„My zawsze marzyliśmy o dzieciach. I marzyliśmy o podróżach. Więc podróże z dziećmi, to coś jak podwójne spełnienie marzeń”. Dziś rozmowa z Pati i Jackiem o podróżach we dwoje i o podróżach we czworo. O tym, co się zmienia w podróżowaniu, gdy pojawią się dzieci. Rozmowa z osobami, od których dowiedziałam, że można kupić bilet i po prostu wyjechać w nieznane. Ot tak.

To kolejne spotkanie z cyklu (jak to brzmi poważnie! hi hi) „o ludziach„, czyli rozmowy z osobami, które o podróżach czegoś mnie nauczyły, z osobami które spotkałam na swojej drodze, z którymi przejechałam kawałek świata, z osobami dzięki, którym jestem dziś tu, gdzie jestem. Bo są ludzie, których trzeba spotkać…

IMG_0822

Z kim dzisiaj pogadam? Kim jest Pati i Jacek? Hmm… To dosyć zabawna historia. Pati to moja siostra. Starsza i niby ta mądrzejsza. Jacek to jej mąż, czyli mój całkiem fajny szwagier. W swoją pierwszą podróż z plecakami wyjechali 13 lat temu. Byli jedynymi w gronie znajomych, którzy nie wykupili wycieczki z biurem podróży. Ludzie patrzyli na nich, jak na wariatów. Dzisiaj zabierają swoją dzieci na Angkor Wat i pokazują im różnorodność świata. Znowu patrzą na nich, jak na wariatów. I chyba zdanie: „bo u nas to rodzinne”, byłyby dobrym podsumowaniem tego, co zaraz przeczytacie…

Dokąd wyjechaliście w swoją pierwszą podroż i dlaczego zdecydowaliście się jechać?

W pierwszą, pierwszą podróż? Obydwoje jesteśmy z Milanówka, a poznaliśmy się w Norwegii. Liczy się?

Czy zamierzasz teraz się licytować, czyja historia jest bardziej romantyczna? Bo to by była zacięta walka… Chodzi mi o taką pierwszą podróż z plecakiem, podróż w nieznane. 

Pierwsza podróż z plecakiem to będzie Wenezuela w… Hmm… W 2000 roku? Oj, dawno. Jacek kupił bilety na aukcji. Za pół darmo. Kupił, a potem zaczęliśmy myśleć. Dobra kolejność?

Jak dla mnie bardzo dobra. Wiesz, że lubię wariatów… OK. Były bilety, wiedzieliście że jedziecie, zaczęliście myśleć i…?

Wenezuela jest przepiękna, ale i bardzo niebezpieczna. Więc wyszło na to że „na dzień dobry” rzuciliśmy się na raczej trudny kraj. Zero doświadczenia. Dużo optymizmu. I ogromy głód przygody. Gdy dziś z doświadczeniem, którego udało nam się nabyć, patrzę na nas wtedy w Wenezueli, to mogę tylko stwierdzić że mieliśmy duuuużo farta. Jeździliśmy nocnymi autobusami z tubylcami, spaliśmy w hotelach na godziny (o wątpliwej reputacji), jedliśmy byle co, byle taniej… I cieszyliśmy się każda głupotą jak dzieci. Jeden z Twoich ostatnich postów przypomniał mi jak staliśmy ponad godzinę na moście w Tucacas i obserwowaliśmy pelikany. Rzucały się na główkę z kilku metrów po ryby. Jeden za drugim. Nienormalne normalnie. I przecudne, i inne, i egzotyczne…

Dobra, dobra stop. Bo dochodzimy do fajnego punktu. To było ponad 10 lat temu. Podróżowanie z plecakiem nie było wtedy, przynajmniej w Polsce, jeszcze tak bardzo popularne.

Podróżowanie z plecakiem było już wtedy bardzo popularne. Byłaś za młoda, nie pamiętasz… Ale było popularne, tylko faktycznie nie wśród naszych znajomych, nie w Polsce. Szwedzi, Amerykanie czy Holendrzy już dawno robili sobie roczne wakacje – rzucali wszystko i objeżdżali ziemię. Dokładnie tak, jak Ty to zrobiłaś 10 lat później.

