Mieliśmy nie jechać nigdzie. Tym razem miała być piżama w kratę, puchate kapcie, fajerwerki w telewizorze i gorąca czekolada zamiast szampana. Taki był plan na Sylwestra, ale plan ten uległ drastycznej zmianie, bo po pierwsze temperatura na poziomie 30 stopni w nocy nie sprzyja piciu gorącej czekolady, po drugie temperatura ta zachęca raczej to chodzenia nago i na bosaka, a po trzecie to nas po prostu nosiło.

D’Aguilar National Park

Chyba obydwoje jesteśmy uzależnieni od chociażby takich ‚tyci tyci’ wycieczek, więc zapakowaliśmy trochę kempingowych rzeczy, dmuchany materac, podróżną lodówkę i ruszyliśmy naszym białym vanem, zwanym Billy, na wycieczkę. Nowy Rok spędzimy w D’Aguilar National Park, w parku narodowym który znajduje się zaledwie godzinę drogi, w głąb lądu, od Brisbane. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak piękne miejsca ma pod nosem! Wcale nie trzeba daleko jechać.

Z Brisbane jedziemy w kierunku Mount Mee, do północnej części parku. Mogliśmy wybrać szybszą opcję autostradową, ale chcemy się trochę pogapić, więc przemieszczamy się mniejszymi, uroczymi ścieżkami, podążając za znakami ‚tourist drive 29’ (wspominałam Wam o tych australijskich oznaczeniach tutaj). Wybór oczywiście okazuje się bardziej niż słuszny, bo krajobrazy są niewymownie piękne i bardzo, bardzo zielone. Nad dolinami i wzgórzami unosi się lekka mgła, dzięki czemu okolica zdaje się być więcej niż bajkowa.

W dordze

Z miasteczka Dayboro, gdzie czas zatrzymał się kilka dekad temu, skręcamy w prawo, w kręte górskie drogi i po niecałych 15 minutach jesteśmy w parku. Zatrzymujemy się w The Gantry, dziennym miejscu do odpoczynku i starym tartaku zarówno, który wyposażony jest w łazienki i miejsca do grillowania.

Okolica jest cudowna, ptaki ćwierkają z każdej strony, a pochmurne niebo momentami się przejaśnia. Wszędzie roznosi się intensywny, eukaliptusowy zapach. To jest zapach, który już zawsze będzie przywoływał w moich myślach Australię. Idziemy na krótki spacer przez las deszczowy. Szlak jest świetnie przygotowany do spacerów, zresztą jak większość szlaków w Australii. W krzakach skaczą malutkie wallabies (rodzaj kangurowatych), co chwilę szeleszczą liście, jakby coś przemieszczało się w naszym kierunku. Sam idzie przodem i bierze na klatę wszystkie pajęczyny oraz kontrolę terenu. Jesteś niezastąpiony kochanie, wiesz?

Las Deszcowy D'Aguilar NP

Dotlenieni i głodni zabieramy się za grillowanie. Nakrywamy stół, odpalamy gazowe barbecue, otwieramy butelkę ginger beer (bezalkoholowego australijskiego napoju) i pilnujemy jedzenia. Czemu musimy go pilnować? Bo odkąd otworzyliśmy lodówkę, otoczyła nas zwariowana ptasia armia. Jest banda groźnych magpajów (potrafią wlecieć w ciebie, jak strzała i dziobnąć cię w głowę), no i są zahipnotyzowane kiełbaskami z grilla kookaburry. Chwila nieuwagi wystarczy i… ziuuu! Cwana kookaburra ląduje na naszym stoliku i bezszczelnie zawija kiełbaskę z indyka! Czy to już jest kanibalizm?

Kookabarry

Jedziemy dalej, w las. Będziemy nocować na kempingu w buszu, więc plan jest taki żeby dotrzeć tam przed zmrokiem. Drogi są piaskowe, momentami bardzo strome i teoretycznie dostosowane do aut z napędem na cztery koła, ale Billy daje radę. Zatrzymujemy się w międzyczasie w różnych punktach widokowych i przy wodospadach, które na nasze nieszczęście są wyschnięte. Teraz w Queensland powinna być już pora deszczowa, ale póki co mało pada, więc w strumykach wody jak na lekarstwo.

Zjeżdżamy piaskową ścieżką w prawo, bo podobno jest tam jakiś fajny szlak spacerowy. Faktycznie jest i jesteśmy tu tylko my. Cały teren dla nas! Uzbrojeni w butelkę wody, ruszamy na podbój lasu. I znowu tu i tam skaczą kangury, ptaki głośno ćwierkają, a ich śpiew miesza się z dźwiękami dżungli. To jest prawdziwy las deszczowy, taki z palmami, eukaliptusami i olbrzymimi figowcami! Na szczęście spotykamy w tym lesie tylko miłe zwierzątka i roślinki. Tak straszą w tej Australii wężami i pająkami, a ja tu jestem kilka miesięcy i widziałam jednego niezbyt ładnego, ale niegroźnego pająka i żadnego węża. Czyżby to wszystko to była ściema, czy ja mam takie szczęście?

