Na szczęście nadal są na świecie miejsca, które zaskakują. I to nie tylko przyrodą, czy architekturą, ale nietypowym trybem życia. Są takie miejsca, które zgodnie z logiką, a czasem też zgodnie z prawem nie powinny egzystować. A jednak… Egzystują i nie zamierzają przestać.

Droga do Nimbin

Spędziliśmy kilka dni w Byron Bay. Trochę padało, trochę nie padało. Trochę byliśmy na plaży, a trochę byliśmy w kinie. Trochę nam się podobało, a nawet bardzo nam się podobało! Byron Bay , czyli niewielkie australijskie miasteczko położone na północy Nowej Południowej Walii jest super urocze. O naszej wycieczce do Byron możecie przeczytać tutaj i w sumie to tam powinniście zacząć, bo teraz nastąpi ciąg dalszy. 

Zrywamy się bladym świtem i opuszczamy urocze Byron Bay. Pora wracać do domu, a po drodze jeszcze tyle do zobaczenia! Oo. Trochę nam burczy w brzuchach. Chyba przydałoby się jakieś śniadanie… Samek upiera się, żeby zjeść w mieście, ale ja się upieram bardziej, żeby zjeść w innym mieście. Zgadnijcie, kto wygrał? Ruszamy w stronę Bangalow. Za jakieś 30 minut powinniśmy być na miejscu. Oby, bo bo okazuje się, że przysłowie „Głodny Polak, to zły Polak” dotyczy też wariantu Polish Ozzie… Nie odzywamy się do siebie całą drogę. Ja się gapię przez lewo okno, a Samek na szczęście przez to z przodu. Inaczej moglibyśmy wylądować w krzakach…

Bangalow to malutkie, dość stare miasteczko położone jakieś 170 km. od Brisbane. Od jakiegoś czasu jest dość popularne wśród turystów odwiedzających okolicę, ale nadal daleko mu w tej popularności do Byron na przykład. Główna ulica Bangalow to zabytkowe budynki, a w nich fajne knajpy i nowoczesne kawiarnie. Ok, podoba nam się.

Na śniadanie trafiamy to miejsca zwanego Town Cafe&Restaurant. Świetne wnętrze, pachnie dobrze parzoną kawą, podają pysznie wyglądajądze jedzenie i ludzi pełno. To był doskonały wybór! Już się na siebie nie gniewamy. Wreszcie przestaliśmy być głodni. Zgadzamy się, że warto było z tym śniadaniem poczekać.

Pora ruszać dalej. Kierujemy się na Nimbin, zbaczając z trasy co jakiś czas. Krajoobrazy piękne. Niewiadomo, gdzie patrzeć. I co chwilę coś zaskakującego. Ej, tam był znak na jakieś wodospady! Zawracamy? Zawracamy, skręcamy w lewo i teraz to totalnie nie wiemy, gdzie jedziemy. Ale czy tak nie jest najfajniej? Dobre 20 minut spędzamy na drodze o wątpliwej nawierzchni, która pnie się coraz bardziej w górę. Powietrze robi się wilgotne, roślinność bardziej zielona. Tak – na szczycie góry zaczynają się lasy deszczowe. Zatrzymujemy się w Terania Creek Picnic Area, stąd czeka nas 15 minutowy spacer na wodospady Protesters. No to idziemy.

Protesters Falls leżą w Parku Narodowym , wśród sędziwych lasów deszczowym Nowej Południowej Walii. Ścieżka prowadząca do wodospadów jest przygotowana perfekcyjnie. Potem tylko skok po trzech kamieniach i jesteśmy! To mój pierwszy australijski wodospad. Generalnie dużo wodospadów w życiu nie widziałam, więc znowu się cieszę, jak mała dziewczynka. Do czasu, jak do mojej bezbronnej łydki przyczepia się mała pijawka. Fuu! Na szczęście odczepiam ją, zanim przyczepiła się na dobre. Obeszło się bez rozlewu krwi.

I wracamy. Znowu skok przez trzy kamienie – raz, dwa, trzy i… Ale co to? Wielki, niebieski jak niebo homar? „That’s a toy”, mówi Sam. Po chwili okazuje się, że „That’s is not a toy” bo dość sprawnie się porusza i wskakuje do wody. Poznajcie Giant Blue Freshwater Crayfish.

Jedziemy dalej, znowu w kierunku Nimbin, hipisowskiego miasteczka, które chyba nie powinno istnieć Czemu? A no temu, że wszyscy jarają tam trawkę, a jaranie trawki jest w Australii nielegalne. Austin Pick napisał o Nimbin tak i trudno się z nim nie zgodzić:  

„It is as if a smoky avenue of Amsterdam has been placed in the middle of the mountains behind frontier-style building facades. Nimbin is a strange place indeed.” 

W okolicach Nimbin dzieją się dziwne rzeczy. Są dziwnie skrzynki na listy (o których już Wam trochę tutaj opowiadałam) i są np. wielbłądy. Tak. Wielbłądy. Nie koale. Nie kangury. Tylko garbaci przybysze z Egiptu. My nie jaraliśmy. Ten wielbłąd naprawdę tam był i to nie jeden, chociaż sama przez chwilę nie wierzyłam…

A to, co się dzieje w Nimbin przekracza moje najśmielsze oczekiwania! Nimbin leży jakieś 70 km. od Byron Bay i opisywane jest przez media, jako „narkotykowa stolica Australii„. Wszędzie tęczowe budynki. Wszędzie happy herbs. Wszędzie dredy i pacyfki. I wszędzie pachnie marihuaną.

Spacerujemy i podziwiamy, zbierając co i rusz własne szczęki z chodnika. Najwięcej mamy do zbierania, jak niepozorna babuleńka około osiemdziesiątki proponuje nam ciasteczka z marihuaną. WTF? Co się tu dzieje? Co to za miejsce? Czy my na pewno nadal jesteśmy w poukładanej Australii?! Jesteśmy. Naprawdę. I Wy też powinniście tu przyjechać, bo to jest miejsce z serii: „musisz tu być, żeby to poczuć”.

Spędzamy w Nimbin urocze i bardzo wyluzowane dwie godziny, zwiedzamy sklepiki pełne fajek wodnych i niewodnych, kolorowych podkoszulek, magicznych olejków, kapeluszy, medalionów i haseł nawołujących do legalizacji marihuany. Wpadamy do Hemp Embassy i do Nimbin Museum, żeby dowiedzieć się coś więcej o tym dziwnych miasteczku. A potem popijamy kawkę i się relaksujemy przy muzyce na żywo w Rainbow Cafe. I chyba jesteśmy jedynymi nie zjaranymi ludźmy w okolicy.

Ale Nimbin to nie tylko jointy szanowni czytelnicy. To cała masa aborygeńskiej kultury. To tryb życia zgodny z naturą, warzywa hodowane w ogródku, owoce prosto z drzewa, uśmiechy i wzajemne wsparcie, radość i jeszcze więcej radości, inność w dobrym tego słowa znaczeniu. Będąc tam czujesz, że żyjesz. Że to Twoje życie nie ucieka. Cieszysz się tym, co masz, robisz to co lubisz. Jesteś po prostu szczęśliwy!