Urzekł nas po zmroku, oczarował za dnia – Singapur przekonał nas, że duże azjatyckie miasta da się lubić nie tylko nocą. Zafundował nam wiele atrakcji i nie pozwolił się nudzić, ani przez chwilę. Szkoda, że spędziliśmy tu tylko 24 godziny.

Singapur podczas majówki 2014. Australia – Shenzhen – Hong Kong – Makau – Polska – Turcja – Tajlandia – Singapur.

Zrywamy się o świcie. Nie mamy zbyt wiele czasu, bo nasz samolot odlatuje o ósmej wieczorem. Wskakujemy do pierwszej lepszej knajpki w Chinatown Heritage Center  i wcinamy średnie śniadanie, popijając bardzo średnią kawą. Bywa. Potem ruszamy, spacerem wąskimi uliczkami, wśród zabytkowych chińskich kamienic, szalonej krzątaniny, sprzedawców wszystkiego, wśród kolorów, bałaganu, hałasu, zapachów, tłumu turystów i miejscowych, tu i tam, wśród pościeli rozwieszonej między oknami, wśród magnesów na lodówkę, wśród smrodu durianów i nagle… i nagle w tym tłumie wychwytujemy wołanie „Hey Sam! How are you?„.

Przed nami wyrasta, jak spod ziemi kolega Sama z pracy, z Melbourne. Czy to nie było zapisane, gdzieś w gwiazdach? Jak to możliwe, żeby przez przypadek być w tej samej minucie, w tym samym zakątku wielkiego miasta, kawał drogi od domu? No jak? Zdarzyło Wam się kiedyś spotkać, gdzieś na drugim końcu świata kogoś znajomego? Bo to chyba moje pierwsze tego typu spotkanie. Idziemy więc na szybką chińksą herbatę, a potem wskakujemy w metro i pędzimy na zwiedzanie niezwykłych singapurskich ogrodów….

widok na Gardens By the Bay

Gardens Bay the Bay w Singapurze

Gardens By the Bay to spektakularny ogród botaniczny w oryginalnym, futurystycznym wydaniu. Kompleks mieści się w pobliżu Zatoki Marina i zajmuje podobno teren ponad 100 hektarów (dużo)! W jego skład wchodzą przypominające drzewa metalowe giganty, nowoczesne pawilony pełne roślinności z najbardziej odległych zakątków świata, park pełen tematycznych zakątków i wiele innych atrakcji. A wszystko stworzone zgodnie z ideą, że Singapur ma być miastem w ogrodzie, a nie mieć ogród w mieście.

Sam i Gardens By the Bay

Jedziemy z Chinatown niebieską linią na stację Bayfront (wyjście B), to jakieś dwa przystanki i chyba najlepszy sposób żeby dostać się tę okolicę. Spacerujemy przez park, ucząc się co nie co o indyjskich, chińskich, czy malezyjskich roślinach (to ta bezpłatna część) i smażąc się w palącym słońcu. Potem zwiedzamy Flower Dome, żeby spotkać znajome z Australii eukaliptusy, włoskie oliwki, czy baobaby skryte pod dachem na hektarowej powierzchni.

ogród botaniczny w Signapurze Australian Garden

Żeby zwiedzać pawilony trzeba kupić bilet. Nabywamy więc taki łączony, który pozwala nam zajrzeć także do Cloud Forest pełnego azjatyckiej i południowo amerykańskiej roślinności. Przed wyjściem trafiamy na projekcje poruszającego filmiku o ociepleniu klimatu pod tytułem „5 Degree Celsius„.

Bo Gardens By the Bay to nie tylko przepiękna atrakcja turystyczna, nie taka zwykła atrakcja turystyczna, to kompleks wykorzystujący naturalne surowce – energię słoneczną i deszczówkę, i promujący ekologiczny tryb życia w mieście. Szczególną rolę spełniają tzw. Supertrees, do których właśnie się kierujemy. Jest ich tu rozsianych kilkanaście, mają od 25 do 5o metrów wysokości i stanowią energetyczne serce ogrodów. Kilka z nich połączonych jest zawieszoną w przestrzeni kładką (OCBC Skyway), z której rozpościerają się bajkowe widoki na miasto. Wejście na Skyway jest płatne i uzależnione od warunków pogodowych, ale warto. Warto, warto, warto! Nawet jak się ma lęk wysokości, tak jak ja 🙂 Gardens Bay the Bay to chyba najbardziej ‚niezwykła nowoczesna konstrukcja’, jaką było mi w życiu dane zobaczyć. Wow, wow i jeszcze raz wow. Żałuję tylko, że nie było szansy zobaczyć Supertrees nocą, ale co się odwlecze… O godzinach otwarcia, cenach biletów, o tym co i jak możecie poczytać tutaj, na oficjalnej stronie ogrodów. Możecie też zajrzeć do Pojechanej Oli, żeby się dowiedzieć co nie co o ogrodach nie z tego świata.

widoki na Sinagpur czarno białe Gardens By the Bay futurystyczne Supertrees

Little India

Pora się zbierać, bo nie zostało nam już niewiele czasu drodzy Państwo. Po raz kolejny łapiemy pociąg i tym razem pędzimy do Little India (zwanego też Tekka), rzucić okiem na zupełnie inną niż Chinatown dzielnicę. Nie jest już tak uroczo, chociaż kamieniczki są chyba jeszcze bardziej barwne, ale w tych kamieniczkach przeważają sklepy ze złotem i sklepy za złotówkę, co odbiera im nieco magii. Za to wszechobecne stoiska ze świeżymi warzywami zdecydowanie jej dodają! Zapach curry roznosi się już na stacji i przesiąkł nim chyba każdy krawężnik, kwiatek, czy latarnia. Little India w końcu.

Little India Singapur złoto w Little India kolorowe Little India

Niedaleko stacji jest duży market z hinduskimi specjałami, ale jakoś nie mamy odwagi, żeby spróbować. Idziemy więc do knajpy i to jest dobry wybór (niestety uciekła mi z pamięci nazwa tego miejsca, ale trochę o tym, gdzie się stołować w Little India możecie poczytać tutaj). Napełniamy swoje wygłodniałe żołądki Chicken Tika Masala i popijamy dezynfekującą Coca-Colą (tak profilaktycznie). Potem trochę spacerujemy, patrzymy, słuchamy, obserwujemy ludzi. Obydwoje kochamy to robić i tak nas to wciąga, że a mały włos spóźnilibyśmy się na samolot. Ale udało się, wracamy do Australii. Pora na trochę lokalnych wycieczek. Co Wy na to? Macie ochotę na jakiś australijskich road trip?

Jeśli podobał Ci się Singapur za dnia–  zostaw komentarz. Albo przekaż dalej! Będzie nam bardzo miło. Julia i Sam.