Spotkaliśmy się w Podkowie Leśnej w grudniu rok temu.  Wpadłam do znajomych na drinka, żadna szczególna okazja. Jak zawsze spontanicznie, pogadać, spędzić razem fajnie czas. Lena i Fox też wpadli. I tam się poznaliśmy, a dziś po roku spotykamy się w Melbourne. „Nic się nie dzieje bez przyczyny” – jak to powiedziała wczoraj moja przyjaciółka. „Na świecie są znaki, które trzeba znaleźć, odczytać i złożyć w całość. I Tobie się udało”. Kasiek, trafiłaś w dziesiątkę.

Melbourne podczas samotnej podróży dookoła świata 2012/2013. Tajlandia – Malezja – Indonezja – Australia – Nowa Zelandia – Polinezja Francuska – Chile – Peru – Kuba – Meksyk. 

Wspomnienia z Melbourne. Część 1

Jest 20 grudnia, 4 dni przed Świętami, a ja tak daleko od rodziny. Kolejne doświadczenie – Boże Narodzenie poza domem. Ale najważniejsze, że nie w samotności. Fox odbiera mnie z lotniska. Jak ja się cieszę, że go widzę!!! Nie wiem skąd ta radość, w sumie się nie znamy, a czuję się jakbyśmy przyjaźnili się od lat. Jedziemy pick upem przez miasto. Zawsze marzył mi się taki pick up! Gadamy, gadamy, gadamy i wreszcie docieramy do Caulfield. Lena czeka w domu z meksykańskim obiadem. Rzucam jej się na szyję ze łzami w oczach! O co tu chodzi? Czemu ja się tak cieszę? Przecież widzieliśmy się dwa razy w życiu. Na szczęście oni też się cieszą, nie wychodzę na głupka.

Jeszcze rok temu Lena i Fox mieszkali w Polsce. Jak się spotkaliśmy pierwszy raz, to byli na 3 miesiące przed wyprowadzką do Melbourne. Od razu wiedziałam, że do nich przyjadę. Oni też wiedzieli, że przyjadę. Jestem ostatnią osobą, jaką Lena i Fox poznali w Polsce i pierwszą, która odwiedza ich w Australii. Układają sobie życiu tu. I świetnie im idzie. Fox pracuje, a Lena… Lena jest w ciąży! Nie planowali tego, po prostu się stało. Powiedzieli, że tak miało być, że nie bez powodu stało się to tu, a nie w Polsce. To jest ich miejsce na ziemi, ich dom, zarzucili kotwicę, zakładają swoją rodzinę i wierzę, że będzie im tu najlepiej! Czy już dziś mówiłam, że nic się nie dzieje bez przyczyny?

Fox wieczorem idzie do pracy, a my na spacer po okolicy. Caulfield to żydowska dzielnica. Piękna i urokliwa. Są stare kamieniczki, uliczki z domkami w wiktoriańskim stylu, jeżdżą tramwaje które są symbolem Melbourne, są tzw. milk bary, czyli mini sklepiki prowadzone głównie przez Azjatów, gdzie można kupić gazetę i coś do picia, są kawiarenki, piekarenki, kwiaciarenki. Jest spokojnie, bardzo czysto, tak po żydowsku. W parku pływają olbrzymie kaczuchy, a wieczorem po dachach zasuwają possumy, czyli takie miejscowe zwierzaki trochę przypominające szczura, a trochę łasicę. Tak. Już jest wieczór. I są possumy. Trochę się z Leną rozgadałyśmy.

Jak wstajemy Foxa już nie ma. Pracuje ciężko. Na szczęście już ostatni dzień. Od jutra ma urlop i spędzimy razem więcej czasu. Ale lubi to. Zarabia proporcjonalnie do wkładanego w pracę wysiłku i zawsze słyszy dziękuję. Niby nic, a jednak to takie ważne. Szkoda, że polscy pracodawcy rzadko mają w naturze mówienie „dziękuję”. To naprawdę takie proste…

Mamy z Leną dzień dla siebie. Łapiemy tramwaj i jedziemy na St Kildę, czyli w dość imprezową dzielnicę. W ciągu dnia wszystko pozamykane, ale nadal można spotkać kilku frików. Jest fajnie. Spacerujemy nad zatoką. I oczywiście jest plaża dla ludzi i plaża dla psów. W Australii bardzo kochają zwierzęta. Nie spotkasz tu żadnych błąkających się samotnie burków. Na każdym rogu jest klinika weterynaryjna i sklep dla zwierząt. Psy jeżdżą na pakach pick upów, pływają w morzu, biegają po parkach. Są szczęśliwe. Moja Frania też by była! Tęsknie za piechem, szczególnie jak widzę wszędzie te roześmiane, labradorowate mordki. Ech… Na szczęście wiem, że Frani dobrze. Mamo, tato? Dbacie o nią, co nie?

