Moje wizyty w Polsce bywają przepełnione refleksjami, refleksjami na temat codzienności i ludzi. Refleksjami, które budzą skrajne emocje, raz wzruszają, czasem śmieszą, a potem zaczynają dziwić. Ponad cztery lat w świecie sprawiły, że nie tylko idealizuje (bo tęsknota przecież idealizuje), ale też – przestaję rozumieć. W polskiej rzeczywistości odnajduję rzeczy i cechy, od których odwykłam, albo patrzę dziś po prostu z innej perspektywy.

Od czego odwykłam na emigracji

1. Alkohol na stacjach benzynowych

W Australii alkohol kupuje się tylko w monopolowych otwartych zazwyczaj do 22:00, a o piwie na stacji benzynowej można zapomnieć. I tak, jak na początku nieco mnie to wkurzało (nie zliczę, ile razy zapomniałam się i przystanęłam na stacji po piwo, a tu klops), tak teraz, widok ściany zastawionej szeroką kolekcją wódek i lodówek wypełnionych browarami po szybkę, na polskiej stacji benzynowej, zupełnie mi nie pasuje. Kierowcy i pasażerowie powinni się raczej trzymać z daleka od napojów procentowych, czyż nie?

2. Szaleni kierowcy

Jeśli jesteśmy przy kierowcach… Tak, polscy kierowcy to wariaci, namiętnie łamiący przepisy (czy to w mieście czy w trasie), a w Australii jest zupełnie odwrotnie – prowadzących można uznać za ciapy zbyt dokładnie przestrzegające przepisy. Nikt się tu specjalnie nie spieszy, nie ściga, nie przepycha i nie szarżuje. Australijczycy mają duży respekt do prawa i… do swojego portfela – mandaty w Australii są tak wysokie, że płacenie ich zupełnie się nie opłaca. Dziś, jeżdżąc po polskich drogach, nie czuje się pewnie, a widok pędzącego wprost na mnie auta w lusterku, nieco mnie paraliżuje. Po co się tak spieszyć?

3. Napiwki

Za dobry serwis trzeba wynagradzać, zgoda. Ale, gdy żyje się w społeczeństwie, gdzie napiwków się nie daje (a w Australii się nie daje), szybko można się odzwyczaić od nawyku dodawania dziesięciu procent do kwoty rachunku. Na szczęście, Polsce daleko do Stanów, gdzie napiwki są wręcz obowiązkowe, a wynoszą nawet dwadzieścia dwa procent… I to bez względu na to, czy serwis ci pasuje czy nie.

4. Kawa

Miłośniczką kawy zostałam w Australii, a kawa jest tu tak dobra, że każdy wyjazd za granicę wiąże się dla mnie z rozpaczliwym poszukiwaniem substytutu. Muszę przyznać, że przy każdej mojej wizycie w Polsce udaje się mi znaleźć kawę coraz lepszą, ale… dlaczego taką drogą? W Australii kawa kosztuje jakieś cztery dolary, co przy tutejszych zarobkach można by porównać do czterech złotych. W Polsce – jakieś dziesięć! Dziesięć złotych na kawę to lekka przesada.

5. Podkreślanie inności

Czy to wyznaniowej, narodowościowej czy jakiejkolwiek innej. Życie w kraju wielokulturowym, gdzie wśród sąsiadów mam zarówno Afgańczyków, Chińczyków, Włochów czy Brazylijczyków, a w promieniu dziesięciu kilometrów znaleźć można pięć różnych kościołów, przyzwyczaiło mnie do inności. Akcent, kolor skóry, odmienny ubiór, zupełnie już nie zwracają mojej uwagi. Tym samym jestem wyczulana na tych, których uwagę to przyciąga (i nie chodzi mi tu absolutnie o rasistowskie komentarze czy brak tolerancji) – moich rodaków, Polaków. Czy to naprawdę ma znaczenie?

6. Wszechobecne bilboardy i reklamy

To jest jedna z pierwszych rzeczy, które zauważam już w drodze z lotniska do rodzinnego Milanówka – trasa z Warszawy wręcz oklejona jest wszelkiego rodzaju reklamami, a w mieście jest ich chyba jeszcze więcej. Plakaty, bilboardy, szmaty z napisami szczelnie wypełniają powierzchnie płotów, a niezgrabne, pstrokate, świecące szyldy „zdobią” urocze ryneczki w calej Polsce. Dramat! Dramat razy dwa. Bez pomysły, ładu i składu, za to skutecznie – szpecą polski krajobraz. Umiaru tu brak.

7. Reklamy lekarstw w telewizji

Nie zdawałam sobie sprawy, ile reklam lekarstw i suplementów diety może zmieścić się w dwunatstu minutach. Czyżby polskie kanały telewizyjne szły na rekord? W Australii też reklamuje się środki farmakologiczne, a bloki reklamowe są przydługie i beznadziejne, ale… Promocja lekarstw w Polsce nieco przeraża!

8. Palacze i pety

Oczywiście, w Australii też występuje „gatunek” palacza, jednak w porównaniu do polskich realiów, palaczem jest się tutaj raczej na własnym podwórku. Zakazy są wszechobecne, a buchanie dymem na przechodniów i wyrzucanie petów pod nogi można uznać za rzadkość.

9. Przepuszczanie pieszych

Tak, niezbyt dobrze, a jednak. W Australii najważniejszy jest kierowca, więc to pieszy musi czekać cierpliwie na możliwość przejścia na drugą stronę. Przed pasami nikt specjalnie nie zwalnia, nikt specjalnie nie przejmuje się uprzejmościami. Więc niech wam nigdy nie przyjdzie do głowy narzekanie na polskich kierowców, bo naprawdę są kulturalni!

10. Filmy z lektorem

Nie jestem w stanie zdzierżyć serialu czy filmu, gdzie głosy głównych bohaterów przykrywa się głosem lektora, który robi zarówno za kobietę, mężczyznę jak i dziecko. Kiedyś zupełnie mi to nie przeszkadzało, ale jak widać szybo odwykłam. Bo wielką przyjemnością jest słyszeć oryginalne głosy bohaterów, a zawsze można przecież włączyć napisy. Moi australijscy znajomi uważają lektora za zjawisko niezwykłe i zupełnie niezrozumiałe.

Chyba o czymś zapomniałam…

Są jakieś rzeczy, które kiedyś wydawały wam się oczywistością, a dziś już niekoniecznie?