Jak najlepiej zwiedzać Australię? Kamperem! A najlepiej za kilka dolarów dziennie. Można nim jechać w tropiki.

Road Trip Brisbane – Carins

Nie planowaliśmy tej podróży. Pomysł pojawił się dość niespodziewanie. Sylwestra mieliśmy spędzić w Melbourne (wspominając, gdzie wszystko się zaczęło), ale… spędziliśmy go na kempingu w Airlie Beach, w drodze do Cairns.

Rano dzwoni telefon. „Jest kamper z Brisbane do Cairns na 4 dni, za 5 dolarów dziennie. Chcecie jechać?”, pyta brat Sama. Patrzymy na siebie porozumiewawczym wzrokiem, zapada cisza. Długo nie trzeba czekać na odpowiedź. Jasne, że tak! Jedziemy! Mamy 4 dni, 1800 km, sześcioosobowy dom na kółkach i kilka nowych miejsc do odkrycia na trasie. To nasza druga relokacja w ciągu 12 miesięcy (o pierwszej, z Broome do Darwin, napiszę Wam niedługo) i świetne zakończenie roku. Bo cóż może być lepszego dla podróżnika niż kolejna podróż?

Julia i Sam w Airlie Beach

Relokacje kamperów to jeden z fajniejszych sposobów na budżetowe zwiedzanie Australii. W skrócie, polegają na przestawianiu auta z punktu B do A za niewielkie kwoty, w określonych przez firmę terminach. Na przykładzie naszej relokacji: ktoś wypożyczył sobie kampera na kilka tygodniu w Cairns i oddał go w Brisbane, a teraz ktoś inny musi tego kampera do Cairns odwieźć.  Ze względu na wielkie odległości i olbrzymią popularność samochodowych wycieczek w Australii, firmom bardziej opłaca się wynajmować auta za grosze tym, którzy chcą spontanicznie podróżować/ akurat muszą się przemieścić w dane miejsce, niż zatrudniać kierowców. Jest kilka stron, na których można szukać relokacji, np. ImoovaTransefcar, albo bezpośrednio w wypożyczalni (tak, jak my w Apollo), ale o tym dokładnie innym razem. W sumie mamy za sobą trzy takie akcje, pierwszą w Nowej Zelandii, drugą w Tasmanii, trzecią na odludziu Australii Zachodniej, ta będzie czwarta. Na pewno nie ostatnia.

Apollo kamper

WYCIECZKA Z BRISBANE DO CAIRNS

Z domu wyjeżdżamy we wtorek przed południem. Jedziemy w szóstkę, wieeeelkim kamperem, największym z największych! Są trzy dwuosobowe łóżka, jedno z tyłu, jedno z przodu na górze, jedno na środku na dole. Jest w pełni wyposażona kuchnia i łazienka z kibelkiem i prysznicem. A kolory wnętrza przypominają trochę te z polskich pociągów – są rude, śmierdzące zasłony na oknach i zgniło-zielone obicie średnio-wygodnych foteli. Z tyłu buja i trzęsie, jak w kiepskim autobusie. Ale pozytywnych wrażeń dostarcza zmieniający się za oknem krajobraz. Czasami.

Wyjechanie z Brisbane zajmuje nam chwilę, bo chyba nie tylko my mamy kempingowe plany na Sylwestra. Spędzanie go w terenie to to, co Australijczycy lubią najbardziej! Jedziemy więc w korku, powoli, grzecznie, jeden za drugim. Wycieraczki niezgrabnie przecierają oplutą przez deszcz szybę, bo pora deszczowa przez ostatnie kilka dni daje się we znaki. Generalnie grudzień, styczeń, luty to najgorsze miesiące, żeby jechać na północ Australii i na rafę. Nie dość, że jest upalnie, to pada i jest bardzo duszno. Wiele miejsc jest pozalewanych, a woda w Morzu Koralowym może być bardzo mętna. Do tego, to okres płodny parzących meduz, kąpiel w ich towarzystwie może się skończyć tragicznie.

Uwaga na meduzy

Gdy korek się rozluźnia, od razu robi się przyjemniej. Tym razem omijamy Sunshine Coast, bo tu możemy wpaść na weekend, ale jeśli Wy będziecie tędy jechać, zatrzymajcie się na kilku plażach w drodze do Noosa, zobaczcie Glasshouse Mountains i odbijcie do Harvey Bay, żeby zaliczyć wycieczkę na Fraser Island.

My gnamy na północ, Bruce Highway, jedziemy przez zielone plantacje sosen, rozległe tereny porośnięte ananasami i przez pola trzciny cukrowej, aż do miejscowości Bundarberg, gdzie produkowany jest najbardziej znany australijski rum, Bundaberg Rum. Deszcz nas nie oszczędza.