A jakie są Twoim zdaniem różnice pomiędzy podróżowaniem „wtedy”, a podróżowaniem „teraz”? Takie Wasze różnice…

Na początek prozaiczna – finanse. I to nie chodzi tylko o to, że nie stać nas było na długą egzotyczną podróż. Ale też o to, że jeździliśmy z gotówką poutykaną w ciuchach i bagażu. Nie mieliśmy kart kredytowych. Nie było powszechnego dostępu do internetu i nijak nie można było dostać się do swojego konta w banki… Nie mieliśmy nawet telefonu komórkowego, żeby zadzwonić do rodziców. A budki telefoniczne potrafiły zjeść dzienną porcję żywieniową. Potem – sprzęt. Mieliśmy duży, ciężki plecak. Grube ręczniki, które zajmowały pół jego pojemności. Ciężkie buty, w których pociły się nogi. Dziś jeździmy z dwoma małymi plecakami i mamy w nich dość miejsca, żeby upchnąć nawet fajne suweniry.

Po trzecie – wiedza. Do Wenezueli pojechaliśmy z przewodnikiem Pascala. Aktualność informacji pozostawiała wiele do życzenia. Hoteli, autobusów czy knajp szukaliśmy po omacku… I na koniec – doświadczenie. Jak wyjedziesz kilka razy, to wiesz jak się przygotować, jak się spakować, jak się zachowywać w takich czy w innych sytuacjach. Wiesz z kim gadać, z z kim nie. Wiesz gdzie spać, czego lepiej nie jeść, jak przeliczać własne siły, na czym oszczędzać, a na czym nie.

A z takich różnic na niekorzyść „dziś” uznałabym przede wszystkim fakt, że świat się zmienia. Bardzo szybko. Dużo za szybko. Miejsca dzikie jeszcze kilka lat temu dziś są plastikowymi kurortami pełnymi bogatych turystów. Otwarci i mili kiedyś ludzie, dziś stali się biznesmenami, którzy chcą wyciągnąć z ciebie ostatniego dolara. Więc wniosek jest taki – warto jeździć do dziwnych miejsc, tam gdzie jeszcze jest prawdziwie. Gdzie nie wdarł się wielki turystyczny biznes. Bo zmiany przyjdą bardzo szybko i za kilka lat to miejsce będzie zupełnie inne. Paryż czy Nowy Jork już tak się nie zmienią. Mogą poczekać. Dziewicza plaża na pięknej wyspie, nie. Zmieni się bardzo szybko. Nie może poczekać. Niestety.

I na koniec. Dziś brakuje mi naiwności i niewiedzy, którą wtedy mieliśmy. Cieszyły nas palmy kokosowe, bananowce, małpy na ulicach, pelikany, flamingi, ibisy, kolorowe ryby Dziś to już nas nie zaskakuje, nie jest nowością. Bardzo brakuje mi tego uczucia, gdy spotykasz coś zupełnie nowego. Innego. Kiedy cieszą cię małe rzeczy. Coraz rzadziej trafiają nam się takie chwile.

Chciałabym spytać teraz „dlaczego?”. Dlaczego tracimy taką dziecięcą szczerość, bo sama się nad tym czasem zastanawiam… Ale to chyba temat na kolejną rozmowę. Dziś podróżujemy Waszymi drogami, więc teraz uwaga wyliczanka: Ile podroży odbyliście od czasu Wenezueli? Gdzie byliście?

