Wiecie, co najbardziej lubię w pisaniu tego bloga? To, że piszę go od serca, całkiem szczerze, bez naciągania i ściemniania, a Wam się to podoba i jesteście równie szczerzy ze mną! Dzięki temu czuję się, jakbyśmy siedzieli razem przy stole, popijali zimne wino i wzajemnie opowiadali sobie niezwykłe historie, a nie jakbym siedziała przed komputerem i wklepywała tekst literka po literce. Nikt nikogo do niczego nie zmusza, nikt niczego od nikogo nie oczekuje – po prostu się wzajemnie słuchamy. Czuję, że mogę się z Wami dzielić tym, co przeżywam, ale najfajniejsze jest to że Wy chcecie się dzielić ze mną swoimi przeżyciami.

Więc dziś podzielę się z Wami tym, czy Ada podzieliła się ze mną. Czemu? Bo to, co napisała jest super motywujące, a motywacji w życiu (szczególnie tej do podróży) nigdy za wiele. Dziś Ada z chłopakiem latają po świecie i piszą o tym na blogu BEZ KALENDARZA.

Wiadomość od Ady

„Właśnie napisałam maila do Pana Tomka (Pan Tomek to ten Pan z British Airways, który układał mój bilet dookoła świata – dopisek autora) i czekam na odpowiedź. […] To jest jakieś szaleństwo, mamy koniec stycznia, a przecież dopiero co się zaczął, a to oznacza że mam już 1/20 czasu oczekiwania za sobą 🙂 Mam ogromną ochotę opowiedzieć Ci trochę o sobie. Może dlatego, że ludzie dookoła nie dają mi możliwości wypuszczenia energii związanej z wyjazdem? Nie wiem, w każdym razie bardzo się cieszę, że jestem już na etapie organizacji. I mimo, że pomysł ”JEDZIEMY!” wpadł do głowy na początku grudnia, to od tamtej pory strasznie dużo zmieniło się w głowach (popatrz, nawet nie zdążyliśmy wyjechać…).

Jestem fotografką, może to duże słowo bo bardziej z pasji niż wykształcenia (niestety każda szkoła jaką zaczynałam kończyła się po połowie semestru). Jakoś wszystko, co jest schematyczne i rutynowe zawsze mnie odrzucało. W każdym razie, przez całe lata kochałam fotografować modę, czytałam Vogue’a i inne pisma kobiece. Jednak coś mnie tam zawsze drapało pod piersią, coś zawsze gryzło i mówiło: ”Ada, to nie ta mapa..”.

W lipcu 2012 poznałam chłopaka, który sprawił, że mój świat zaczął pachnieć inaczej i wyglądać piękniej. Przypadek chciał, że Grzesiek pracuje w liniach lotniczych i codziennie lata po świecie. W momencie, kiedy go poznałam panicznie bałam się latać. Miałam już kilka wakacji za sobą, ale każde kolejne był coraz bardziej stresujące ze względu na lot. Z tego powodu, kiedy zapragnęłam jechać do Włoch z mamą, nie wybrałyśmy opcji 2h samolotem, a 2 dni pociągiem. Swoją drogą teraz nie zamieniłabym tego wypadu na nic innego, bo przygód jakie miałyśmy nie zliczę! Trochę zboczyłam z tematu.

Stopniowo zaczęłam przełamywać swój lęk przed lataniem, kiedy okazało się jak wiele możliwości na zobaczenie nowych miejsc mam przez pracę Grześka. Po kilku latach bez latania, 14h na Dominikanę było dla mnie największym przeżyciem świata! Nie dość, że tyle godzin w powietrzu, to jeszcze ‚Halo! Dziewczyno, przekraczasz Atlantyk!’, a dopiero co bałaś się polecieć do Rzymu, gdzie potencjalnie jesteś w stanie dostać się na rowerze…

I stało się. Strach znikał. Powoli, ale znikał. Już na samych dominikańskich wakacjach leżałam na plaży rozmarzona na temat miejsc, jakie mogę zobaczyć dzięki wyleczeniu się ze swojej głupiej fobii. Padło słowo ‚U.S.A.’ Było kilka dni pomysłów, planowania, zajawki. Ale wróciliśmy do domu, do obowiązków i plany się rozmyły.

Nadal robiłam swoje zdjęcia mody, nadal jadłam na śniadanie jajecznicę i nadal jeździłam tymi samymi autobusami. I najdziwniejsze jest to, że przecież mam cudowne życie, że robimy razem tyle fajnych akcji, jeździmy rowerami po nocy z termosem herbaty w plecaku, jadąc na zakupy do centrum spontanicznie wbiegamy do pociągu do Krakowa i jedziemy, nie myśląc o tym że jutro trzeba iść do pracy – coś się wymyśli. I niby jest cudownie, niby ciągle coś się dzieje, ale.. ale zawsze budzę się w tym samym łóżku i w tym samym się kładę.

