Wyspa Moreton kusiła nas już długo, ale ciągle nie było nam tam po drodze. Tak to bywa z miejscami, które są tuż za rogiem, czyż nie?

Moreton Island leży w pobliżu Brisbane i oddziela zatokę Moreton od Morza Koralowego. To jedna z większych wysp piaszczystych na świecie, jednak nie tak rozchwytywana jak jej popularna siostra – Fraser Island. Właściwie, w porównaniu do Wielkiej Wyspy Piaszczystej (czyli Fraser Island), prawie nieznana…

Moreton lubiana jest głównie przez miejscowych, Australijczyków przyjeżdżających do Brisbane z innych stanów oraz przez Azjatów, którzy z jakiegoś powodu zostali jej wielkimi fanami. Ci zatrzymują się w jedynym dostępnym kurorcie, Tangalooma Restort. Oprócz tego ośrodka na Moreton są jeszcze domki do wynajęcia, mnóstwo świetnych miejsc na biwak, chyba dwa bary i jeden sklepik.

A czego nie ma? Nie ma dróg. Znaczy są – szutrowe lub zlewające się z plażą. Aby wybrać się na Moreton Island, trzeba wykupić wycieczkę lub posiadać auto z napędem na cztery i wtedy można zorganizować ją sobie samemu. Jest też możliwość wybrania się tam na jednodniowy, pieszy wypad, ale wtedy zobaczymy tylko to, co wokół wspomnianego kurortu, gdyż tam dobija prom.

Czy warto jechać na Moreton Island?

Warto! Szczególnie, jeśli kocha się przyrodę. Co prawda nie ma tu dingo, kangurów ani koali, ale są za to delfiny, które przypływają każdego ranka, powiedzieć „dzień dobry”.

Wyspa Moreton szybko stała się moją ulubioną. Zaraz przekonacie się dlaczego.

Na początek – wspomnienia filmowe! Obejrzyj i zasubskrybuj nasz kanał na Youtubie.

Nasza wycieczka na Wyspę Moreton

Wypłynęliśmy po południu, bo na poranną przeprawę nie było już biletów. Na wyspę kursuje tylko jeden przewoźnik i niestety, jak to bywa w przypadku braku konkurencji, jest pioruńsko drogi i nie najlepiej zorganizowany (bilety dobrze rezerwować z wyprzedzeniem i unikać świąt oraz australijskich wakacji).

Łajba sunęła powolnie przez półtorej godziny, tak powolnie, że aż irytująco. Do tego brudne kible i kawa-lura za pięć dolców. Myśleliśmy tylko o tym, żeby zejść na ląd.

Gdy wreszcie dotarliśmy, trzeba było się spieszyć, bo przypływ miał niedługo osiągnąć maksimum – to jeden z tych aspektów, o których nie można zapomnieć, planując przejażdżki po plaży. Ruszyliśmy na północ, w kierunku tzw. Northern Beaches. Na tym odcinku, od strony zatoki, zarezerwowaliśmy sobie pole kempingowe (ponoć to najlepsza część wyspy na nocleg, bo mniej wietrzna). Te są rozsiane zaraz na skraju plaży, ale rezerwując nie otrzymujesz konkretnego miejsca. Musieliśmy się nieco naszukać, bo sporo osób zdążyło się rozbić przed nami. W końcu jednak znaleźliśmy sympatyczny zakątek. Idealny na relaks, zupełnie dziki.

Wokół nie było zabudowań. Żadnych. Nie było toalet. Mieliśmy swoją. Nie było pryszniców. Mieliśmy swój. Nie było sklepów. Mieliśmy prowiant. Byliśmy całkowicie samowystarczalni i gotowi na kemping w pełnym tego słowa znaczeniu. Pozostało tylko otworzyć zimne piwo i rozpalić ognisko. Tuż przez zachodem słońca, na gałęzi przysiadły dwie kookaburry – tu była dziś ich sypialnia, zaraz koło naszej.

Zaśmiały się głośno dopiero o świcie i zniknęły w przestrzeni. Odchyliłam klapę namiotu. Zaraz przy brzegu, prawie na wyciągnięcie ręki, sunęła sobie zgraja delfinów. Sen poszedł w zapomnienie.

Południowa-zachodnia strona wyspy

Ruszyliśmy szlakiem przez środek wyspy, aż na mały cypel poniżej Tangalooma Resort. Fragment plaży był usłany rozgwiazdami. Nigdy wcześniej nie widziałam ich tak wielu. Dalej rozsypywał się piasek potężnych wysp, a woda cofała się w odpływie na tyle daleko, aby umożliwić długie spacery po mieliźnie. Pod nogami biegały miniaturowe kraby, a na płyciznach wygrzewały się płaszczki.

Południowa strona wyspy

Na południu wyspy, w małym miasteczku Kooringal, znaleźliśmy knajpę. The Gutter Bar to klimatyczne, idealne miejsce na łyk schłodzonego piwa imbirowego.

