chłodnych wieczorów, plac zabaw tak intrygujący, że sami z niego skorzystaliśmy i to co powinno być obowiązkowe na każdym kempingu – świeże zioła w doniczkach, rozstawione tu i tam.

Sam przystojniak

Z Wyspą Kangura pożegnaliśmy się pyszną kawą na lawendowej farmie i samolotem regionalnych linii REX (to jedyny przewoźnik, która lata na Kangaroo Island) wyfrunęliśmy do Adelajdy. Pa pa!

Przeczytaj wszystkie wpisy z Wyspy Kangura:

Czy Kangaroo Island trafi na Waszą australijską listę marzeń?