MIASTO 1770 & AGNES WATER

Z Budnaberg odbijamy w stronę wybrzeża i wreszcie po przejechaniu z Brisbane ponad 500 km docieramy do miasteczka 1770, czyli pierwszego miejsca w Queensland, do którego dotarł, odkrywając Australię w 1770 roku, Capitan Cook.

1770

Miasteczko leży na cypelku, po jednej stronie jest ocean, po drugiej rzeka, a przez środek wiedzcie jedna wąska droga. Trochę, jak na naszym Półwyspie Helskim, ale inaczej 🙂 Można stąd spokojnie ruszyć na rafę, popłynąć na małe wyspy, albo tak jak my – spacerować do wieczora. Szczególnie przy takim zachodzie słońca…

Zachód słońca w Agnes Water

Na końcu półwyspu jest punkt widokowy. Krótka wycieczka przez tropikalny las i jesteś na końcu świata. Po prawej rozlewają się granatowe wody oceanu, gdzieś w oddali widać małe zielone wysepki, na dole skały i dzika plaża, a po lewej rozlewisko rzeki i dziesiątki motorówek.

Na noc zatrzymujemy się na kempingu przy plaży w położonej kilka kilometrów wcześniej miejscowości Agnes Water, $6 za noc za osobę. Mamy szczęście, bo wszystkie inne miejsca noclegowe, tzw. caravan parks, pękają w szwach i są dużo droższe (w Australii zawsze caravan parks są droższe od kempingów, ale mają więcej wygód, a na kempingach często jedyne co jest, to wychodek).

Zrywamy się wcześnie rano, jest 31 grudnia, upał nie pozwala spać. I jedziemy dalej, 700 km na północ, aż do Airlie Beach, gdzie chcemy wypić noworocznego szampana.

Droga do Airlie Beach jest na początku długa i nudna. Krajobraz nie zmienia się zbyt diametralnie. Jest dość sucho, pada wyraźnie mniej. Co chwilę widać zadymione pola i rozprzestrzeniające się, na szczęście niegroźnie pożary. Albo później zaczynają się największe w Australii plantacje trzciny cukrowej. Jest trochę, jak na kubańskich bezdrożach.

w trzcnie cukrowej

Wzdłuż głównej drogi (nie myślcie sobie, że to dwupasmowa autostrada; droga, jak zresztą większość w Australlii, jest jednopasmowa i raczej dziurawa; my, Polacy, już byśmy się na taką buntowali) biegną tory kolejowe, a po torach jadą długie na kilometr, załadowane po brzegi, pociągi z węglem. Tu dum, tu dum, tu dum. Przywołuje mi to na myśl moje dzieciństwo, mieszkaliśmy tuż przy torach w Milanówku, do pociągowych hałasów można było przywyknąć, ale do towarowego nie. Nie raz stałam w oknie i liczyłam wagony. Dziś robię to samo, z okna samochodu. Jeden, dwa, piętnaście, dwadzieścia jeden…

Droga do Cairns

ROCKHAMPTOM

Długą trasę przerywamy sobie przystankiem na lunch w miasteczku Rockhampton, czyli w australijskiej stolicy wołowiny. Wybieramy polecany na Tripadvisor, Great Western Hotel (niech Was nie zmyli nazwa ‘hotel’, bo w Australii ‘hotel’ to nie koniecznie miejsce, gdzie można spać, ale na pewno można się tu napić piwa i pograć w pokera). Miejsce wygląda dosłownie, jak pub z dzikiego zachodu. Pachnie starym drewnem i rozlanym piwem, na ścianach wiszą krowie trofea, na tyłach knajpy odbywają się dzikie rodea. YyyyyhaAAA!

Rockhampton

AIRLIE BEACH

Gdy pod wieczór, po całym dniu jazdy, docieramy wreszcie do Airlie Beach, nogi trochę nam się rozjeżdżają. Jakimś cudem udaje nam się znaleźć miejsce w całkiem fajnym caravan-park, The Seabreeze Park, skąd piechotą, wzdłuż wody, można dojść do miasteczka. Tak też robimy, bierzemy szampana pod pachę i drepczemy te 2 kilometry w jedną stronę. Na ostatnią kolację roku wsuwamy kebaba („On był dobry”, mówi Sam), a potem na plaży oglądamy fajerwerki. Jest fajnie. Happy New Year!

