Najeżyliśmy się już nieco na starcie, przy samym wypożyczaniu auta, bo okazało się, że sto osiemdziesiąt dolarów dziennie za małego Forda Fiestę, to najlepsza oferta jaka czeka na nas w Los Angeles. O wcześniejszej rezerwacji nie było mowy – wszystko działo się zbyt spontanicznie i żaden plan by się tu nie sprawdził.

Sam był wkurzony jak osa, ale mój entuzjazm (byłam szczerze podekscytowana wizytą w Mieście Aniołów) skutecznie przepędził uszczypliwą energię. Przynajmniej na chwilę, bo niekończące się korki na ułożonych piętrowo autostradach (już od samego patrzenia na zawiłość tych dróg kręci się w głowie) rozdrażniły również mnie. Tu chyba nikt nie chodzi piechotą.

– Zjedź – rzuciłam widząc znak „Downtown”. – Zjedź, znajdziemy kawę.

Downtown

Jakież było nasze zaskoczenie, gdy zmieniając trasę na tą do centrum, wyjechaliśmy z korków. Ulice zrobiły się zupełnie puste. Pozostał jedynie smog. Przecież zazwyczaj jest odwrotnie, zazwyczaj to centra są tłoczne, ale nie, nie w LA.

Podobno jeszcze niedawno do Downtown nie zaglądał nikt, a już napewno nie przyjezdni. Niedość, że wiało tu nudą, to dodatkowo było po prostu niebezpiecznie. A może nadal jest? Spacerując, czuliśmy się jak w Mexico City, budząc zainteresowanie tutejszych, bo innych turystów nie było wcale. Na wystawach stały manekiny przywdziane w suknie z tafty, a w sklepie obok sprzedawano kiczowate złoto. Dużo złota. Ktoś przez mikrofon nawoływał do zakupów, wymieniając promocje dnia. W bocznych uliczkach mieszkali bezdomni. Nie dało się ich nie zauważyć. Minęło nas też kilku szaleńców. Jedni wzywali Jezusa, inny wyzywali Trumpa. A może odwrotnie. Znak przy skrzyżowaniu wspominał oficera Edwarda Wilhoita, który zginął na służbie. W oddali rozbrzmiewało echo policyjnych syren.

Jakimś cudem udało się nam znaleźć świetną knajpę z doskonałą kawą. Z okna obserwowaliśmy codzienność upadłych aniołów. Hipokryci.

 

Hollywood

Potem prawdziwość życia zamieniliśmy na jego plastikową wersję – Hollywood. Podskoczyłam aż w fotelu, gdy w oddali ujrzałam sławny napis „Hollywood”. Istnieje naprawdę. Aleja Gwiazd nie mogłaby być bardziej kiczowata, a jednocześnie bardziej ekscytująca – przecież to tu przechadzają się ci piękni i znani z telewizyjnych i kinowych ekranów. Przechadzają się też fałszywy Spiderman, Edward Nożycoręki i Merilyn Monroe. Gość przygrywa na bębnach z plastikowych kubłów po farbie, a inny lewituje. Taka praca.

I love Los Angeles. I love Hollywood. They’re beautiful. Everybody’s plastic, but I love plastic. I want to be plastic.

Powiedział kiedyś Andy Warhol.

Beverly Hills

Plastikowy jest nie tylko kicz Hollywood, ale także doskonałość Beverly Hills. Idealnie przystrzyżone trawniki i żywopłoty przycięte pod linijkę. Aleje wysadzane smukłymi palmami. Domy z wielkimi drzwiami, a na podjazdach błyszczące samochody. Piechotą chodzą jedynie „dog walkerzy” i my.

Każda willa ma tylną uliczkę, gdzie są wejścia dla służby. Tam też wystawiane są śmietniki. To wszystko, co zwykłe i przyziemnie jest skrzętnie ukryte.

W jednym z domów odbywała się akurat wielka impreza, a my znów oddaliśmy się obserwacji. Goście podjeżdżali pod samo wejście, a klucze do auta odbierali od nich parkingowi, którzy zarządzali okolicą. Z ogrody dochodziły śmiechy.

Po nocną panoramę miasta pojechaliśmy na wzgórza, bo podobno widok z jedno z parków jest fantastyczny. Na nasze nieszczęście (prawdziwe nieszczęście) bramy do parku zamykają o zachodzie słońca. Przystanęliśmy na podjeździe, wrzuciliśmy na luz i zaczęliśmy zastanawiać się, co dalej.

Wypadek

Wnet rozległ się straszliwy huk, a nasze auto zaczęło niebezpiecznie szybko przemieszczać się na skraj. Zdążyłam jedynie zaprzeć się nogami i spojrzeć szybko w kierunku Sama. Jedyne, co zobaczyłam to przerażenie w jego oczach. Moje nie było mniejsze. Poduszki powietrzne wystrzeliły szybko, klakson rozwył się na całego, wreszcie zatrzymaliśmy się. Szybko otworzyłam drzwi, pociągając Sama za rękę – te z jego strony były zablokowane. Trwało to sekundy, ale wtedy wydawało się mi, że każda sekunda to wieczność, bo przed oczami przeleciały mi chyba wszystkie ważne momenty mojego życia.