Tuż nad zatoką jest Luna Park. Stuletni! Wchodzi się przez taką gębę. Czad. Obok wielki teatr. No i molo – St Kilda Pier, a na końcu jedna z najstarszych kawiarenek – St Kilda Kiosk, odbudowana w 2005 roku po pożarze. Wcinamy pyszne fryty i oczywiście nawijamy, jak kataryny. A za Kioskiem, na cyplu, wychodzą wieczorem pingwiny. Kto by pomyślał. Pingwiny w Melbourne.

Znowu wskakujemy do tramwaju i ruszamy do centrum, a tam wszędzie świąteczne dekoracje. Na maksa zielona choina, czerwona kokarda zawiązana na ratuszu, bombki porozwieszane na latarniach! Wszystko z gustem i ze smakiem, w najlepszym wydaniu. Świąteczna atmosfera jest wyczuwalna na całego. I wiecie, co? Jeszcze tydzień temu bardzo bałam się Świąt. Pamiętacie, pisałam o tym. A teraz… A teraz wcale się nie boję! Wiem, że to będzie wspaniała gwiazdka! I że wy wszyscy tam o mnie myślicie, a ja myślę o Was. I mimo, że jestem daleko, to jestem bardzo szczęśliwa.

Trochę łazimy po mieście. Jest tłum! Pełno ludzi. Czas na ostatnie, świąteczne zakupy, a do tego są wakacje więc sporo turystów. Przedzieramy się zatłoczonymi chodnikami, aż do Federation Square. I tam odpoczywamy, zbieramy trochę ulotek z informacji, w której można dowiedzieć się chyba wszystkiego o tym, co aktualnie dzieje się w mieście i obserwujemy. Melbourne to połączenie tradycji z nowoczesnością, starych budynków i nowym wieżowców i kulturowa mieszanka. Intrygująca mieszanka.

No to jak Wam się podoba? Bo mi bardzo! Melbourne to kolejny powód do kochania Australii.

Ale czym byłaby Australia bez zwierząt? Nie chodzi tylko o koale i kangury. Dziś jedziemy na papugi! Białe, skrzydlate, wiecznie głodne stwory z żółtym pióropuszem na głowie. Ała! Jak ci trzy usiądą na ręce i wbiją pazury to nie jest za przyjemnie! Ale są piękne, i te małe czerwone co się trzymają z boku też są piękne.

Potem mała wycieczka krętymi drogami. Monstrualne drzewa i paprocie na wielkich pniach, zakręt za zakrętem. Jesteśmy w górach. Co to za urocze miasteczko? Olinda. Sklepiki, jak malowane, kawiarenki i pyszna pizza. I oczywiście brak zasięgu w telefonie. Czy to nie jest wspaniałe? Dalej droga wiedzie nas na Mt. Dandenong, skąd ozpościera się niezwykły widok na całe Melbourne, a na drzewach siedzą kookaburry, czyli kolejne, bardzo australijskie ptaki. Takie puchate z dużymi dziobami. A my się gapimy. A potem jedziemy do Donvale na sobotnie barbecue to mamy Leny, Ewy, która mieszka tu ze swoim mężem Harrym. Nie wiem, co mam powiedzieć…. Czuję się, jak w domu. Czy to wystarczy?

Jest upalnie. Zdecydowanie przywiozłam do Melbourne lato. 37 stopni i lampa. Ruszamy 80 km. na wschód, w stronę oceanu, na półwysep Mornington. Może tam będzie chłodniej. W Portsea zaliczamy oceaniczną kąpiel. Brr… Woda zimna, jak nie wiem!  Brr… Orzeźwiające zdecydowanie. Potem czas na fish and chips w Sorento. Zaraz pęknę. Trzy pudełka frytek na naszą trójkę to zdecydowanie za dużo! Ryba pyszna. Sorento cudne mimo, że trochę pełne w czasie sezonu. Ale to taka turystyczna miejscowość, która mi się podoba. Nie ma wielkich hoteli, tylko małe kamieniczki. Nie ma centrów handlowych, tylko lokalne sklepiki. Fajnie. Wracamy drogą wzdłuż wybrzeża. Zaliczamy lody kupowane w vanie i przystanek na klifie z cudnym widokiem!

