Nostalgia. Tęsknota za domem. Nieuleczana choroba emigranta, która przychodzi znikąd i nie chce się odczepić.

Ostatnio śniło mi się, że siedziałam przed telewizorem z miską bobu na kolanach. W Brisbane nie można kupić bobu. Zresztą, sama nie wiem czy smakowałby tak samo, jak ten ugotowany z koperkiem, jedzony w upalne, polskie, letnie popołudnie.

Śniło się mi także, że stałam w korku w Alei Jana Pawła, w Warszawie i obudziłam się z płaczem, że to był tylko sen.

Tęsknię za tym bobem, a to, że wspominam stołeczne korki, jest już chyba wyrazem jakiejś wewnętrznej desperacji.

Tęsknię za domem. Tęsknię za tym moim polskim domem.

Kiedy przychodzi nostalgia…

Wszystko było ok. Po miłym dniu, przychodził kolejny miły dzień. Sąsiedzi i ekspedientki w sklepie pozostają tak samo radosne, jak przez ostatnie cztery lata. Nie ma załamania pogody, a słońce wygląda codziennie mimo, że mamy środek zimy. Mam doskonałą kawę na wyciągnięcie ręki, a w ogródku wyrósł mi pierwszy ananas. Mam za sobą fantastyczny weekend w towarzystwie dziewczyn, które poznałam na tym końcu świata, pracę, w której mnie doceniają, a poziom zadowolenia w związku utrzymuje się raczej na stałym poziomie.

I nagle bach.

Budzę się i zanim podniosę głowę z poduszki, już płaczę. Za tym snem, który okazał się być tylko snem. Wstaje i znów łza cieknie mi po policzku, bo wzrok zawiesza się na ramce ze zdjęciem bliskich. Dzwonię do pracy, że jestem chora, bo samopoczucie psychiczne zwala mnie z nóg. Siadam w piżamie na kanapie i tylko się rozkręcam. Na Instagramie podglądam moje przyjaciółki, które razem odpoczywają w Sopocie. Na Facebooku widzę filmik z Mazur, gdzie moja sześcioletnia siostrzenica zasuwa na windsurfingu. Mam ochotę na kanapkę z białym serem i dżemem, ale tu nie ma białego sera. Robię więc sobie taką tylko z dżemem, ale paskudny, tostowy chleb nie chce przejść mi przez gardło. Rozmawiam z mamą na Skypie i ściska mnie, że zamiast przytulić mogę tylko porozmawiać.

Ryczę jak szalona i nie mogę złapać tchu. Oczywiście dopiero wtedy, kiedy się rozłączam.

Gdy nieco się opamiętuję, wcale nie robi mi się lepiej. Drażni mnie wszystko, co wokół mnie. Nie mogę oddychać tym powietrzem. Duszę się.

Tęsknię za domem. Tęsknię za tym moim polskim domem.

Ta nostalgia przychodzi znikąd. Wparowuje znienacka, gdy myślisz sobie, że już wszystko jest dobrze, że w sumie to już się zadomowiłeś. Wdziera się agresywnie nie pytając nikogo o zdanie. Odrywa skrzydła, podstawia nogi, śmieje ci się prosto w twarz i wylewa na ciebie wiadro pomyj. A ty jesteś totalnie bezsilny i już ci się nie chce przyklejać sobie do twarzy uśmiechu, dźwigać ciężaru, którego wagę znasz tylko ty. Najchętniej wróciłbyś już dziś.

To nieuleczalna choroba emigranta

Przychodzi niespodziewanie i potem znika. Zazwyczaj. Mogłaby już odejść, bo męczę się z nią od tygodni, a ona jak upierdliwy komar zaczyna bzyczeć, gdy tylko układam się do snu.

Kiedyś tęsknotę uznawano za chorobę psychiczną z objawami podobnymi do depresji. Faktycznie ją przypomina, a ty czujesz się cholernie samotnym szaleńcem! Może być niebezpieczna, gdy przedłuża się w nieskończoność i nie należy jej bagatelizować.

Nostalgia jest cwana. Oszukuje. Wykorzystuje niezwykłą umiejętność naszego mózgu do wykreślania negatywnych wspomnień i tworzenia idealnych obrazów, za którymi tęskni się jeszcze bardziej.

Trzeba ją przepracować, a nie gubić w tabunie kurzu, który pojawia się po ruszeniu w wir pracy, który pojawia się, gdy zaczynamy od niej uciekać. Bo nostalgia uczy wiele o sobie samym i, przewrotnie, wzmacnia.

Przynajmniej tak mówią. Taka jest tęsknota emigranta.