Nie w książkach i nie w przewodnikach znajdziemy najlepsze podróżnicze wskazówki. Nie w programach telewizyjnych, nie w gazetach, na blogach też nie, tylko w rozmowach, szczerych i subiektywnych. Bo kto pyta nie błądzi…

Road trip Brisbane – Sydney – Melbourne. Listopad 2014

Road Trip Brisbane – Sydney

O miejscowości South West Rocks dowiedziliśmy się do Basi Meder, podczas naszej wizyty w Coffs Harbour. Nigdy wcześniej, ani ja, ani Sam, ani podróżująca z nami Aneta, o tym miejscu nie słyszeliśmy. I pewnie nigdy byśmy nie usłyszeli, gdyby nie te długie rozmowy przy winie (ten alkohol to jednak robi swoje ;)). Cóż by to była za strata!

widoki z Smokey Cape

Z Coffs wyjeżdżamy po śniadaniu i jedziemy dalej Pacific Highway, w stronę Sydney. Na krótki spacer zatrzymujemy się w Nambucca Heads, położonym przy rozlewisku rzeki Nambucca. Pelikany brodzą w wodzie, leniwi miejscowi odpoczywają przy brzegu, ktoś dryfuje na łódce w oddali. Spokojnie tu i bardzo pięknie, moglibyśmy zostać na dłużej, ale na dziś mamy inny plan…

samotnie na Pacyfiku

Po wypiciu zimnego Ginger Beer (obowiązkowo australijskiej marki Bundaberg – ten jest najlepszy), pakujemy się do vana i ruszamy w drogę, niezbyt daleko, do South West Rocks.

South West Rocks

wybrzeże Pacyfiku

South West Rocks to niewielkie miasteczko, położone przy ujściu rzeki Macleay River, nad zatoką Trial, jakieś 30 minut od miasta Kempsey, na wschodnim wybrzeżu Australii. A wokół się dzieje! Aż sama nie wiem od czego zacząć… Przyjeżdżamy tu koło południa i swoje pierwsze kroki kierujemy na plażę, trochę się poobijać.

South West Rocks

A potem idziemy do… starego więzienia, w Arakoon National Park. Na wschodnim koniuszku zatoki Trial, przy punkcie zwanym Laggers Point, oznaczającym koniec małego półwyspu, znajduje się Trial Bay Gaol, więzienie zbudowane w 1886 roku. Z takimi widokami to i ja bym w więzieniu posiedziała! Wyobraźcie sobie ciemną celę i szum oceanu w tle, nie tak źle.

widoki z więzienia

Na początku powstał pomysł zbudowania falochronu, umożliwiającego większym statkom zatrzymywanie się w zatoce. Potem powstało pytanie, kto ten falochron ma zbudować, a że Australia była w tym czasie krajem więźniów i zesłańców, zdecydowano, że to oni będą najlepszą siłą roboczą. Zbudowano więc więzienie i więźniów zagoniono do budowy. Mądrze? Mądrze.

Więzienie zamknięto w 1903 roku (podobno kosztowało zbyt wiele), ale otworzono je ponownie 1915 i wtedy trafili tu… Niemcy. Trial Bay Goal zostało obozem jenieckim dla osób pochodzenia niemieckiego żyjących w Australii (w tym także obywateli australijskich), których uznano za wrogów i sprzymierzeńców Niemiec, i internowano.

Trial Bay Goal

Po zwiedzaniu, zresztą świetnie zachowanych, ruin, idziemy na spacer i co się okazuję? Że przy więziennych murach, znajduje się piękny kemping! Mówiłam Wam już kiedyś, jak bardzo Australia mnie zaskakuje? Więzienie, park narodowy, kemping, piękna plaża, spokojna woda w zatoce, kangury, wojenna historia – oszaleć można z zachwytu.

kangury w więzieniu

Ale to nie koniec okolicznych atrakcji. Wokół jest kilka krajobrazowych ścieżek, a kawałek dalej, latarnia, czyli raj dla Julii.

Smokey Cape Lighthouse

Smokey Cape Lighthouse znajduje się w Parku Narodowym Hat Head i jest najwyżej położoną latarnią morską na wschodnim wybrzeżu. Widoki z góry – zachwycają. Potęga Pacyfiku – zachwyca. Skaczące w oddali wieloryby – zachwycają. A spotkanie w latarni Polki, ponownie zaskakuje.

Julia i latarnia

Niedaleko Smokey Cape Lighthouse, odkrywamy kolejny piękny kemping, tym razem w lesie, nazywa się Hungry Gate. Wielka szkoda, że nie możemy zostać na dłużej, ale razem z Samem, obiecujemy sobie szybko tu wrócić. A Sam obiecuje mi, że jedną noc będziemy spali w latarni. A ja nie mogę się już doczekać.

