Mieszkam w Australii. Nie czuję się upoważniona do tego, żeby decydować jak będzie wyglądał Wasz dom, ten w Polsce, i na jaki kolor powinniście pomalować ściany. Nie chciałabym, żebyście Wy decydowali o tym, jak będzie wyglądał ten mój, w Australii. Nie wezmę udziału w wyborach. Ale Wy tam w kraju musicie głosować.

Tekst oryginalne opublikowany na portalu Onet.pl

Wybory na emigracji

W Australii mieszkam od prawie 3 lat. Nie wyjechałam szukając lepszego życia, powód był bardziej prozaiczny, miłość. Nigdy o emigracji nie myślałam, więc dopiero teraz rozważam nad kwestiami, o których inni dyskutują od dawna.

W maju zagłosowałam korespondencyjnie w wyborach prezydenckich. No, bo przecież to mój obywatelski obowiązek głosować. Przecież nadal doskonale wiem, jak wygląda polska scena polityczna i w jakiej Polsce chciałabym żyć. To dopiero trzy lata! Przecież kiedyś, może, tam trochę pomieszkamy.

Gdy patrzyłam na moją kartę do głosowania, gdy zastanawiałam się, gdzie postawić krzyżyk, zaczęły się wątpliwości. Mimo wszystko, zagłosowałam. Wrzucając kopertę do skrzynki, obiecałam sobie, że robię to po raz ostatni. Bo żyjąc na drugim końcu świata, nie planując powrotu do kraju, nie mam do tego prawa. Moralnego. Poczułam się z tym zwyczajnie źle.

Wyborcze prawo mam, każdy posiadający obywatelstwo polskie, bez względu na to, czy jest ono jednym z wielu czy jedynym obywatelstwem, ma takie prawo. Nie ma znaczenia to, czy na emigracji żyjesz od kilku miesięcy czy od trzydziestu lat, jeśli masz polskie obywatelstwo możesz decydować, kto Polską będzie rządził i jak. Możesz decydować, jak się będzie żyło w kraju, do którego Ty już przecież nigdy na stałe nie wrócisz albo o kraju, w którym nigdy nie żyłeś, bo obywatelstwo uzyskałeś „po rodzicach”. Ja nie będę, nie będę głosować żyjąc na emigracji.

Mieszkając w Polsce, zawsze brałam udział w wyborach. Do urn goniłam też moich znajomych i rodzinę, bo uważam, że tak trzeba. Jeśli, wreszcie, mamy prawo decydować, musimy korzystać z tego prawa. Ot, zwyczajny obywatelski obowiązek. Zawsze głosowałam też świadomie, starałam się na bieżąco śledzić polityczne rozgrywki, wybierałam tak, jak sama uważałam za słuszne.

Mieszkając w Australii, polską polityką nadal się interesuję. Ale dziś znam ją głównie z mediów, a nie z własnych doświadczeń. Wiem i rozumiem znacznie mniej, niż rozumiałam te 3 lata temu. Z przymrużeniem oka patrzę na to, co przekazywane jest w polonijnych mediach w Australii. To tu pracuję i płacę podatki. Na dziś dzień nie planuję też przeprowadzki do kraju.

Nie czuję się więc upoważniona do tego, żeby decydować jak będzie wyglądał Wasz dom, ten w Polsce, i na jaki kolor powinniście pomalować ściany. Nie chciałabym, żebyście Wy decydowali o tym, jak będzie wyglądał ten mój, w Australii.

O kwestii głosowania na emigracji rozważam nie tylko ja, rozważa też Paulina mieszkająca w Chicago, w największym polonijnym skupisku, autorka bloga Za Oceanem, gdzie w tekście (skądinąd doskonałym) „Czy Polonia powinna głosować w polskich wyborach?” pisze:

„[…] Jeśli widzę człowieka, który głośno krzyczy o tym, że trzeba iść głosować, bo to obywatelski obowiązek, a spytany o zdanie na jakiekolwiek zagadnienie z bieżącej polityki odpowiada samymi wyświechtanymi, powtarzanymi bezrefleksyjnie frazesami (a takich jest niestety najwięcej), zaczynam się poważnie zastanawiać nad ideą zawieszenia praw wyborczych emigrantom do czasu ich powrotu do kraju. Owszem, i w Polsce są miliony niewyedukowanych politycznie wyborców, ale tego się nie uniknie (takie są minusy demokracji, że każdy głos liczy się tak samo, zarówno bandyty, jak i profesora), ale oni głosując, przynajmniej decydują o swoim życiu, nie starając się uszczęśliwiać nikogo na siłę i wmawiając, że zza oceanu widać lepiej.”

To mnie właśnie najbardziej trafia, gdy obserwuję niektórych Polonusów którzy, krzyczą że głosować trzeba, a pytani o to, kiedy ostatnio byli w Polsce, odpowiadają, że kilka lat temu na dwutygodniowych wakacjach. Ale oni widzieli! Przecież wszystko widzieli. Na emigracji są od dwudziestu, trzydziestu czy nawet dziesięciu lat i przecież wiedzą, jak to się naprawdę żyje w Polsce. Dziś. Wiedzą, a co gorsze tym fałszywym obrazem naszego kraju, dzielą się z resztą świata. I potem wszyscy myślą, że po ulicach Warszawy chodzą białe niedźwiedzie.

Nie, nie to chodzi, że Polski nie kochają. Kochają i są patriotami, czasami aż za bardzo, czasami gubiąc gdzieś w tej pasji prawdziwą ideę patriotyzmu. Są patriotami, którzy znają Polskę sprzed lat, którzy nie chcą do niej wrócić, ale roszczą sobie prawo do decydowania o jej losach. Ja nie.

Co niektórym wydaje się, że ten dość stabilny gospodarczo i ekonomicznie kraj trzeba ratować. A Polska ma się przecież nie najgorzej. Najgorsze już dawno za nami, jesteśmy wolnym, demokratycznym krajem. Do statusu „biedny” dużo nam brakuje.

Polonusi ślepo czerpią z tego, co przekazują im media, mimo że przecież doskonale wiedzą, jak bardzo media potrafią być stronnicze, bo te australijskie też takie są. Często w dobrej wierze chcą głosować i pomóc swojej rodzinie i przyjaciołom w Polsce. Często nie rozumiejąc wiele, bo od lat żyją w innej kulturze i borykają się z innymi problemami niż Wy, tam w Polsce. Nie głosują świadomie.

Z tymi, którzy głosują świadomie, nie dyskutuję, tylko mówią, że ja nie głosuję. I kropka, a niech każdy robi tak, jak chce.

Wkurzają mnie też politycy, którzy mówią, że zadbają o interesy Polonii. Oni wreszcie zadbają. Niby jak? Interesy Polonii mają się z tego, co mi wiadomo całkiem nieźle.

Gdybym była australijską obywatelką i wyjechałabym na stałe, po pięciu straciłabym prawo do brania udziału w australijskich wyborach. Mogłabym co prawda złożyć podanie i wydłużyć nieco ten okres przejściowy, ale rzadko kto się tego podejmuje. Emigrując z Wielkiej Brytanii prawa wyborcze straciłabym po 15 latach, po 4 latach zaś emigrując z Kanady. Kwestia praw wyborczych na emigracji różni się praktycznie wszędzie, ale wszędzie też budzi tą samą dyskusję.

Czy powinno się głosować żyjąc na emigracji?