O cholera! Zaspaliśmy… A miało być jeżdżenie po plaży, koła boksujące w piasku, uderzenia fal nadające tempa i adrenalina przed przypływem. W zamian za to przewracaliśmy się leniwie z boku na boku i nie mogliśmy się zebrać do wyjścia. W tę niedzielą nic nam się nie chce.

W końcu po wypiciu mocnej kawy, bez towarzystwa papug tym razem (fruwają tutaj raczej koło 8 rano, a jest już bliżej 11…), jedziemy. Kierunek na dziś – Bribie Island.

pelikany i zachód słońa

Bribie Island

Wyspa Bribie leży jakąś godzinę drogi na północ od Brisbane, i co fajne można na nią wjechać dłuuugim mostem! Dawno dawno temu było to miejsce, gdzie mieszkali Aborygeni. Dziś nie ma ich tam prawie wcale… Pozostała tylko nazwa ‚Bribie’, która pochodzi od aborygeńskiego słowa ‚Boorabee‚, które w języku aborygenów oznacza… Koala. Krótko mówiąc, Bribie Island to wyspa koali. Niestety koali tam tym razem nie spotkaliśmy, pomimo że większość wyspy do park krajobrazowy. Ale dziś wpadliśmy tylko na chwilę, następnym razem zostaniemy dłużej i będziemy szukać koali, i kangurów!

Odpalamy vana, zwanego Billy, pakujemy lodówkę z zimnymi napojami, plażowe ręczniki i ruszamy. Zanim zdążamy się znudzić jazdą, docieramy na miejsce. Jedziemy na plaże Woorim, to od strony oceanu. Wieje tak, że zrywa kapelusze, ale oprócz tego jest bajecznie. Szeroka, prawie pusta plaża, dzika przyroda wokół, ciepłe promienie słońca. Można tu spacerować godzinami. Podczas leniwego łażenia czeka na nas kilka niespodzianek np. forty obronne z II Wojny Światowej. Zabudowania na Bribie Island miały pełnić funkcję ochronną w razie ataku ze wschodu. Na szczęście do ataku nie doszło, ale bunkry pozostały. Więc, prawie cytując klasyka, „bunkry są i i tak jest zajebiście„.

Po kilku godzinach przeskakujemy na drugą stronę. Tutaj plaża nie jest już taka imponująca, ale woda i wiatr od zatoki są dużo spokojniejsze. No i w wodzie pełno ryb. Znajomi, z którymi się spotkaliśmy odpalają wędki, a my odpalamy schłodzone piwo. Tak, to jest leniwa niedziela…

Powoli zbliża się wieczór. W Queensland słońce zachodzi wcześnie, więc mamy ostatnią szansę na szybki objazd wyspy. Niestety nie wszędzie możemy wjechać, bo samochód z napędem na cztery koła jest niezbędny, ale mimo wszystko udaje nam się co nie co zobaczyć. Są domy pięknie położone nad wodą. Och, taki dom to marzenie! Wyobraź sobie, że wstajesz rano, wychodzisz na podwórko, a przed Tobą Twój własny-osobisty pomost i motorówka. Popołudnie spędzasz na przemierzaniu okolicznych wód, czując wiatr we włosach i kąpiąc się w słońcu. Bosko.

Julia i Sam

Plączemy się trochę uliczkami wśród okolicznych willi, a potem zatrzymujemy się w parku położonym nad zatoką Moreton. To stąd będziemy obserwować zachód słońca.

Na horyzoncie widać góry o przedziwnych kształtach, Glass House Mountains, nie bez powodu nazwane tak przez kapitana Cooka. Właśnie te ‚przedziwne kształty’ przypominały mu kształty, z którymi spotkał się w fabryce szkła. My kiedyś już tam byliśmy. Pamiętacie? To była jedna z naszych pierwszych wspólnych wycieczek, drugi dzień naszej znajomości, wtedy jeszcze nic nie zapowiadało romantycznego rozwoju sytuacji…

Ale dziś jest bardzo romantycznie. Słońce zachodzi otulone kolorami dojrzałej pomarańczy. Obłoki zabarwiają się na malinowo. Tylko kolor nieba można określić jako niebiesko-majtkowy, co już nie jest takie słodkie. Woda jest spokojna i pozwala, żeby feeria barw odbijała się w niej, jak w lustrze.

Nie daleko od brzegu, na piaskowym skrawku, siedzą dwa pelikany, które ze spokojem obserwują słoneczną kulę chowającą się za horyzontem.

To są pelikany australijskie. Mają najdłuższe dzioby ze wszystkich ptaków na świecie. W dziobie i worku pod dziobem mogą zmieścić do 13 litrów wody! A jak latają? Przecież są takie duże! Ich szkielety zbudowane są podobnie do plastrów miodu, więc mimo tego że pelikany są wielkie są też bardzo lekkie.

zachód słońca w Australii

Mrs and Mr Pelican spędzają romantyczne popołudnie w spokojnych wodach zatoki Moreton, Mrs Julia and Mr Sam pozwalają sobie do nich dołączyć. I tak siedzimy razem z pelikanami obserwując, jak słońce ustępuje miejsca księżycowi. To jest prawdziwa miłość. Znikać, żeby mógł pojawić się ktoś inny…

Tak mija leniwa niedziela w Queensland.