Kto pyta – nie błądzi. Kto pyta – dostaje odpowiedzi. Kto pyta – nawiązuje nowe znajomości. Więc warto pytać.

Brisbane podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Brisbane

Jak brzmiało pytanie, które zadałam na facebooku przed moim wyjazdem do Brisbane? „Czy znacie kogoś w Brisbane?”, tak brzmiało. No i po raz kolejny okazało się, że jestem szczęściarą. Kuzyn Berezów, z którymi spotkam się w Melbourne, miesiąc temu przeprowadził się do Brisbane. Danny jest Polakiem, ale urodził się w Australii. Jest super fajnym facetem, który zgodził się mnie przygarnąć na weekend! No więc jadę. Wsiadam w pociąg w Sydney, jest 16:00. Zamierzam trochę poobserwować świat, ale co się dzieje? Oczywiście usypiam po 2 godzinach i budzę się nad ranem w Brisbane na Roma Street Station. Minęło 15 godzin. Jest 5 rano, a Australia jest wielka.

Wrzucam jeden z moich zielonych plecaków do szafki na bagaże i ruszam w miasto. Brisbane żyje. Słońce wstało już jakiś czas temu, dzień zaczyna się tu wcześnie. Kawiarnie otwierają swoje drzwi, mieszkańcy biegają, jeżdżą na rowerach, spacerują z psami, a ja się gubię. Bez mapy, bez celu, tak jak lubię najbardziej. Najpierw między wieżowcami, do których poprzyklejane są urocze, ceglane kościółki. Potem na rzeką, piechotą przez most, robi się coraz bardziej gorąco. Czuć, że klimat w Brisbane jest inny niż w Sydney. No to w końcu inny stan, bardziej na północ, w stronę tropików. W sumie to prawie, jak inne państwo porównując wielkości do tych europejskich. Wiecie, że Australia jest sporo większa niż Europa? Widziałam w sklepie taką pocztówkę, gdzie w kształcie australijskiego kontynentu była narysowana Europa. I chyba dopiero wtedy do mnie dotarło, jaka jest olbrzymia.

Mój spacer w nieznane doprowadza mnie do południowej części miasta. Wybrzeże rzeki jest tu kapitalnie zagospodarowane. Na początku są klify, po których legalnie można się wspinać i faktycznie ludzie od rana się wspinają. Są ścieżki rowerowe, ścieżki jogingowe, siłownie na świeżym powietrzu, chodniki, ławeczki, toalety, trawniki i przystanki wodnych autobusów, które kursują równie regularnie, jak te naziemne. A potem jest plaża! Ale nie taka po prostu plaża. Ta plaża wygląda, jak nad morzem. I jest basen, który wygląda jak lazurowa zatoczka. Woda jest krystalicznie czysta, piasek najlepszy i palmy, a do tego widok na metropolię po drugiej stronie. Nieziemsko fajnie. Są kawiarenki, jakieś mini sklepiki, miejsca do grillowania. Krótko mówiąc – relaks w mieście na całego. Dalej jest bardziej kulturalnie. Muzea, galerie i biblioteki. I kładka przez rzekę dla pieszych tylko. Mega dizajnerska. Przejście nią na pewno można zaliczyć do atrakcji, a ilość kilometrów, które dziś wydeptałam to na pewno więcej niż 10. Wiecie, która już godzina?! 15:00! Pora jechać na spotkanie z Dannym.

Bilet na pociąg – 6,40. Stacja docelowa – Virgina. „I’m in the train already”. „Ok I’ll be at the station, I’m driving a white van”. „And I have two green backpacks 😉 See ya!”. To sobie pogadaliśmy. Podróż zajmuje mi, jakieś 20 minut. Znajdujemy się z Dannym bez problemu i w ciągu 3 minut docieramy do jego domku. Nawet zabudowa w okolicach Brisbane jest inna niż w Sydney! Jakaś taka bardziej wakacyjna, drewniane chatki, takie plażowo-kempingowe, papierowe. Jest trochę, jak w amerykańskich filmach. Podoba mi się.

