Trochę się rozleniwiliśmy na wybrzeżu i trzeba było przyspieszyć. No, ale takie było założenie, nie spieszymy się jadąc z Brisbane do Sydney, a potem jak trzeba dodamy gazu. I tak robimy. Pędzimy przez Alpy, Alpy Australijskie, i to nie we czwórkę tylko w szóstkę, bo w Sydney zgarnęliśmy jeszcze kuzynów Sama. Mamy więc wesołego, zapakowanego bo brzegi vana, ale dajemy radę wjechać na szczyt. Odpoczywamy więc na górze Buffalo, marznąc i obserwując niebo obsypane gwiazdami. Bezcenne. A potem się żegnamy, ze łzami w oczach, i my wracamy do Brisbane, z przygodami zresztą, żeby Wam wszystko opowiedzieć! Szykujcie się na road trip pełen wrażeń.