OK. Spróbujmy. Pierwsza była Wenezuela – niebezpieczne Caracas, Ciudad Bolivar, przecudna Canaima, treking do najwyższego na świecie wodospadu – Salto Angel, dwie noce w hamaku w dżungli, potem wybrzeże i noc na bezludnej wyspie w namiocie i podudka przez miliony komarów… Później, w ramach podróży poślubnej, miała być Moskwa, kolej trassyberyjska, Mongolia i Chiny – wizy już były ale w końcu nie wyszło… Ale pare miesięcy później wylądowaliśmy w Singapurze, stamtąd zrobiliśmy wypad do Indonezji – na Bali, na Lombok, na cudowne Gili Meno (które, jak twierdzisz już takie cudowne nie jest) i na Jawę – Bromo robi wrażenie! Znów pare dni w Singapurze, a potem do Malezji – Kuala i zachodnie wybrzeże. Pół roku później mieliśmy bilety do Meksyku, stamtąd przejechaliśmy do Gwatemali, żeby zobaczyć wchłonięty przez dżunglę Tikal i ponieważ zawsze nam się marzyło i udało nam się zdobyć bilety wyskoczyliśmy na chwilę na Kubę. Tu już za chwilę zajda ogromne zmiany więc nie ma co czekać! Potem były Indie. Zawiodły nas. Ale krewetki w Kochi były the best… I w końcu Karaiby – moje wielkie marzenie czyli „island jumping” po Małych Antylach. Lot z przesiadką w Puerto Rico i potem Gwadelupa, Dominika – cudna i zaskakująca, Martynika, Sant Lucia – tu się zrobiło trochę niebezpiecznie… Barbados – zupełnie przez przypadek, bo nie ma promów na Sant Vincent z Sant Lucia, więc jak mamy lecieć to lepiej coś jeszcze zobaczyć… Sant Vincent i Grenadyny – rejs pod żaglami na Tobago Cays i w końcu Carricou, i Grenada. W międzyczasie małe podróże: Hiszpania, Holandia, Włochy, Austria, Słowacja, Czechy. Potem urodził się Kajtek. I przez trzy lata głównie jeździliśmy do Szwajcarii. Ale to inna historia. Chociaż, jak miał nieco ponad rok, to wybraliśmy się razem do Grecji. A potem urodziła się Celina. Jak miała niecałe pół roku, to byliśmy z dziećmi na Barbadosie.

IMG_3009

To był dobry kierunek żeby sprawdzić jak dzieci zachowują się w podróży i jak znoszą tropikalny klimat. Rok temu byliśmy w czwórkę w Wietnamie i Kambodży. I będziemy jeździć. Przynajmniej raz w roku gdzieś daleko. My po prostu musimy. A! No i jeszcze Celina mając kilka miesięcy pojechała z Tobą do Lizbony, pamiętasz?

Wątpisz? Jasne, że pamiętam. Jeżdżenie żółtymi tramwajami, wąskie uliczki, wiosenne słońce… Ach… Chyba musimy tam kiedyś wrócić. A do którego miejsca Ty chciałabyś wrócić?

Raz wrócilismy. Na Barbados. Trochę przez sentyment, ale nie tylko. To piękne miejsce, a jednocześnie bezpieczne i tak fajnie cywilizowane. Nie baliśmy się zabrać tam naszych małoletnich podróżników na testy. Uwielbiam wracać do Barcelony. I do Wesołowa… To taka nasza kryjówka na Mazurach. Mogłabym wrócić na Kubę, do Hawany. I do Mexico City. I do Indonezji. Tylko… po co wracać? Jest tyle nowych miejsc, które trzeba zobaczyć! Im więcej zobaczysz, tym bardziej jesteś świadom ile jeszcze jest do zobaczenia.

Dominika. Na Dominikę bym wróciła.

A gdzie raczej byś już nie chciała wrócić i dlaczego…?

Nigdy nie mów nigdy. Kilka lat temu powiedziałabym, że nie chcę wrócić do Indii. Dziś już chyba chcę. Ludzki mózg ma tę fajną zaletę, że wyrzuca nieciekawe wspomnienia. Spycha je na dalszy plan. I po jakimś czasie pamiętasz już tylko to, co było fajne.

Muszę spytać, bo uwielbiasz jeść dziwne rzeczy, a Jacek dopiero niedawno polubił krewetki…

Ojoj! Mój ulubiony temat!  Wierz mi albo nie, ale gdy już kupimy bilety i obierzemy kolejny kierunek, to ja w pierwszej kolejności sprawdzam co tam można zjeść! Uwielbiam jeść i uwielbiam próbować wszystkiego, co dziwne! I może też to moje jedzenie wpływa na odbiór różnych krajów. Stety i niestety. Tam gdzie nie było dobrego jedzonka, albo gdzie się przytruliśmy, w moim mniemaniu nie było fajnie.

Musisz mi przerywać, jak słyszysz o jedzeniu… ? Co najdziwniejszego jadłaś? Opowiadaj.