Ale każdy przejaw rutyny, która podstępnie skrada się pod drzwiami naszego mieszkania, jest szybko gaszony przeze mnie. Nie ważne, czy nagle zmieniam wszystkie obrazy wiszące na ścianach, czy nagle zdejmuję pościel z łóżka i postanawiam, że dzisiejszą noc spędzamy na podłodze w salonie oglądając 10 filmów, aż padniemy.

Pod koniec listopada polecieliśmy do Gambii. Jeszcze tydzień przed wylotem nie miałam pojęcia o istnieniu tego państwa. Grzesiek musiał tam lecieć, bo pracuje w liniach, zabrał mnie ze sobą i tak oto spędziliśmy ostatnie jesienne dni w stolicy olbrzymiej biedy i brudnej wody. Nie były to wakacje marzeń, nie było wycieczek z plecakiem wgłąb państwa, nie było próbowania straganowego lokalnego jedzenia. Było za to siedem dni leżenia nad hotelowym basenem, a co za tym idzie potworna nuda. Postanowiliśmy na własną rękę, zorganizowaliśmy małe safari i odwiedziny w miejscowej szkole, gdzie dzieciaki na oczy nie widziały czegoś takiego jak zeszyt czy długopis. Tak się złożyło, że jeden znajomy będący tam z nami był tam już tydzień wcześniej i zorganizował zbiórkę drobiazgów. Przywieźliśmy cztery walizki długopisów, zeszytów, kredek. Nawet nie będę opisywać jakie to uczucie, kiedy kilkuletni maluch zjada gumkę do ścierania, bo nie wie co to jest…

Wtedy mnie trafiło. Ze łzami w oczach stałam z boku i widziałam dzieci, które pomimo olbrzymiej biedy są szczęśliwe. Bawiły się z nami, przepychały przed obiektywami krzycząc ”ja! ja! patrz na mnie!”. I to właśnie wtedy, mimo, że burczało mi w brzuchu, byłam cała brudna, spocona i zakurzona, to wtedy czułam się najlepiej. Wtedy czułam się wolna, chyba tak wolna jak nigdy w życiu. Nie w basenie z drinkiem w ręku, nie na leżaku. W tej biednej, afrykańskiej szkole. Poczułam, że czas stoi teraz w miejscu. Że moja czerwona gęba spalona słońcem i podpuchnięte z braku snu powieki nikogo tutaj nie ruszają. To było cudowne 5 minut wieczności spędzone pod drzewem. Stałam tak oparta i patrzyłam jak 120 dzieciaków wymienia się kredkami i ołówkami. Wracaliśmy furgonetką bez dachu i ścian, na pace. Przewiało nas, mieliśmy chore uszy i bolały nas głowy. I wtedy, kiedy weszliśmy do pokoju, usiedliśmy oboje w wannie i zaczęliśmy zmywać z siebie kurz, spojrzeliśmy na siebie i stwierdziliśmy: ”pieprzyć to, jedziemy zobaczyć świat”.

Wróciłam do Polski inna. Przestały interesować mnie babskie pisemka, malowanie paznokci czy zakupy. Każdą bluzkę widzianą w sklepowej witrynie przeliczam na to, ile obiadów możemy za nią zjeść w Malezji, każda impreza na którą nie idziemy, sieciówkowa kawa, której nie wypijemy na mieście. Ja wiem, że to zrobimy. Na razie odkładamy, to co możemy, kiedy deadline będzie blisko, wtedy sprzedamy wszystko co będzie trzeba, żeby pojechać. Bo ja chcę próbować tych wszystkich przydrożnych smakołyków, patrzeć w nowe oczy i być – tak jak Ty – wiecznie opalona 🙂

Musiałam Ci to napisać, bo mimo że się nie znamy i nie miałyśmy nawet okazji dobrze porozmawiać, to czuje jakąś bliskość z Tobą. Kiedy przychodzą chwile zwątpienia, bo nie ukrywam że to się czasem zdarza, wtedy odpalam Twojego bloga. Właśnie oglądałam Pytanie na Śniadanie, w którym byłaś przed wyjazdem. Pomyślałam sobie: „Boże, ona nawet nie wie, że ta jedna z kilku czarnych kropek na globusie to jej nowy dom”. Fajnie, że są tacy ludzie.

Rutyna, znasz to słowo w ogóle? 🙂

Pozdrawiam Cię mocno i ściskam, pozdrawiam również Sama i życzę Wam fajnych spontanów i tego polskiego sernika w Australii! I słuchaj Julia, do zobaczenia w Australii, wiesz? Bo jednym z moich ‚do zrobienia w 2014’ jest ‚meet Juli’. Ada.”

Ada – trzymam kciuki za Wasz wyjazd w świat! No i do zobaczenia 🙂 Bo Ty też jesteś teraz na mojej liście w 2014 roku…

No i to by było na tyle. Fajna ta Ada, co nie? Zaglądajcie na jej bloga, bo w podroż już wyjechała: BEZ KALENDARZA

A może Ty też zamierzasz wywrócić swoje życie do góry nogami i chciałbyś o tym opowiedzieć?

Jeśli podobała Ci się ta wiadomość – zostaw komentarz. Albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło… i Adzie też 🙂 Julia.