Wchodnia strona wyspy

I wreszcie wylądowaliśmy na plaży, ale od strony oceanu. Agresywne fale dawały znać, że tu zaczyna się dziksze terytorium. Autostrada (czytaj plaża) była raczej wyludniona, tyle gdzieniegdzie, w krzakach, ukryte były dzikie obozowiska.

Nasze znajdowało się po przeciwnej stronie wyspy i musieliśmy przebić się do niego przez wyboisty, piaszczysty (jakby inaczej) szlak. Niestety, gdy jest się pasażerem, przyjemność jest z tego raczej zerowa.

Tuż przez zachodem słońca, na gałęzi przysiadły dwie kookaburry – tu była dziś ich sypialnia, zaraz koło naszej.

Północno-zachodnia strona wyspy

Drugiego dnia ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, na północ, w stronę latarni. Ta część wyspy jest zdecydowanie bardziej różnorodna i chyba też bardziej rozwinięta, ale przez to też bardziej tłoczna.

Przy plaży (i na plaży) widać mury starych bunkrów, pozostałości po zabudowach stworzonych podczas Wojen Światowych ubiegłego stulecia. Jest też zardzewiały wrak statku i strumyk utrudniający nieco przejazd, a przy przypływie zupełnie go uniemożliwiający.

A na końcu turkusowa woda rozbija się o skały nieco gwałtowniej. To Champagne Pools, gdzie piana fal zbiera się między kamieniami. Po krótkiej wspinaczce doszliśmy na ładny punkt widokowy. Na dole rozciągała się romantyczna zatoczka, Honeymoon Bay.

Północna strona wyspy

Aby dojechać do sławnej latarni, zmuszeni byliśmy zjechać na szlak w głębi wyspy, bo północne wybrzeże jest zbyt kamieniste. Ta stoi dumnie (jak to latarnie mają w zwyczaju), wymalowana w czerwone pasy i strzeże porządku. Domyślacie się zapewne, jak wielka była moja ekscytacja, gdy wreszcie tam dotarliśmy? Ta niezrozumiała miłość do latarni morskich trwa, rozwija się, pogłębia, przy każdym kolejnym spotkaniu. Bo jakby tak zostać kiedyś latarnikiem…

Latarnia na przylądku Moreton jest najstarszą latarnią w stanie Queensland, zbudowaną ją w 1897 roku. Panorama jest stąd fantastyczna – widać długą plażę (tą, która ciągnie się od strony morza), zielone tereny na środku wyspy, a przy pogodnym dniu – zarys australijskiego lądu. W głębinach, gdzieś tam w dole, wypatrzyliśmy za to żółwie. Podobno ci bardziej uważni zobaczą też rekinie płetwy. Nie wiem, czy bym chciała…

Środek wyspy

Było upalnie. Ruszyliśmy w kierunku jedynego miejsce, gdzie można się porządnie schłodzić – jeziora Blue Lagoon. Żal, że blue było raczej brown. Niebieska laguna nie posiadała ani odrobiny odcienia błękitu. Przypominała raczej nie najpiękniejsze mazurskie jezioro, skryte w szuwarach. Szczęśliwie – kąpiel była orzeźwiająca, a tego właśnie pragnęliśmy.

 

Popołudnie spędziliśmy po raz kolejny na szerokiej plaży od strony można, by potem znów przebić się przez wyboisty odcinek w kierunku naszego kempingu. Po drodze zboczyliśmy nieco z trasy i postanowiliśmy wspiąć się na Górę Tempest, a stamtąd uchwycić kolory zachodu słońca. Wchodzenie na piaskowy szczyt to wyzwanie, któremu sprostał jedynie Sam. I nie jest przekonany, czy było warto.

I tej nocy kookaburry drzemały na tej samej gałęzi.

Zachodnia strona wyspy

Najpopularniejszą atrakcją Moreton Island jest snorklowanie przy wrakach Tangalooma Wrecks. Niedaleko Tangalooma Resort, zaraz przy miejscu, gdzie dobija prom, na dnie zatoki spoczywają zardzewiały statki, które obrosły rafą koralową. Jest ich piętnaście i zostały tu zezłomowane w 1963 roku, aby stać się wabikiem dla ryb i poszukiwaczy przygód.

Dobrze wybrać się tam o świcie lub późnym popołudniem, gdy odjadą już jednodniowi urlopowicze. Tak właśnie zrobiliśmy. Dla mnie, pływanie tuż przy tych konstrukcjach było zbyt… przerażające. Bujna wyobraźnia nie pozwalała się mi zrelaksować, a Sam był tym razem zachwycony.

Moreton Island to fajne miejsce na kilkudniowy wyjazd. Trudno się tu nudzić, ale można, jeśli tylko czujecie taką potrzebę.

Poczytaj o innych wyspach w okolicy:

Fraser Island

North Stradbroke Island

A tu znajdziesz więcej pomysłów na to, jak spędzić czas w Brisbane.