Park Narodowy Booti Booti

Z poczuciem niedosytu, ruszamy dalej na południe. Ścigamy się ze zmrokiem, aby dotrzeć na kemping. Nie wiemy jeszcze jaki i gdzie. Z pomocą, po raz kolejny, przychodzi nam aplikacja Wiki Camps, niezastąpiona przy poszukiwaniu noclegów w podróży po Australii. Znajdujemy kemping tuż przy plaży, w Parku Narodowym Booti Booti, pomiędzy jeziorem a oceanem.

kemping Booti Booti

Dziś za darmo, bo zarząd parków narodowych w New South Wales, urządził promocyjny weekend. I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie ulewny deszcz… Budzimy się lekko niedospani, marząc o dobrej kawie i, o dziwo, nasze marzenie się spełnia – na kemping zajeżdża kawiarnia na kółkach. Szczęściarze?

kawa na kempingu

plaża Booti Booti

Na poranną kąpiel wybieramy się do Seal Rocks. Pierwszy raz przeczytałam o tym miejscu na blogu Magdy z careerbreak.pl. Później wspomniała mi też o nim Pojechana Ola.

Seal Rocks

W Seal Rocks są oczywiście plaże, ale jest też… latarnia morska. Z miłości do latarni, zaciągam na górę Sama i Anetę, i oczywiście ekscytuję się, jak dziecko. Co ja mam z tymi latarniami?! Ktoś mi wyjaśni?

Seal Rocks Lighthouse

Sugarloaf Point Light, zwana także Seal Rocks Lighthouse, to wciąż działająca latarnia i noclegownia jednocześnie – są tu bajeczne, białe chatki do wynajęcia. Z góry rozciąga się, zapierający dech w piersiach, widok – ocean po horyzont, a u podnóży niebezpieczne skały, Seal Rocks. To tu doszło do najbardziej śmiertelnej katastrofy morskiej na wschodnim wybrzeżu Australii. To tu, w 1895 roku, rozbił się angielski statek Catterthun i, to tu, zginęło 55 osób. Natura pokazała swoją potęgę, a rozbijające się groźnie fale do dziś przypominają o niezmierzonej sile oceanu.

Patrząc w przyszlość

Seal Rocks to oprócz pięknej latarni, wspomniane piękne, długie plaże i świetne warunki na surfing. I urocza zatoka (gdzie swoją drogą znowu spotykamy Polaków!). Dużo więcej tu nie ma. Nie ma sklepów, jest tylko stoisko z muszlami. Nie ma restauracji, barów, pubów. Jest po prostu święty spokój. Czego więcej chcieć od życia?

Do Sydney jest stąd już całkiem blisko, jakieś trzy godziny jazdy. Droga wiedzie przez wielkie jeziora, przyklejone prawie, że do oceanu. Woda rozlewa się leniwie i po lewej i po prawej stronie. Można jechać autostradą, jest pewnie szybciej, ale takiej scenerii tam nie znajdziemy. Nie mam mowy! No po drodze natrafiamy na… wielki kamień, czyli podróbkę Uluru na stacji benzynowej. Kolejna do kolekcji wielka rzecz w Australii. Mogę więc wreszcie powiedzieć, żeby byłam pod Uluru 🙂

Wielki kamień w drodze do Sydney

Munmorah State Conservation Area

Mijamy kilka urokliwych wiosek i kilka miasteczek, które nie podobają nam się wcale. Co jakiś czas zatrzymujemy się, zachłysnąć się świeżym powietrzem i rozprostować kości. A potem, w Elizabeth Bay, robimy przystanek na fish & chips, czyli uwielbianą przez Australijczyków rybę w panierce z frytkami. Koniecznie na wynos, koniecznie zawiniętą w papier, konieczne z sosem tatarskim. Gruby kucharz orientuje się szybko, że nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy i wysyła nas nad wodę, do Munmorah State Conservation Area. Tam mamy urządzić sobie piknik.

Munmorah SCA

I znowu – nigdy byśmy się tu nie zatrzymali, gdyby nie czyjaś rada, bo o miejscu żadne z nas, nigdy wcześniej nie słyszało. I wiele byśmy stracili.

czekając na zachód

Jest bosko, jest dziewiczo! W niedzielne popołudnie nie ma tu żywej duszy. Plaże są puste, usłane miękkim piaskiem, płynnie łączącym się z szerokimi wydmami. Zachodzące słońce bawi się kolorami nieba, silny wiatr robi niezłą zawieruchę, a my relaksujemy się przy butelce białego muscata – najlepszego wina na upalne dni.

Munmorah SCA plaża

Podoba nam się tak bardzo, że postanawiamy zostać do rana, na kempingu Freemans, żeby o świcie nacieszyć się dziką okolicą.

Spacer Munmorah SCA

A potem jedziemy do Sydney i wpadamy w szybki miejski młyn, młyn jednego z najbardziej fascynujących miast na świecie.

Trasę na naszej podróży możecie zobaczyć kilkając w Nasza trasa.