D'Aguilar National Park

Nagle Sam się zatrzymuje. Gwałtowanie wyciąga rękę w prawo i zatrzymuje również mnie, robiąc trzy kroki w tył. Nic nie mówi. Patrzę na niego zaniepokojona, a on wskazuje na powalony pień, leżący kilka metrów przed nami. Patrzę i nie wierzę. Na pniu leży zwinięty w kłębek, gruby wąż w paski i udaje że go nie ma! Najprawdziwszy wąż taki, jak w zoo! Czyżbym pomyślała o wężach i pająkach w nieodpowiednim momencie? Sam decyduje, że zawracamy, a ja spanikowana grzecznie wykonuję polecenie. Nie wiemy, co to za wąż więc lepiej nie ryzykować, bo znajduje się on w idealnej pozycji do ataku! Aaaaaaaaa!!! Ta sytuacja przypomina, że w Australii trzeba być czujnym.

 Węże w Australii

Dyskutując, czy to tiger snake, czy pyton (dziś wiemy, że był to pyton, który teoretycznie nic nie powinien nam zrobić) jedziemy dalej i docieramy wreszcie do celu naszej podróży, na kemping Neurum Creek. Zarezowaliśmy miejsce przez internet, bo to państwowy kemping więc trzeba się zgłaszać z wyprzedzeniem. Jesteśmy w środku nigdzie. Wokół tylko drzewa, w telefonach brak zasięgu, nad głowami szalejące papugi. Jest wspaniale!

Ognisko w lesie

Totalnie odcięci od rzeczywistości bujamy się w hamaku, pijemy zimne piwo, rozpalamy ognisko i zastanawiamy się, jak tu nie przegapić północy, bo dziś Sylwester. Ledwo, ledwo, ale się udaje. Odliczamy do zera, dajemy sobie noworocznego całusa i odlatujemy w błogi sen na pace naszego vana.

O świcie budzą nas charakterystyczne leśne dźwięki. Szumy, stukania, piski. Wstajemy i kto na nas czeka przez samochodem?! 5 jaszczurek, a właściwie to jaszczur. Są wielkie i ewidentnie przyszły na śniadanie! Na nasz widok rozbiegają się po okolicy, ale co chwilę zaglądają z powrotem sprawdzając, czy nie zostawiliśmy jakiegoś żarcia. To są jaszczury z rodziny waranowatych, niegroźne wersje smoków z Komody (smoki możecie zobaczyć tutaj).

 Waran

Warany

Pakujemy obóz i jedziemy w stronę południowej części parku D’Aguilar, przez kolejne nieco zapomniane miasto Kilcoy, zachodnią stroną jeziora Somerset, w dół aż do Mount Glourious. Po drodze pluskamy się w naturalnych źródełkach. Do niektórych trudno się dostać, w innych trochę ludzi, a w jeszcze innych niezbyt czysta woda.

Krajobraz, co chwilę się zmienia. Jeszcze przed kilkoma minutami była szutrowa droga i lasy deszczowe. Potem zrobiło się sucho, a teraz wokół pola i wiocha na całego. Niebo jest super błękitne, a chmury idealnie białe. To są właśnie road tripy w Australii – pełne niespodzianek i zachwytów.

Road Trip

Wreszcie docieramy do jeziora Somerset i szczęki opadają nam do ziemi. Jak tu jest pięknie! Rozdarte na kawałki jezioro z krystalicznie czystą wodą, która wtapia się w połacie zieleni, jak roztopione lody w bitą śmietanę. Zamarzyła nam się łódka, albo skuter wodny, bo aż szkoda nie korzystać z uroków tego miejsca, jak jest tak blisko od domu.

Nie możemy się otrząsnąć z naszych nowych marzeń, ale jedziemy dalej. Nasz biały van ma przed sobą trochę wyzwań, bo chwilami robi się bardzo stromo. Podążamy za znakami ‚tourist drive 9‚, w kierunku góry zwanej Przepiękną. Zatrzymujemy się na przydrożnych kempingach i przy punktach widokowych, a potem idziemy  na 4 kilometrowy treking przez kolejny deszczowy las w Maiala. 

W Mount Glorious robimy przystanek na kawę i głaszczemy po brzuchu buddę w jednej z przydrożnych knajp. Podobno to przynosi szczęście, a szczęście nigdy za wiele.

Samford

Tuż przed zmrokiem dojeżdżamy do Samford. Miejscowość ta leży zaledwie 20 minut od naszego domu, ale decydujemy się zostać na noc. Dzięki poleconej przez znajomych z pewnego polskiego busa aplikacji Wiki Camps, bez problemu znajdujemy kemping. Jesteśmy sami, więc czeka nas romantyczny wieczór pod gwiazdami z szampanem, którego nie wypiliśmy wczoraj. Ach to australijskie niebo z milionem światełek! Ach te australijskie wycieczki! Ach te krajobrazy! Ach ta przyroda! Ach ta miłość.