Fajerwerki w Airlie Beach

Trzeciego dnia dajemy sobie trochę więcej luzu. Ileż można pędzić i pędzić?! Z rana jedziemy do pobliskiego Shute Harbour, skąd przepięknie widać rozległe wyspy należące do Whitsundays. Raj, co nie?

widok na Whitsundays

Na Whitsundays tym razem nie wypływamy, ale mamy to w planach na 2015 rok, więc szykujcie kapoki. Tym razem siadamy na szczycie góry, tuż nad portem, i delektujemy się dojrzałym mango. Sok leje się nam po łokciach, słońce praży, a widoki zachwycają. Pierwszy stycznia, idealny.

Whitsundays

Po tym, jakże bajkowym doświadczeniu, wracamy do Airlie i lenimy się na miejskich basenach (podobnych do tych, jakie mamy w Brisbane), popijając popołudniową kawę.

BOWEN I WIELKIEGO MANGO

A potem jedziemy do Bowen, miasteczka znanego z… Wielkiego Mango! Tak, tak, moi drodzy, z Wielkiego Mango. To kolejny australijski egzemplarz z kolekcji dużych rzeczy. Czemu jest akurat tu? No bo, tu rosną drzewa mango! Taka prosta odpowiedź 🙂 I te mango z Bowem są wyśmienite.

Wielkie mango

Niczego sobie są też w Bowem krajobrazy, chociaż miasteczko wydaje się być na wymarciu. I dalej znowu jedziemy przez pola trzciny cukrowej, przez małe wiochy, gdzie oprócz obowiązkowego pubu nie ma zbyt wiele. Czasem tory kolejki, obsługujących plantacje, przecinają nam drogę, czasem mija nas inny samochód, a czasem nie dzieje się nic.

szukając kempingu

PALUMA RANGE NATIONAL PARK

Początkowo mieliśmy plan zatrzymać się dziś w Townsville, ale plan, jak to plany mają w zwyczaju, uległ zmianie. Po raz kolejny, przy wyborze noclegu, wsparliśmy się najlepszą kempingową aplikacją w Australii – Wiki Camps i postanowiliśmy zatrzymać się w http://www.apollocamper.com, niedaleko, na północ od miasta. Śpimy w środku lasu, otoczeni przez tysiące cykających cykadach i tysiące komarów. Jest cicho, spokojnie i duszno! Pogodo, nie masz dla nas litości! Wyobraźcie sobie, ciężko jest spać w aucie, w sześć osób, gdy za oknem trochę pada i jest ponad 28 stopni. Brak tlenu! No, ale.. życie. Dzień rozpoczynamy kąpielą w pobliskich źródłach. Jest rześko i przyjemnie!

źródła w parku

ETTY BAY

Na ostatnim odcinku naszej super-szybkiej trasy robimy sobie jeden przystanek. Nie bez powodu wybieramy Etty Bay, które leży dość blisko Carins. To tu można podobno spotkać dzikie kazuary. Postawiamy sprawdzić swoje szczęście.

„Stop! Stop! Otwieraj drzwi! Kazuarrrrrr!!!”, wydarłam się wniebogłosy i wyskoczyłam z kampera, jak poparzona. Tak, jesteśmy szczęściarzami.

Kazuar w Etty Bay

Na uroczej plaży, z kąpieliskiem wydzielonym od wstrętnych meduz, spaceruje – on (albo ona, kto to wie). Dostojnie, powolnym krokiem, zerkając obojętnie na podnieconych turystów. Kazuar to przedziwny ptak, przypominający nieco strusia, ale strusiem nie będący. Na głowie ma niebieski hełm, a jego wielkie łapy przypominają łapy dinozaura Występuje w Australii i Nowej Gwinei, ale raczej rzadko kiedy dzieli terytorium z człowiekiem. Tu, w Etty Bay, kazuary i ludzie, jakoś się dogadali i żyją w zgodzie, nie wchodząc sobie w drogę. Bo trzeba pamiętać, że kazuar to groźny zwierz! Wkurzony, potrafi rozszarpać człowieka na strzępy. Ale tu przyjaźni się i z ludźmi i z wielkimi jaszczurami też…

jaszczur

Etty Bay to zdecydowanie miasteczko warte zachodu i chętnie zostalibyśmy na dłużej, ale goni nas czas. I deszcz. Ostatni odcinek drogi do Cairns, przepływamy niemalże między plantacjami bananów. Ktoś tam na górze chyba delikatnie wcisnął przycisk ‘pora deszczowa’.

pora deszczowa w QLD

Ale i tak jest pięknie. Na pewno tu wrócimy! Szczególnie pięknie jest właśnie między Townsville a Cairns, gdzie wielkie zasady mango, zamieniają się w rozległe plantacje bananowców. Aż mi się zachciało pozbierać banany, a może… posadzić w ogródku bananową palmę?!

bananowce