A co uważasz za dziwne jedzenie? To czego u nas nie ma? To, co Polak uważa za niesmaczne, nieestetyczne? To, co jest inaczej przyrządzone niż podpowiada nam nasza polska tradycja? Bo wiesz, zupa Pho dla wielu osób może być „dziwnym jedzeniem”… Zamiast ‚dziwne jedzenie’, powiedziałabym ‚egzotyczne dania’. Więc z „egzotycznych dań”, akceptowalnych dla większości znajomych, mogę wymienić owoce: Durian, Litchi, Mangostan, Jack Fruit, Smoczy Owoc, Papaja, Trzcina Cukrowa, czy ryby: Merlin, Latająca Ryba, Płaszczka, Barakuda, Snapper Rafowy. Owoce morza wszelkiej maści i gatunków uważam za normalne jedzenie. Podobnie warzywa.

Ok, a z takich mniej akceptowalnych dań?

Udało mi się zjeść: termity. Na żywo, w Wenezueli w dżungli. Smakują, jak eukaliptus tylko ciężko się je je bo uciekają między zębami… Numer dwa to prażone pasikoniki w Oaxaca w Meksyku. Pan sprzedawca zmusił Jacka to spróbowania słowami, że mężczyzna nie może być słabszy od swojej żony. W Wietnamie udało mi się zjeść zupę z żółwia, krokodyla z rusztu i potrawkę ze szczura. I najbardziej żal mi Kambodży… W Phonm Penh Pani miała prawdziwy kramik obfitości: tarantule, skorpiony, karaluchy, żaby, larwy, pasikoniki, nietoperze, jaja z kaczymi zarodkami i nie wiem co jeszcze. I akurat nie czułam się na siłach. Mieliśmy tam wrócić. I nie wróciliśmy. I od roku nie mogę sobie tego wybaczyć…. 🙁

Termity, szczury, larwy. Starczy!  Jacek – jak Ty to znosisz?! A może sam zaczynasz próbować?

Za każdym razem obawiam się, co będzie następne. I co jej będzie, jak zje. Nieraz mnie to obrzydza, ale nieraz ją podziwiam. Ja nie próbuję, ale coraz bardziej mi się to podoba… Więc może kiedyś…

Ok, mamy mniej więcej nakreśloną Waszą podróż we dwoje, ale… Dziś jest Was czworo. W podróż zabieracie dzieci – 5 letniego Kajtka i 2 letnią Celinę. Wiele ludzi powie – jak to? Z takimi małymi dziećmi! No to ja też pytam -jak to? Z takimi małymi dziećmi?

No jak to, jak to? Normalnie. Kupujemy cztery bilety, w hotelu mamy 3-4 łóżka, w autobusach się mieścimy…. Jaka jest różnica między wyjazdem z dzieckiem na Mazury i do Kambodży? No dobra. Wiem. Wielu ludzi tego nie zrozumie. Nie muszą. A Ci co jeżdżą, sami czy z dziećmi, rozumieją doskonale. Kiedy dzieci nie było jeździliśmy my. Kupowaliśmy bilety, pakowaliśmy plecaki i ruszaliśmy w świat. Dziś są dzieci, jesteśmy rodziną więc jeździmy razem. Oczywista oczywistość.

IMG_2861

IMG_0571

Podróżowanie z dziećmi jest inne, ale ma bardzo wiele zalet. My zawsze wszędzie biegniemy, chcemy się nachapać, zobaczyć jak najwięcej, oszukać czas. Dzieci zmusiły nas do zwolnienia tempa. Pozwoliły delektować się miejscami, do których udało nam się dotrzeć. Turyści z dziećmi są inaczej odbierani przez miejscowych. Często jest nam dużo łatwiej i zawsze wszyscy są sympatyczni i uśmiechnięci i gotowi nam pomóc. Dzieci widzą wiele rzeczy, których my już nie zauważamy i zwracają na nie naszą uwagę. Dzieci są otwarte do ludzi, przez co i ludzie są otwarci na nas.

IMG_1870

A poza tym, to zawsze jest wesoło i nigdy nie mamy czasu się nudzić. Jacek nawet przestał bać się latać, bo lecąc z dziećmi nie masz czasu na myślenie o głupotach… Trochę inaczej przygotowujemy się też do wyjazdów z dziećmi. Wybieramy kraje w miarę ucywilizowane, z zapleczem medycznym, z dobrymi noclegami i bezpiecznym jedzeniem. Nie jedziemy „na pałę”, ale wcześniej rezerwujemy noclegi, planujemy przejazdy. Pakujemy się uważnie i oszczędnie. Zamiast dodatkowej sukienki w plecaku musi się znaleźć np. apteczka. Po za tym – jak mamy wyjechać bez dzieci? Kto z nimi zostanie na 3-4 tygodnie? Ciocia co uciekła do Australii?!