Na kolację jedziemy do Redcliff. Mały porcik, równiutko zacumowane łódeczki, piękny zachód słońca. O 19:00 z minutami. Słońce tu wcześnie wstaje, ale też wcześnie zachodzi. Potem piwo w sportowym pubie. Można obstawiać w wyścigach koni, albo psów. Australijczycy mają fioła na punkcie wyścigów i to jest chyba taka właśnie brytyjska naleciałość. A jaki jest ulubiony sport chłopców i mężczyzn, oprócz crikieta, który jest tu aktualnie najbardziej modny? No jaki? Taki sport do uprawiania, a nie do patrzenia. Sposób na spędzanie wolnego czasu. Dwa koła, błoto, adrenalina. Jazda na motorach krosowych po bezdrożach, to jest to!  Danny należy do szczęśliwej grupy posiadaczy krosów. Wstaje w sobotę o 5 rano, ładuje motor na vana i jedzie. A ja dosypiam, piszę, posta, spaceruję, robię obiad i zastanawiam się, co robić dalej… Zbliżają się święta. Mimo 35 stopniowego upału christmasowe dekoracje, piosenki i wyjątkowy nastrój można poczuć wszędzie. W mieście wszystko jest z rozmachem i z gustem, na przedmieściach różnie bywa. Trochę śmiesznie to wygląda, trochę taka parodia – „święta w wersji ciepłej”, jakoś nie mogę się przyzwyczaić, szczególnie do zimowego Mikołaja w tropikach! Powinien tu nosić flip flopsy i bikini, a nie kurtkę z futrem! Ciekawa jestem, jak to tłumaczą dzieciom? W każdym razie, tęsknię. Byłam twardzielką, jak wyjeżdżałam. Wigilia daleko od domu, ale za to na plaży, w Australii. Jakoś to po mnie spływało. Do czasu… Jak sobie teraz pomyślę, że na Święta będę sama przy cudownej rafie koralowej w Cairns, to chce mi się płakać. Nigdy nie doceniałam Świąt tak, jak teraz, będąc daleko od rodziny. Może powinnam zmienić plany, pojechać wcześniej do Melbourne do znajomych… Może. Na szczęście Danny wraca, odpalamy grilla i zimne piwo, i nie mam za dużo czasu na rozkminki. Australijskie Barbecue w wersji mini, zaliczone.

Długo nie da się spać. Słońce grzeje mocno od samego rana. Dziś jedziemy na wycieczkę! Byczyć się na plaży. Ale na początek mały spacer po górach – Glass House Mountains. Sydney ma swoje Blue Mountains, a Brisbane swoje Glass House Mountains. Widoki są zadowalające. Pustkowia, płaski teren, lasy, pola i nagle wyrastają takie cycki, nie wiadomo skąd. I zapiera Ci dech w piersiach, jak na nie patrzysz. Tylko kangurów nie ma w okolicy, może dlatego że jest 36 stopni… Czas na plażę. Na początek Mooloolaba, miasteczko na północ od Brisbane, w połowie drogi do Noosa. Fajne, urokliwe, trochę zatłoczone, ale jest niedziela, więc wszyscy wylegli z domów. Plaża piękna, jak to w Australii, piaszczysta i szeroka, no a woda z wielkimi falami, jak to w Australii… Trzeba się przyzwyczaić. Po Mooloolaba pora na Caloundra, jest po drodze do Brisbane. Tu jest pięknie! Na horyzoncie wyspa. Ujście rzeki sprawia, że wybrzeże jest wyjątkowe. Trochę skał, płycizna, mniejsze fale, spokojniej. A na koniec Glass House Mountains w wydaniu wieczornym – powalający zachód słońca! Trochę dziko i trochę romantycznie. Dziękuję kolego z Brisbane 🙂 Wieczór mamy filmowy, australijskie kino komediowe – Big Mamma’s Boy. Nie widzieliście?

A z Brisabne jest niedaleko gdzie? Na Gold Coast! Chyba wszyscy o Gold Coast słyszeli, ja też słyszałam więc jadę. Pociągiem jakieś 1,5 godziny, 15 AUS w jedną stronę. Potem autobus na Surfers Paradise, 30 minut i wreszcie jestem. Surfers Paradise to imprezownia. Są kluby, wielkie centrum handlowe tuż przy plaży, monstrualne hotele, ale oprócz tego piękna plaża, piękny deptak no i Mikołaj w kąpielówkach z kangurami zamiast reniferów. To jest to! Spaceruję, leżę, kąpię się, spaceruję, leżę, kąpię się. Z Surfers Paradise przenoszę się na Main Beach. Tu jest nieco spokojniej, ale równie upalnie. Więc idę trochę dalej do portu i piechotą aż do miasta, a potem w drogę powrotną do Brisbane. I do garów. Obiecałam Dannemu, że dziś coś ugotuję. Ale usypiam, bo Danny wraca z pracy dopiero o północy…