A na koniec Brighton. To już chyba za dużo dla mnie! Kolorowe, jak tęcza drewniane domeczki ustawione równiutko na plaży i powoli zachodzące słońce. Brak mi słów. Jak ja się cieszę, że tu jestem!!! Nie wiem, który jest mój ulubiony. Ten pastelowy? A może ten czerwono żółty? Albo nie! Ten fioletowy! Ten za australijską flagą też śliczny. Chciałabym kiedyś taki domek. Mogłabym tu siedzieć godzinami.

I wiecie co? To nie koniec cudowności na dziś! Na kolację mamy zupę ogórkową! Moją ulubioną ogórkową, z ogórków ukiszonych przez babcię Leny. Pycha!!! Babcia też mieszka w Melbourne. Przeprowadziła się tu kilka lat temu z Grodziska Mazowieckiego, który wydawał jej się pępkiem świata. Teraz jest tu, ma męża i dobrze jej się żyje. Najlepiej. To niezwykła historia. Lena była na ślubie swojej babci! Fajnie, co?

Kolejny dzień w Melbourne… Budzę się, wyglądam przez okno. Jest wigilijny poranek, a za oknem słońce i 26 stopni. Mamy choinkę. Taką małą, ale klimatyczną. A pod choinką prezenty. Jak ten Mikołaj znalazł mnie w Australii??? Chyba byłam bardzo grzeczna Święty Mikołaju! Pora zacząć świąteczne przygotowania. Lena uzbrojona w wałek i fartuch zabiera się za pierogi. Będą ruskie i barszcz! A co. W Australii Wigilii się nie obchodzi. Najważniejszy jest lunch w pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Ale my sobie Wigilię zrobimy. No chyba, że… Zatrzymają mnie w szpitalu.

Tak. Znowu boli mnie brzuch. I już mam dość! Świetny sobie wybrałam dzień na wizyty u lekarzy, ale mam już tego po dziurki w nosie! No więc, Lena lepi pierogi, a ja siedzę na ostrym dyżurze. W Wigilię! Przebadana krew, wenflon w rękę. Ble. Nie lubię tego. I gapię się sufit. Czy mam jakąś wstrętną chorobę i zostanę tu na zawsze, czy zaraz mnie puszczą do domu? Nie napiszę do rodziców, bo się będą nie potrzebnie martwić… Więc leżę. I czekam. Dostaję smsa od Danniego. Fox oczywiście doniósł, że jestem u lekarza, plotkarz :). „U will be ok! Don’t stress! It could be worse, u could be in a polish hospital…”. Uwielbiam to jego polskie poczucie humoru 🙂 No, ale żeby Was za bardzo nie martwić – wszystko ze mną ok. Złapałam co prawda chyba wszystkie indonezyjskie bakterie. Tak tak. Tropikalna choroba zaliczona. Teraz dwa antybiotyki i za tydzień powinnam się poczuć, jak nowo narodzona! Podsumowując – jeśli czujecie się źle w podróży idzie do państwowego szpitala! Tylko. Od razu was przebadają na prawo i lewo. Bez skierowań i zbędnych pytań.

Dobra. Jestem w domu. Wreszcie siadamy do wigilijnego stołu. Lena, Fox, ja i nasze pyszne pierogi. No i obowiązkowo mikołajowe czapki. Rozpakowujemy prezenty. Dostałam koalę! Cudnego! Zawszę go będę miała przy sobie. Dziękuję Ci Święty Mikołaju! I dziękuję Wam moi przyjaciele, że mogłam z Wami spędzić Święta. Nawet nie wiecie, jak bardzo. Zapamiętam to Boże Narodzenie na zawsze. A teraz pora spać, bo jutro co? Wycieczka na Great Ocean Road!

Ruszamy prawie bladym świtem. I prawie ruszamy. Auto gaśnie, ale na szczęście udaje się je odpalić i możemy jechać. Hej przygodo! Mkniemy sobie trasą, po drodze postanawiamy zaliczyć Geelong – podobno urocza mieścina. Więc zjeżdżamy z autostrady. I tu nasza wycieczka się kończy. Ford odmawia posłuszeństwa i ma jakiś niekontrolowany wyciek. Zepsuł nam się samochód!!! Uwierzycie? Co za pech! Siadamy więc na krawężniku i jemy ruskie pierogi, które zabraliśmy na lunch. Czekam aż auto trochę ochłonie i robimy odwrót. Powolnym tempem wracamy do Melbourne. Wycieczkę na Great Ocean Road, na które nie dotarliśmy, zapamiętam na zawsze. Jak wszystko się udaje i łatwo przychodzi, to człowiek to szybko zapomina. Więc w sumie fajnie, że się zepsuł ten samochód. Będzie, co wspominać.