Ej, ej, ej… Po pierwsza to nigdzie nie uciekłam. A po drugie to chętnie je przygarnę nawet na 3 miesiące. Wujek Kangur też. Jeszcze o tym nie wie, ale na pewno się zgodzi. Tylko mamy parę podróży w planach, więc lepiej nas dokształć w temacie. Czym różni się podróżowanie we dwoje od podróżowania we czworo?

Przede wszystkim łatwością, a raczej trudnością przy rezerwacji noclegu… Nie każdy hotel oferuje pokoje 3 osobowe. Żartuję. Jest inaczej. Zupełnie inaczej. I zupełnie tak samo fajnie tylko, że w inny sposób. My zawsze marzyliśmy o dzieciach. I marzyliśmy o podróżach. Więc podróże z dziećmi, to coś jak podwójne spełnienie marzeń. Nam daje to ogromnie dużo radości. Im zdaje się też. Dopóki będą chcieli, będą z nami jeździć. Mam nadzieję, że wciągną się w podróżowanie i będzie to kiedyś także ich pasją. Już dziś Kajtek porównuje różne miejsca i potrafi powiedzieć, że na Barbadosie to były najlepsze ryby, a w Wietnamie zupa ziemniaczkowa i że on tam musi wrócić, bo znów chętnie by ją zjadł. I tak widzi na zdjęciu małpę czy słonia, to wie jak to zwierze wygląda w swoim naturalnym środowisku i jak się zachowuje.

IMG_2090

No właśnie. Niedawno byliście z dziećmi w Wietnamie i Kambodży. Myślicie, że ta podroż dała coś Waszym dzieciom? Czegoś się nauczyły? Czym Was najbardziej podczas tej podróży zaskoczyły?

Wiele nauczyły nas. Na przykład, że trzeba zwolnić. Dzieciaki w podróży są super. OK, nie mieliśmy czasu na relaks przed duże R. Ale mieliśmy dużo fanu. Celina zaskoczyła nas pozytywnie swoją otwartością na jedzenie. No może nie byłam najszczęśliwsza, kiedy wchłonęła moją porcję krewetek, ale to bardzo fajne uczucie kiedy widzisz, że twój potomek ma coś z ciebie. No i okazało się, że jest bardzo otwarta do ludzi. Jako blondyneczka przyciągała spojrzenia wszystkich i do wszystkich się uśmiechała i była szczęśliwa, że jest w centrum uwagi. Kajtek nieco mniej to akceptował i nawet nauczył się mówić „nie dotykać” do wszystkich, którzy zbliżali się do Celiny.

Prawdziwy starszy brat.

I bardzo wrażliwy chłopiec. W Siem Reap zobaczył dziewczynkę, która spała na chodniku i powiedział tacie, żeby jutro jak będzie miał pieniążki, to żeby nic mu nie kupował, tylko dał dzieciom, które nie mają co jeść i gdzie spać. Kochany jest. I inne zaskoczenie, Kajtek szybko się nudzi (chyba ma to po nas), a na ruinach w Angkor Wat szalał. Był przeszczęśliwy, wszystko oglądał, o wszystko pytał, zwiedzał po dwa razy, aż w końcu… Zasnął w tuc-tucu. A czy się czegoś nauczyły? Myślę, że tak. Wiedzą, że świat nie ogranicza się do podwórka przed domem. Że są różni ludzie, że różnie żyją. Są otwarci na inność i po prostu ją akceptują. Wydaje mi się, że prawdziwe efekty tych podróży będzie można podsumować za kilka lat, ale jestem dobrej myśli.

DSC00047

Jak przygotować się do podróży z dzieciakami? Jakieś złote rady?

