Skoczyłam. W poniedziałkowy poranek, z własnej woli, wyskoczyłam z samolotu. Trzymałam Strach za rękę. Wylądowaliśmy bezpiecznie – i on i ja.

Jak wyjść poza strefę komfortu i przeżyć

Nie należę do obozu osób odważnych, wręcz odwrotnie – ja boję raczej wszystkiego – wszystkiego co stawia mnie w przestrzeni niepewności. Bałam się skoczyć – czy jest w tym coś dziwnego? Nie, w końcu racjonalne myślenie podpowiadało mi o zagrożeniu jednej z podstawowych potrzeb życiowych – potrzeby bezpieczeństwa. Potrzeby, o którą trzeba dbać.

Byłam wstanie zrobić to tylko dlatego, że skonfrontowałam się z moich Strachem, a nie wyrzuciłam go za drzwi. Wytłumaczyłam i jemu i sobie, że to wyjście poza strefę komfortu, może nam tylko pomóc, a nie zaszkodzić.

„Zgoda na wygodę niszczy. Nie można równocześnie żyć w bezpiecznym świecie i świecie fajnych wrażeń”, ks. Jacek Stryczek.

Nie bałam się bać, ale nie pozwoliłam sobie też, żeby te obawy powstrzymały mnie od nowych doświadczeń. Skok ze spadochronem nie był czymś, o czym marzyłam, nawet nie brałam pod uwagę, że to zrobię, bo przecież… się bałam. Zresztą – na co miało mi się to przydać?

Zbiegi okoliczności jednak zaprowadziły mnie dziś do tego samolotu. Wykorzystałam okazję – wiem, że tych w życiu nie można odrzucać, bo mogą przepaść na zawsze.

Porozmawiałam ze Starchem

Ze Strachem przeprowadziliśmy rozmowę. Zrobiłam to już kilka razy w moim życiu: gdy pierwszy piekłam pączki, powiedziałam sobie – „Nie bój się, najwyżej nikt ich nie zje”, wyjeżdżając w podróż dookoła świata, upewniałam siebie samą mówiąc – „Przecież zawsze możesz zawrócić”, to samo zresztą wspominałam przeprowadzając się do Australii. Wysyłając swoją pierwszą propozycję artykułu czy scenariusza programu telewizyjnego, mówiłam, że w najgorszym wypadku szef może ją jedynie odrzucić. Dyskusja ze Strachem zajęła mi nieco dłużej, gdy nurkowałam na Wielkiej Rafie, ale wtedy też jakoś doszliśmy do kompromisu. Tak zresztą jak i dziś.

Za każdym razem Strach mi mówi: „Bój się”, a ja mu na to: „Będę, ale i tak to zrobię, bo… czemu nie? A Ty zrobisz to razem ze mną, Strachu.” Oczywiście – te dyskusje bywają niekiedy bardzo długie.

To jest właśnie to wychodzenie poza swoją strefę komfortu – jeśli marzymy o rozwoju, musimy opuścić bezpieczny port – nie da się inaczej. W każdej dziedzinie życia – jeśli nie chcemy tylko „przetrwać” – musimy ryzykować nieznanym. Siedzenie na wygodnej kanapie, nigdzie nas nie zaprowadzi, a zbyt często wpadamy w pułapkę tego: „Po co? Po co, jak jest mi stosunkowo dobrze? Po co ryzykować?”

Po co próbować nowych rzeczy, jak mamy już te sprawdzone, stare? Po co zmieniać coś, co przez lata nas uwiera, jeśli z tym uwieraniem przez tyle lat jakoś dawaliśmy sobie radę? Po co wpędzać się w dyskomfort, jeśli komfort jest taki przyjemny? A no po to, żeby czuć się szczęśliwszym.

„Życie jest zawsze tam, gdzie robimy krok do przodu i w większości robimy w nieznane”, psycholog Jacek Walkiewicz.

Z wyników wielu badań psychologicznych, m.in. Todd’a B. Kashdan’a i Roberta Biswas-Diener’a, można wyciągnąć następujący wniosek – najprzyjemniejszymi doświadczeniami, rzeczami które sprawiają nam najwięcej frajdy i dmuchają wiatrem w żagle naszego życia, są doświadczenia związanie z poczuciem zachwiania i braku stabilności. Przewrotnie – niepewność koreluje dodatnio z poczuciem szczęścia.

Żeby być spełnionym, trzeba wychodzić poza strefę komfortu

Dlaczego więc jest to takie trudne?

Bo się boimy – nic w tym dziwnego, każdy się czegoś boi. Tylko głupi ludzie się nie boją. Boimy się nieznanego, boimy się zagrożeń, boimy się możliwych konsekwencji. I, niestety dla nas samych, wolimy to, co sprawdzone. Wolimy przyzwyczajenia i nawyki i mówimy sobie, że „ten” krok dalej, może być skokiem w przepaść.

Nasz umysł chłonie to jak gąbka, taki już jest – akceptuje tezy, które sobie często powtarzamy, a potem wszystko generalizuje i odrzuca nowe pomysły. Do tych obaw dokładają się osoby z naszego otocznia – niestety nie zawsze z troski, czasem z powodu swoich własnych lęków.

Tym sposobem dochodzimy do momentu, w którym mówimy sobie: „Na wszystko przyjdzie czas”, a gdy już przychodzi, znajdujemy kolejną wymówkę i nigdy nie wystawiamy nawet nosa poza ten bezpieczny pokój zwany naszym życiem.

Szczęście ucieka nam przez mały lufcik w suficie.

Pokonując słabości i szukają nowego nie trzeba od razu skakać ze spadochronem. Chociaż… dziś sobie myślę, że powinien to zrobić każdy – w końcu spadochron jest synonimem bezpieczeństwa, czego więc się bać?

Chcesz poczuć jak to jest, gdy wychodzi się poza strefę komfortu?

Skrzyżuj ręce na piersi w pozycji zamkniętej tak, jak robisz to zazwyczaj. U mnie, lewa ręka ląduje górze, a gdy staram się je zmienić i prawą położyć wyżej  – nie czuję się zbyt wygodnie. Czemu? Bo jak mówią psycholodzy – wychodzę poza swoje obszar swoich przyzwyczajeń, robię coś inaczej. Zacznij od tych małych rzeczy. Zamień ręce. Dokonuj zmian. Zaprzyjaźniaj się ze strachem. Nie przepędzaj go – on nie ucieknie.

Oby każdy tydzień zaczynał się od tak pozytywnych doświadczeń.

 A Ty kiedy ostatnio wstałeś z wygodnej kanapy?