Niedaleko Brisbane jest największe australijskie zoo założone przez podróżnika Stevea Irwina. Na pewno znacie go z różnych programów telewizyjnych. Kochał zwierzęta, potrafił udobruchać krokodyle i aligatory, a zabiła go płaszczka, uderzeniem ogona prosto w serce. Podobno zdarza się to niezwykle rzadko. Życie jest jednak przewrotne. Wybieram się na całodniową wycieczkę do Australia Zoo. Pociągiem ze stacji Virginia do stacji Beerwah. Stamtąd darmowy autobus do zoo. Pusty autobus i ja jedna! Dziś 35 stopni, środek tygodnia, niewiele osób ma ochotę na spacery ze zwierzętami! Ale ja mam olbrzymią! Koale, kangury, kookaburry, krokodyle, czyli australijska esencja. Coś dla mnie. Jest wspaniale. Kangury biegają wolno. Można je głaskać i karmić. Koale siedzą na eukaliptusach i śpią. Tylko jeden przebudził się chyba specjalnie dla mnie. Chcę jednego koalę do domu! Są najcudniejsze! Futerko mają trochę, jak sfilcowana wełna, a ryjki najsłodsze, wielkie nochale i uśmiechy na stałe. Moja miłość do koali rozkwita z dnia na dzień! Co jeszcze fajnego było w zoo? Karmienie słonia melonem. I w ogóle było super. Łaziłam cały dzień, a i tak nie zobaczyłam wszystkiego. Lubię chodzić do zoo. Ale lubię też zimny prysznic przy takich upałach, więc chętnie wracam do domu i znowu padam jak mucha. Danny, zobaczymy się rano.

Upał wcale nie zelżał. Promienie słoneczne przebijają się przez cieniutkie ścianki domku od 5:30 rano. To może oznaczać jedno – wczesną pobudkę. Na śniadanie jajecznica i kawa z mlekiem. Prawie, jak w  domu. Potem wylegiwanie się na kanapie, rozmowy o Polsce i Australii, o Melbourne i Brisbane, o podróżach, o pracy, o życiu. I zmienianie mojego biletu. Nie lecę do Cairns. Nie chcę być na Święta sama. Lecę do Melbourne już jutro. Niestety w moim bilecie dookoła świata zmiana miejsca odlotu, czy przylotu coś tam kosztuje w przeciwieństwie do zmiany daty, ale to koszt rzędu 500 zł. i kilkudziesięciu minut rozmów przez telefon z British Airways. Budżet musi to przeżyć. Już 15:00 Danny, pora do pracy. I ja też bym się mogła ruszyć. Jak człowiek jest w hotelu to się rusza, a jak mu jest dobrze jak w domu, to tak może leżeć bezczynnie godzinami. No ale wreszcie się ruszam. Jadę do miasta na wieczorny spacer i spotykam kogo? Nie uwierzycie….

Święta w Australii

Dokładnie o tej samej porze, co ja do miasta przyjeżdża ON – Święty Mikołaj! Taki najprawdziwszy, z reniferami! I są świąteczne piosenki, skrzaty i elfy, parada, i przedstawienie „O dwóch takich, co chcieli ukraść Święta”. Na szczęście im się nie udało. W Brisbane przygotowanie do Świąt idą pełną parą! Sklepy są otwarte dłużej, czyli do 21:00. Normalnie zamykają o 17:00. Nie tak, jak u nas że wszystko jest zawsze do 22:00. Tu na zakupy trzeba iść przed 17:00, potem jest czas dla rodziny i dla siebie. Tylko w czwartki i piątki, no i w tym przedświątecznym czasie trzeba pracować dłużej. Jakoś nie czuć tu takiego wyścigu szczurów, nie każdy chce wyglądać jak z wybiegu, nie każdy chce mieć najlepszy samochód, ale prawie każdy chce być szczęśliwy i robi coś w tym kierunku, a nie tylko czeka aż los coś dla niego przygotuje. I to mi się w Australii podoba. Jest niby bardzo nowoczesna, dobrze rozwinięta, ale z drugiej strony czas jakby się tu zatrzymał. Nie wiem, jak mam Wam to wytłumaczyć… Tu chyba trzeba przyjechać, żeby to zrozumieć. Przyjechać? Że co, że niby za daleko i Australia jest na końcu świata? Gówno prawda. Australia nie jest a końcu świata i naprawdę jest osiągalna. Więc jeśli komuś z Was się marzy to do roboty – realizować marzenia! W końcu od tego są.

Powietrze jest ciężkie. Chyba zanosi się na burzę. Trochę strach, bo w Brisbane burze bywają tropikalne. Na szczęście nie ta.

To moja ostatnia noc w Queensland. Trwa do 04:30 rano. Zimne piwo, oglądanie głupich filmików na youtubie, polska muzyka, od hip hopu w wydaniu Tedego, przez Poparzonych Kawą, po Niemena. Totalny przekrój. I ciąg dalszy rozmów z Dannym. Fajne są takie chwile.

No ale czas powiedzieć „pa pa”. Pa pa Brisbane. Z Dannym jeszcze się spotkamy. I Wy też się spotkacie.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.