Bangkok to miasto pełne cudownych niespodzianek, zapachów budzących apetyt, odrzucającego na kilometr brudu, przyjaznych Tajów i irytujących sprzedawców. To miasto pełne zagadek, magii i… oszustów. To raj dla naciągaczy – naciągaczy tak doskonałych, że nawet doświadczony turysta daje się nabrać.

Po trzech dniach spędzonych w Turcji, lecimy do Bangkoku. Dla mnie to już drugi raz. To tam rozpoczęła się moja podróż dookoła świata, to tam nauczyłam się handlować zepsutym sprzętem elektronicznym, to tam zawarłam pierwsze zaskakujące przyjaźnie. Dla Sama to pierwsze zderzenie z tajską rzeczywistością. Jest chyba jedynym młodym Australijczykiem, który nie spędził pijackich wakacji all inclusive na jednej z rajskich wysepek w Tajlandii. W 2013 roku Tajlandia znalazła się na 4 miejscu na liście najczęściej odwiedzanych przez Australijczyków miejsc na ziemi (tuż za Nową Zelandią, Bali – mówi się, że Bali odwiedziło w zeszłym toku milion Ozzies, Stanami Zjednoczonymi), a Samek nie był ani w Tajlandii ani na Bali. Co jest z nim nie tak?! 😉

Jesteśmy na miejscu. Wreszcie jest ciepło! Wreszcie, po trzech tygodniach orzeźwiających europejskich temperatur. Duchotę da się odczuć już na lotnisku, ale nam to wcale nie przeszkadza. Zgrabnie przeskakujemy w klapki, uzbrajamy się w butelkę wody i łapiemy pociąg do miasta. Niebieska linia do stacji Paya Thai, a potem różowa taksówka na Khao San (upewniamy się, że taksówkarz włączył licznik, nie zapominajcie o tym) i przed nami niekończące się korki. Gdy docieramy do celu, jesteśmy zbyt zmęczeni żeby ruszyć na poszukiwanie noclegu, więc wygodnie rozsiadamy się w meksykańskiej knajpie  (!!!) na Khao San Road. Czemu jesteśmy takimi idiotami? Nie wiem, ale siadamy, jemy obrzydliwe nachos, podłączamy się pod wifi, rezerwujemy hotel, płacimy majątek i idziemy. Na sławnym backpackerskim Khao Sanie znajdziecie knajpy z całego świata, śmiem twierdzić że żadna nie jest dobra. Pójdę nawet dalej –  żadna tajska knajpa na Khao Sanie też nie jest dobra, bo w Bangkoku najlepiej się żywić na ulicy. Zaufajcie mi. Już niedługo Wam co nieco o tym opowiem. 

Nasz hotel jest jakieś 10 minut od Khao Sanu (lepiej się zatrzymać, gdzieś dalej od tego rozrywkowego młynu, jeśli człowiek chce się wyspać, bo w nocy poziom decybeli przekracza tu akceptowalne granice). Zrzucamy plecaki i ruszamy w miasto – zgubić się, bo to najlepsza forma na zwiedzanie Bangkoku. To jest nasz plan na kolejne dwa dni – spacerować i jeść na ulicy, siadać i leżeć tam gdzie mamy ochotę, pić wtedy kiedy chcemy, konsumować nawet jak nie jesteśmy głodni, nie planować i relaksować się (momentami jest to dość trudne, bo Sam jest uzależniony od mapy, ale pracuje nad nim, nic się nie martwcie).

Orientację w terenie tracimy, gdzieś w okolicach Wielkiego Pałacu. Drogi są pozamykane i obstawione przez wojsko, bo w Bangkoku od kilku miesięcy trwają protesty. Zaczepia nas elegancko ubrany pan przemiły Taj, który włada doskonałą angielszczyzną. Jego bielutka koszula błyszczy na odległość. Uśmiecha się od ucha do ucha, opowiada ciekawe historie, plotkujemy przez chwilę, wydaje się że się polubiliśmy, że po prostu fajnie się nam gada. Tak nam się wydaje… potem pan przemiły Taj wysyła nas nad rzekę, na pływający market (Floating Market) – jedną z najbardziej turystycznie turystycznych atrakcji Bangkoku. Doradza jak nie dać się oszukać, żebyśmy powiedzieli że wiemy o cenach dla turystów i dla miejscowych, że to będzie kosztować tyle i tyle, ale jak powiemy że wiemy jak to działa, sprzedadzą nam wycieczkę po standardowej cenie. Dingggg! Zapala się mi się mała żaróweczka, ale zanim wszystkie trybiki zaczynają współdziałać siedzimy już w tuk tuku, który pan przemiły Taj dla nas zatrzymał i jedziemy do przystani. W oddali słyszymy wyciszający się okrzyk pana przemiłego Taja „Powiedzcie w Europie, że Tajowie to dobrzy ludzie!„. Myślimy sobie – powiemy, w końcu byłeś taki miły i uczciwy, i zdradziłeś nam wszystkie tajemnice.

