Dzisiaj wylatujemy do Japonii! Na kilka dni, na śnieg, na sushi i na spotkanie, którego na pewno nie udałoby nam się zaplanować, jakbyśmy chcieli. 

LECIMY DO JAPONII

Zastanawialiśmy się przez chwilę, co wybrać. Czy Nową Kaledonię, czy Vanuatu. Zachciało nam się po ludzku ‚na wakacje’, na chwilę chociaż, odpocząć. Bo nie wiem, czy uwierzycie, ale w Australii też człowieka czasem dopada tzw. codzienność.

Najpierw w wyścigu prowadziła Nowa Kaledonia, potem za sprawą jednego filmiku i jednego tekstu, na prowadzenie wyszło Vanuatu, ale… jedziemy do Japonii! Ostateczna decyzja zapadła kilka godzin temu, a wylatujemy… jutro rano. Jak to możliwe? Zaraz Wam wyjaśnię, ale najpierw o moich największym, podróżniczym marzeniu.

O Japonii myśłałam od… zawsze. Zanim w ogóle zaczęłam, gdzieś jeździć i podróżować, marzyłam, żeby trafić do Kraju Kwitnącej Wiśni. Skąd to marzenie? Nie wiem. Ktoś mi widocznie, kiedyś coś opowiedział, ktoś pokazał, jakieś zdjęcia, czy film, zupełnie nie pamiętam, ale zaszczepił we mnie japońskie ziarenko. To marzenie nie zamieniło się w pasję, obsesyjnie nie czytałam o Japonii, marzenie trafiło na półkę i czekało na realizację.

A potem, gdy przeprowadziłam się do Australii, okazało się, że Japonia to nie tylko kimona, kwitnące wiśnie i sushi, ale też najlepszy śnieg na świecie i jedna z ulubionych zimowych destynacji Australijczyków. Sam, przez ostatnie dwa lata, intensywnie torturował mnie zdjęciami ze swojej japońskiej wycieczki, obiecując oczywiście, że kiedyś tam pojedziemy.

Ale ja już kilka razy w swoim życiu ustawiałam się w blokach startowych do Japonii i zawsze kończyło się faul startem. Więc tym razem podeszłam, a właściwie podeszliśmy, do tematu na totalnym luzie. Co będzie, to będzie. O Japonii pomyśleliśmy pierwszy raz w ubiegły czwartek, u nas już jest wtorek i od jakiś czterech godzin wiemy, że dzisiaj, za kilka godzin, wsiadamy w samolot do Tokio!

Jak to możliwe? Kiedyś już Wam o tym wspominałam – mamy to szczęście, że wszystko wokół sprzyja realizowaniu naszej największej pasji, jaką są podróże, a my te okoliczności staramy się wykorzystywać. Przede wszystkim to praca Sama. Czym się zajmuje? Samolotami. Pracuje w liniach lotniczych i dzięki temu nie musimy (a nawet nie możemy) kupować biletów lotniczych z wyprzedzeniem, więc i planowanie wakacji – odpada. No a ja jestem freelancerem, więc przed zbliżającym się sporym projektem, też mogę się się wyrwać. Oczywiście, pewnie nie każdy chciałby z dnia na dzień organizować się na wyjazd i rzucać wszystkie inne zobowiązanie, ale my to uwielbiamy. Spontaniczność. Reszta nie ucieknie. Poczeka. A nasze plany i tak zazwyczaj nie mają zakończenia…

Godzinę temu zarezerwowałam pierwszy nocleg, nie przeczytałam żadnego przewodnika, podpytałam o wskazówki Karolinę, Dagmarę i Agę, przejrzałam na szybko kilka blogów i stron. Jesteśmy totalnie nieprzygotowani, a ostateczny plan wycieczki zapada właśnie teraz. O zgrozo, pomyślą niektórzy.

Rano lecimy do Tokio, na lotnisku ładujemy się w pociąg i jedziemy w góry, do Nagano. Docieramy o północy, padamy na twarz, a rano rozglądamy się po okolicy. Potem, na kilka dni, zakopujemy się w śniegu po pachy, w Hakubie i marzniemy (och zimo, nawet nie wiesz, jak za Tobą tęsknię). Kończymy w Tokio. Mamy na liście kilka chyba fajnych miejsc, ale przede wszystkich spotkań, których nie możemy się doczekać. A na wszystko mamy tydzień. Będziemy szybko i powoli jednocześnie.

No i co? Zaskoczeni tak samo, jak my? Życzcie nam powodzenia, a my obiecujemy ciekawą relację.

P.S. Wszystkie wskazówki mile widziane 🙂

P.S. 2. Chcę już sushi na śniadanie. I chcę, żeby zakwitły wiśnie (wiem, wiem, trochę za wcześnie, ale teraz podobno kwitną śliwy, które są równie piękne).

P.S. 3. Nie pomyślcie sobie, że jesteśmy totalnymi wariatami.

Do usłyszenia z Japonii! Julia i Sam.