Wieczorem ruszamy w miasto. Z okazji świąt tramwaje są darmowe, więc zamierzamy to wykorzystać. Wieje, jak nie wiem! szczególnie w Docklands, czyli w najnowszej dzielnicy Melbourne, tuż przy porcie. Wokół same nowoczesne budynki, a na drzewie zainstalowana sztuczna krowa. No i kolejna australijska atrakcja do zaliczenia – wypicie Slurpee, czyli lodowego napoju ze sklepu Seven Eleven. Pycha! Potem spacer przez miasto i świąteczne iluminacje! I wisienka na torcie – telefon z radia Eska. Dzięki Kama, że mogłam wszystkim życzyć Wesołych Świąt wprost z Australii!

Drugi dzień Świąt spędzamy na 21 urodzinach Doris, córki Harrego, męża mamy Leny, Ewy. Tak wiem, brzmi skomplikowanie, ale wcale takie skomplikowane nie jest. No więc jest barbecue i tort ze świeczkami. I oczywiście sto lat odśpiewane po polsku! Lubię tu być. Na prawdę czuję się, jak w domu. Zajadam się australijskimi kiełbaskami i popijam Ginger Beer, pysznym bezalkoholowym napojem. Mniam! Wyskakujemy też z Leną na zakupy. Drugi dzień Świąt do w Australii tzw. Boxing Day, czyli początek wielkich wyprzedaży. A wieczór spędzamy przed telewizorem. Wolf Creek – australijskie kino, opowieść o seryjnym mordercy. Gęsia skórka, głowa pod poduchę! Zabije ich, czy nie? Aaaaa!!!! Boicie się – WOLF CREEK.

Następnego dnia mamy w planie jechać nad jezioro Glenmaggi, nad jezioro, na camping. Jest tam Danny i jeszcze trochę osób. Ale Lena nie czuję się najlepiej. Przypominam, że jest w ciąży! Ja też postanawiam oszczędzić jeszcze trochę swój żołądek, bo wiadomo jak to bywa na campingach. Więc Fox jedzie sam. Montuje przyczepę, wrzuca na nią krossa i jedzie się wyszaleć, ubrudzić się trochę w lesie. A my zostajemy i wcale się nie nudzimy. Idziemy do pralni, takiej jak z filmów, na monety.

27 minut czekamy popijając kawę w kawiarence obok. I tak sobie myślę, że mogłabym tu mieć taka kawiarnię. A nad nią malutkie mieszkanko. Frania leżałaby sobie pod barem, a ja bym może napisała jakąś książkę… Chyba byłabym szczęśliwa. Pranie gotowe. Pachnie. I schnie w sekundę, bo oczywiście pogoda jest super. A my idziemy do kina. Stare kino z klimatem. Malutka sala, wielkie skórzane fotele i nawet można wypić kieliszek wina. A na ekranie „Quartet”. Polecam. No i wpadamy jeszcze na herbatę to polskiej knajpy „After the tears”. Czego jest tu najwięcej? Wódki oczywiście! Ale są też zakąski i przekąski, bigos i rosół. I tłumy ludzi! To chyba najbardziej popularna knajpa w Glen Eira! Wcale się nie dziwię. Jest super.

Fox nadal szaleje na motorze, gdzieś w górach, a my jedziemy do miasta. Na początek odwiedzamy tzw. piramidę – ,, upamiętniającą australijskich żołnierzy walczących w nie swoich wojnach, ale głównie tych walczących w I Wojnie Światowej. Z góry wspaniały widok na miasto. W podziemiach poruszające muzeum. Po południe spędzamy w ogrodzie botanicznym. Relaks w czystej postaci. Czego więcej chcieć od życia?

Tak mi właśnie mija pierwszy tydzień w Melbourne. Jest lepiej niż mogłabym to sobie wyobrazić. Ciekawi jesteście, jaki będzie kolejny? Jeszcze fajniejszy! Będą kangury na wolności, rosół z makaronem. widoki jak z pocztówek i sylwester na plaży, który skończy się dla mnie o świcie, gdzieś na jakiejś górze… To będzie sylwester, który dużo zmieni.

Kliknij i czytaj kolejną część relacji z podróży dookoła świata! 

Więcej o podróży dookoła świata znajdziesz tutaj.

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie mi bardzo miło. Dziękuję! Julia.