Za tuk tuka płacimy nieco więcej niż powinniśmy, ale za bilet na łódkę chcą już nas nadzwyczajnie w świecie okraść! 1800 Bahtów  za osobę, za godzinny rejsik po paskudnie brudnej rzece. I to już jest „cena dla miejscowych”. Toż to kradzież w biały dzień. Odchodzimy. Tajowie są oburzeni, a my zagubieni. Bo przecież ten pan przemiły Taj był taki przemiły! Na pewno nie chciał nas oszukać. Niemożliwe, wyglądał na uczciwego. A jednak…

Zmęczeni ciężkim powietrzem i sytuacją, marzymy o tym żeby spędzić trochę czasu na wodzie. Wiadomo, że będzie chłodniej. Na wodzie zawsze jest chłodniej. Na przystani obok kupujemy dwa bilety za 800 Bahtów, czyli za 1/4 ceny którą podano nam wcześniej. I co? Okazuje się, że i tak przepłaciliśmy, bo normalny bilet powinien kosztować pewnie kilkanaście Bahtów. Przynajmniej trochę ochłonęliśmy. Z upału, ale nie z nadmiaru emocji. Bo mimo, że w porównaniu to naszych zarobków to wszystko tanio, to niefajnie jak ktoś Cię robi w konia.

Bangkok to takie miejsce, w którym trzeba być czujnym 24h na dobę. To turystyczne miasto, w którym nie ma cudownych „okazji”, w którym przybysz zza granicy jest chodzącym dolarem (albo np. złotówką), któremu da się wcisnąć każdy szajs, to miasto gdzie chętnie nabiją cię w butelkę, bo wiedzą że mogą. Po prostu. Oczywiście nie wszyscy i nie wszędzie, ale wielu nie przepuści okazji, żeby przynajmniej spróbować wyciągnąć od ciebie kilka banknotów więcej.

Oszustwa w Bangkoku, czyli jak nie dać się zrobić w konia.

1. Pałac w Bangkoku jest zamknięty. To już chyba klasyk. Nie przytrafiło nam się tym razem, ale ostatnio jak byłam w Bangkoku, owszem (chociaż ten pan przemiły Taj coś nam chyba wspominał w tym temacie również). Wybierasz się na zwiedzanie pięknego Wielkiego Pałacu i czego się dowiadujesz od pomocnego kierowcy tuk tuka/ elegancko ubranego Taka władającego doskonale angielskim)? Że Pałac jest dziś zamknięty, albo że jesteś nieodpowiednio ubrany. Powodów może być mnóstwo, ale nic się nie martw turysto – pan kierowca tuk tuka zabierze cię do innej pięknej świątyni położonej bardzo niedaleko, gdzie wstęp jest darmowy. A po drodze zahaczycie o kilka sklepików. To wszystko ściema – Grand Palace otwarty jest prawie zawsze, a pan kierowca tuk tuka chce po prostu na Tobie trochę zarobić, bo sklepiki do których cię zabierze, to geszefty jego kolegów z szajki.

Złapałeś się na ten trik?

2. Licznik mi nie działa. Kolejny z klasyków – w taksówce do której wsiadasz, nie działa licznik. To wysiadaj. Nie zastanawiaj się, bo ktoś chce cię tu zrobić w bambuko. Zawsze wymagaj, żeby kierowca włączał taksometr. Jeśli tego nie zrobi, to zmień taksówkę. Akurat w Bangkoku ich nie brakuje.

3. Tuk tukiem zwiedzisz miasto za pół darmo. Bullshit. Nie ma nic za półdarmo, szczególnie w takim mieście jak Bangkok. Gdy kierowca tuk tuka oferuje ci przejażdżkę po najważniejszych atrakcjach miasta, albo kurs z punktu A do punktu B za 10 Bahtów, to znaczy że kłamie i zamierza cię obwieść po wszystkich sklepach i sklepikach brata, kuzyna i kolegi, co nie dość że zajmie pół dnia, to może być też momentami średnio bezpieczne. Mimo, że może ci się wydawać, że zwiedzanie Bangkoku jest tańsze tuk tukiem niż taksówkę, uwierz mi że tak nie jest. Tuk tuki są droższe i bardziej niebezpieczne (w końcu nie ma drzwi, ani ścianek), i tak samo stoją w korkach, jak i samochody. Lepiej wziąć taxi, albo złapać autobus, a jak ci się bardzo spieszy – wskoczyć na skuter, skuter taksówkę, który zdecydowanie wygrywa z korkami.