Nie ma złotych rad. Każde dziecko jest inne i każdy rodzic ma inne założenia, co do podróży. Jedyna podstawa, to zdrowie. Trzeba zachować maksimum bezpieczeństwa – poszczepić dzieciaki, wziąć dla nich leki na różne okoliczności, niezbędne kosmetyki i ochronę. My przetestowaliśmy najpierw dzieciaki na średnio-długim locie, w bezpiecznym kraju. Jak okazało się, że dają radę, to dopiero porwaliśmy się na nowe miejsce. Przed podróżą staramy się im opowiadać, o kraju do którego jedziemy. Opowiadamy co zobaczą, pokazujemy zdjęcia. Staramy się wprowadzać w klimat tamtejszej kuchni. Bo jedzenie to problem gdy masz takie wymagające dziecko, jak Kajtek. Jego jadłospis jest bardzo ograniczony, ale co może dziwić, na wyjazdach pałaszuje lokalne dania aż mu się uszy trzęsą. Wybiera 2-3, których się trzyma przez cały wyjazd. My jesteśmy spokojni, a on zadowolony. Celina za to je wszystko. Więc w jej przypadku musimy mieć oczy wokół głowy. Potrafi gwizdnąć owoc na targu i zacząć konsumować na miejscu. Na to musimy uważać.

IMG_2106

Pati, czy jest się czego bać? Czy ludzie powinni się bać podróży z dziećmi?

Myślę i myślę… I wymyślić nie mogę… Jedyne czego zawsze się boję to reakcji otoczenia na informację, że znów wyjeżdżamy.

Wasza następna podróż?

Za chwilę. Tajlandia. Mało egzotyczna, bo bardzo turystyczna i dotychczas omijana przez nas szerokim łukiem. Ale z drugiej strony bezpieczna pod wieloma względami. Myślę, że to dobry kierunek na wyprawę z dziećmi.

A Australia kiedy?

No właśnie czytając jeden z Twoich ostatnich postów i odpowiadając na Twoje pytania, uświadomiłam sobie, że jeszcze nie jadłam kangura! Myślę, że to doskonały argument, żeby w końcu wybrać się do Australii. Może więc szybciej niż Ci się wydaje…

Nawet Ci sama usmażę tego steaka z kangura, jak tu przyjedziecie. Obiecuję. Na koniec zabawa w skojarzenia. Zaangażuj Kajtka i Jacka. Może być śmiesznie.

Pociąg

Pati: kuszetki w Indiach

Jacek: termos i herbata

Kajtek: lokomotywa

Plecak

Pati: czerwony

Jacek: wyprawa

Kajtek: wakacje

Kangur

Pati: Sam

Jacek: …

Kajtek: pluszak w plecaku

Wolność

Pati: bezpieczeństwo

Jacek: nasze wyjazdy

Kajtek: więzienie

Palma

Pati: Barbados

Jacek: Barbados

Kajtek: Tajlandia

Barbados

Pati: latające ryby

Jacek: flying fish

Kajtek: Kajtuś na Barbadosie

Papierosy

Pati: śmierdzą

Jacek: smród

Kajtek: zły znak

Lemoniada:

Pati: tata

Jacek: mniam mniam, Restaurant Day

Kajtek: picie

Miłość

Pati: my

Jacek: rodzina

Kajtek: serce

Miejsca czy ludzie?

Pati: miejsca i ludzie tych miejsc

Jacek: miejsca

Kajtek: wakacje w Polsce

IMG_2608

Wakacje w Polsce… Ciekawe kiedy będą nasze kolejne wspólne wakacje w Polsce, co…? Mam nadzieję, że niedługo… Bo wiesz, tak sobie pomyślałam w czasie tej rozmowy, że my chyba za mało rozmawialiśmy o podróżach. Chyba w ogóle za mało rozmawialiśmy, ale ludzie zdają sobie sprawę z takich rzeczy, dopiero kiedy wylądują na dwóch różnych końcach świata. Więc taki wniosek na koniec – rozmawiajmy ze sobą więcej. Dziękuję Wam, Tobie Pati, Jackowi i Kajtkowi za to wszystko fajne, co powiedzieliście. Tęsknię za moimi żuczkami, jak patrzę na te zdjęcia.. I Wam czytelnicy też dziękuję, że tu jesteście i włączyliście się do naszej rozmowy. Podobało się?

Wszystkie zdjęcia zamieszczone powyżej, w rozmowie z Pati i Jackiem, pochodzą z jej prywatnych zbiorów i są jej własnością. Korzystanie ze zdjęć autora bez jego wiedzy jest zabronione (Dz. U. Nr 24, poz. 83).