Przez chwilę myślałam, że to nie koniec świata, niespodziewane trzęsienie ziemi, totalna katastrofa.

Nie potrzeba było dużo, aby zorientować się, że auto było do kasacji. Drugie, które w nas wjechało, też. Kierowca wyszedł z zakrętu bez hamowania i wpakował się prosto w nas. Pewnie uratowaliśmy mu życie, bo inaczej mógłby stoczyć się z górki.

Nie wiedzieliśmy nawet na jaki numer alarmowy dzwonić. Szczęśliwie znaleźli się świadkowie, którzy szybko się nami zaopiekowali i pomogli. Początkowo policja odmówiła przyjazdu – w końcu nikt nie był ranny. Tak przynajmniej nam się wydawało.

Gdy emocje odrobinę opadły poczułam okropny ból w kostce. Usiadłam na krawężniku. Była sina i okropnie spuchnięta. Zadzwoniliśmy po pomoc jeszcze raz. Tym razem skutecznie.

Po chwili na miejsce przyjechała straż pożarna. Ratownicy opatrzyli mi nogę i szczęśliwie stwierdzili, że nie jest złamana. Wyłączyli klakson w samochodzie, który wył w niebogłosy i odwołali przyjazd karetki. Policja zjawiła się dużo później, niespecjalnie przejęta sytuacją.

Nikt nie został sprawdzony na alkohol (jesteśmy pewni, że kierowca był pod wpływem), nikt nie został porządnie przesłuchany, a raport był świstkiem papieru, na którym nie było zbyt wielu danych sprawcy. Zaczęliśmy nawet napierać na policjantów, aby przyjrzeli się sprawie lepiej, ale wyraźnie dali nam do zrozumienia, że mamy siedzieć cicho. Nie chcieliśmy zadzierać, bo w końcu nie byliśmy u siebie.

Znów, z pomocą świadków, udało się nam zadzwonić do wypożyczalni i po pomoc drogową. Odholowali auto.

Przyjaciele

Tej nocy mieliśmy zatrzymać się u mojego znajomego, Toma, z którym pracowałam kilka lat temu przy jednym z seriali. O ironio, okazało się, że mieszka za rogiem. Wspólny wieczór przeciągnął się do świtu i to chyba jedyny pozytywny aspekt w tych nieprzyjemnych zdarzeniach.

Zdecydowaliśmy się wylecieć następnego dnia. Niczego nie chcieliśmy bardziej niż powrotu do domu. Ale złośliwy los chciał zupełnie czego innego. Po popołudniowej wycieczce po zapleczach Warner Bros. Studios, gdzie pracuje mój znajomy i przemiłym spotkaniu z Rayem Romano (znanym pewnie lepiej jako Raymond z serialu „Everybody loves Raymond”), ruszyliśmy na lotnisko.

Powrót do domu

A tam chaos. Kolejki na godziny stania. Moja noga spuchnięta tak, że nie da się na niej stanąć. W ruch idzie wózek, a na przeciw stają nieprzyjemni ochroniarze (z tak niesympatyczną obsługą nie spotkałam się na żadnym lotnisku, a była już na wielu). Gdy wreszcie dotarliśmy na pokład samolotu, czekała na nas nieprzyjemna wiadomość – wyciek paliwa z silnika oznaczać mógł jedynie odwołany lot.

Utknęliśmy w hotelu, w Los Angeles, na kolejne dwa dni. Zmuszeni przedłużonym pobytem udaliśmy się jedynie do lekarza, zrobić prześwietlenie i się przebadać. Doświadczenie nauczyło mnie też, że do możliwej walki z ubezpieczycielem (w końcu auto było z wypożyczalni, a my byliśmy na wakacjach), trzeba przygotować się od początku.

Nigdy wcześniej nie cieszyłam się równie mocno z powrotu do domu.

To nie koniec…

Od naszego wypadku minęło już prawie pięć miesięcy, a problemy z nogą – trwają. Ograniczenie ruchu w kostce jest znaczące i może zwiastować operację, a stosunek ubezpieczyciela do wydarzeń – walkę. Trzymajcie kciuki. Niech pomyślność będzie po naszej stronie… Wizytę u specjalisty mam w połowie marca. Do tego czasu pozostaje mi ograniczyć chodzenie do minimum.

Nie każda podróż kończy się szczęśliwie (chociaż zgodnie z opinią ratowników w tym wypadku mieliśmy jednak więcej szczęścia niż nieszczęścia), dlatego nigdy nie zapominajcie o ubezpieczeniu (z tym nieuczciwym można walczyć; raz już udało się mi wygrać – o moich przejściach z Compensą możecie poczytać tutaj). Spisujcie też sobie numery alarmowe inne ważne dane, bo taka notatka w kryzysowej sytuacji może okazać się bardzo pomocna. Pamiętajcie też, żeby cieszyć się na maksa tymi dobrymi chwilami – nie są nam dane zawsze i na zawsze.

Więcej o tym, co zrobić, gdy ma się wypadek wypożyczonym autem, o tym, jak walczyć o swoje z ubezpieczycielem i o tych wszystkich myślach, które przeleciały mi przez głowę, już niedługo.