4. Turysto chodź na Ping Pong Show!  To oferta, którą dostawaliśmy na każdym rogu. Nigdy się nie zgodziliśmy, ale już nie raz słyszałam, że to może skończyć się źle.  „Pójdziesz do miejsca, gdzie nie znasz cen, wypijesz jednego drinka, a potem dostaniesz rachunek na 200 zł. Wielki goryl popatrzy się na Ciebie wymownie i i tak zapłacisz. Zrób jak my – zorientuj się w temacie, poszukaj bezpiecznego, turystycznego miejsca, zapłać cenę z góry, zobacz, wyjdź„, radzi Marcin z bloga Wesolowski.co.

Mnie przekonuje, a Was?

5. Idź na pływający market, tylko powiedz że znasz ceny dla miejscowych. Czyli o tym, jak Julia i Sam dali zrobić się w konia. Jeśli, ktoś Ci mówi, że pływający market jest cudowny, że nie jest wcale turystyczny, że koniecznie trzeba go zobaczyć – kłamie jak z nut. Pływający market w Bangkoku to atrakcja turystyczna, gdzie może kupić pamiątki „Made in China” w zawyżonych cenach i puszkę Coli. Co więcej, jeśli ktoś Ci mówi, że dostaniesz cenę dla miejscowych i wynosi ona 500 Bahtów mniej niż cena dla turystów – to też kłamie. 1800 Bahtów, 1000 Bahtów, 500 Bahtów – to bardzo turystyczne ceny. Warto przepłynąć się się rzeką w Bangkoku, ale można to zrobić miejscowymi promami, które kursują od świtu do zmierzchu i kosztują grosze.

6. Łódki już dziś nie pływają. Każda przystań w centrum miasta obwieszona jest reklamami biletów na prom i obstawiona drużynami przekonującymi się, że promy już dziś nie pływają, albo że nie pływają akurat tam gdzie Ty chcesz płynąć, albo że bilet na prom możesz kupić tylko tutaj. Bzdura. Ktoś chcę Cię oszukać. Promy pływają, tylko w gąszczu reklam czasem trudno odszukać rozkład jazdy, a bilety kupuje się na pokładzie.

7. To specjalna cena dla Ciebie, my friend. Jeśli sprzedawca na stoisku z ciuchami, czy czymkolwiek innym długo się zastanawia jaką podać ci cenę – znaczy że zamierza sprawdzić, na ile może Cię oszukać. Jeśli zaczyna się z Tobą targować i krzyczeć za Twoimi plecami, jak odchodzisz „Ile dasz, ile dasz?” – znaczy że chciał cię okraść i wykorzystać twoją naiwność. Na zakupy lepiej udać się do tajskich centrum handlowych, albo w dzielnice oddalone nieco od turystycznych zagłębi. Otrzymamy lepszą jakość, za lepszą cenę.

Słyszeliście o innych formach oszustw w Bangkoku?

Uzbrojeni w tę wiedzę (odświeżajcie ją sobie przed każdym wyjazdem) jedźcie zwiedzać Bangkok. Jedźcie koniecznie, bo to jedno z najfajniejszych azjatyckich miast. Najbardziej unikalne wspomnienia pozbieracie maszerując niewydeptanymi przez turystów ścieżkami, a tych w Bangkoku nadal nie brakuje. Trzeba szukać, trzeba dać się ponieść, trzeba odłożyć listę „must see” na chwilę na półkę (nie mówię, że nie warto odhaczyć turystycznych atrakcji, mówię tylko że warto zrobić i to i to).

Ale najlepiej mieć w Bangkoku bratnią duszę, albo najlepiej dwie. Kiedy byłam tu półtora roku temu, poznałam Kai i KateDziś spotykamy się znowu. To spotkanie budzi wspomnienia, rozpala emocje do czerwoności, cieszy. Bardzo cieszy. Mamy sobie tyle do powiedzenia, tyle się wydarzyło przez ostatnie miesiące. Gadamy, jakbyśmy znały się dziesięć lat, a nie trzy dni. Bo Sam mi kiedyś powiedział, że najlepszych ludzi spotyka się w podróży. Trudno się z tym nie zgodzić. 7 godzin mija w ekspresowym tempie. Nagle okazuje się, że czas leci szybko w dobrym towarzystwie i w dobrych okolicznościach, w miejscu do którego pewnie nigdy nie trafilibyśmy bez lokalnej przewodniczki, w miejscu którego nie ma listach „must see”, a być powinno. 

Tajemnicze miejsce w Bangkoku

Bo są ludzie, których trzeba spotkać i miejsca, które można zobaczyć…

Jeśli podobała Ci się ta opowieść – zostaw komentarz, albo przekaż dalej! Będzie nam bardzo miło. Dziękuję. Julia i Sam.